wtorek, 21 lutego 2017

Zwycięzcy nic nie pamiętają. Przegrani wypominają sobie każdy szczegół

MonoriRogue
Imię: Rasha (w tłumaczeniu podobno oznacza ,,młoda gazela", ale dziewczyna raczej się w to nie wgłębiała). Jest tak krótkie, że zdrobnienia chyba nie mają sensu.
Nazwisko: Latifa. W papierach początkowo miała zapisane ojcowskie - Rukan - ale przed kilkoma laty zdecydowała się podać wniosek o zmianę.
Pseudonim: Na ringu zapowiadają ją jako Khalida, czyli ,,nieśmiertelna". Co ciekawe, to nawet nie przezwisko tylko autentyczne imię, które przybrała sobie by nie musieć podawać prawdziwego. Przyjęło się już nawet zdrobnienie Khal. Sporo osób jest przekonanych, że naprawdę ma tak na imię, a Rasha nie kwapi się jakoś, by tą pomyłkę korygować - nie obchodzi ją, jak ludzie się do niej zwracają, póki nie robią tego nieprzyjemnym tonem.
Płeć: Kobieta
Wiek: 27 lat
Rasa: Człowiek, chociaż w rodzinnych stronach rozpuszczono plotki, że jest mutantką. Czego to rodzina dla ciebie nie zrobi...
Narodowość: Egipt
Obywatelstwo: Dżannah
Rodzina: Dalej mieszkają w Dżannah. Rasha czasem nawet mija ich na ulicy. Obie strony wciąż usilnie udają, że nie mają ze sobą nic wspólnego, odkąd ojciec Khal ją wydziedziczył (chociaż jej część spadku i tak przypadłaby przyszłemu mężowi).
Miłość: Wyznanie od dziecka zniechęcało ją do zamążpójścia. Rasha nie potrafi sobie wyobrazić życia pod cudzym pantoflem i przez długi czas była zatwardziałą aseksualistką. Ale po poznaniu standardów zachodniego stylu życia jakoś powoli przekonuje się do męskiego towarzystwa. Przynajmniej potrafi się już z jakimś facetem zaprzyjaźnić, a to jednak jakiś postęp!
Aparycja: Khal ma nieco ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, co dla niektórych już oznacza całkiem wysoką kobietę. Można uznać ją za całkiem ładną, a w każdym razie u siebie trafiała w pewne gusta. Cera Rashy z natury jest ciemniejszego odcieniu. Posiada gładkie rysy, prosty nos (mimo starań przeciwniczek) i delikatnie zarysowane wargi. Oczy o łagodnym kształcie mają barwę ciemnego brązu, podobnie jak sięgające łopatek włosy. Spina je głównie do walk (baby mimo wyraźnych zasad jednak mają tendencję do ciągnięcia przeciwniczek za włosy), przez resztę czasu wiszą luźno w nieładzie, dając wrażenie jakby ich właścicielka obcinała je sobie własnoręcznie. Tym co jednak najbardziej ściąga cudzą uwagę jest muskulatura Rashy: prawie pół życia dziewczyna spędziła ciężko trenując, co dało zadowalające efekty. Latifa ma szersze barki niż rówieśniczki i dobrze wyrzeźbiony brzuch. Lewe ramię i trochę barku praktycznie całe pokryte są misternym tatuażem, ciemniejszym o jeden ton od koloru skóry. Drugi tatuaż ma pod prawym okiem - ,,ogonek" i kreskę na dolnej powiece, nawiązujące do oka Horusa. Ubiera się raczej bardziej dla własnej wygody niż mody. Przeważnie nosi proste topy na ramiączkach (białe, czarne, turkusowe, brązowe), sportowe obuwie i spodenki kończące się na wysokości kolan. Czasem weźmie ze sobą kurtkę, ale tylko jeśli faktycznie zrobi jej się chłodno. Dalej pozostała w niej buntownicza radość z odsłaniania ramion i dekoltu, chociaż spoważniała już dawno temu. Pewnych cech najwyraźniej nie da się z człowieka wyplenić.
Charakter: Rasha (jak już się domyślacie) na pewno nie należy do wzoru kobiety praktykowanego na bliskim wschodzie. Już nawet nie chodzi o sam ubiór - to nie brak burki, a charakter eliminuje ją jako materiał na żonę (a przynajmniej w pojęciu jej kręgu kulturowego). Nie da się nie zauważyć, że masz do czynienia z typową buntowniczką, nie lubiącą podporządkowywać się ścisłym regułom i tradycji. Pokazywanie twarzy i trochę ciała w miejscach publicznych przestało być dla Latify żadną przeszkodą. Więcej - jest z tego dumna. Zawsze chodzi prosto z uniesioną głową, niczego nie żałując ani nie oglądając się za krzywo patrzącymi za nią obywatelami Dżannah. Nie uważa niczego w swoim wyglądzie za powód do wstydu, chociaż rodzina zdecydowanie sądzi inaczej. Rasha to osoba wręcz promieniująca pewnością siebie, onieśmielając niektórych często samą swoją postawą. Khalida doskonale zdaje sobie sprawę jak wielką rolę w powodzeniu misji grają morale drużyny i zawsze stara się podnieść towarzyszy na duchu. Uśmiech i odpowiednio dobrane słowa okazują się czasem działać cuda. Mimo to nie jest jednak dobrym mediatorem - rozmowa z kumplem po fachu to jedno, ale KULTURALNA dyskusja z gościem, któremu z miejsca masz ochotę przywalić w pysk...nie, dyplomacja to zdecydowanie nie jest robota dla niej. Szczerze gardzi ludźmi uciekającymi od problemów. Jak dla niej rozwiązanie zawsze wydaje się tak oczywiste, jakby napisane czarno na białym, bez żadnych półcieni. Nie boi się porażki. Zdaje sobie sprawę, że nie jest niezniszczalna (nawet jeśli jej reputacja na ringu mówi co innego) i umie pogodzić się z klęską. Nie użala się nad sobą z powodu przegranej, tylko próbuje wyciągnąć z tego naukę i brnie dalej. Nie zapomni też podać zwycięzcy dłoni i pogratulować walki. Latifa nie grzeszy cierpliwością. Jest przy tym impulsywna i czasem daje się ponieść emocjom. Wspomnijmy też, że ma upór przysłowiowego osła. Wykształcenie Egipcjanki jest właściwie zerowe (to również zasługa ograniczeń kulturowych), ale i tym Khal mało się przejmuje. Chociaż nie dopasowuje się do żadnej konkretnej religii, kieruje się chrześcijańskim stwierdzeniem, że wobec każdego z nas Bóg ma jakieś plany i najwyraźniej w jej przypadku plany te nie mają nic wspólnego z osiągnięciami naukowymi. Zdarza jej się słyszeć uwagi, że nie jest jeszcze za późno i może pójść do jakiegoś liceum dla dorosłych - odpowiedź zawsze brzmi tak samo: ,,Tobie dobrze idzie nauka, a mi maltretowanie worków treningowych i lepiej zostańmy na swoich miejscach". Mimo pewnych braków w edukacji, Rasha to inteligentna kobieta. Jest osobą wyjątkowo towarzyską i gadatliwą. Lubi spędzać czas w przyjemnym towarzystwie. To mało wymagający rozmówca. Nie rozdrapuje ran - ani swoich, ani cudzych. W jej mniemaniu pewnych rzeczy nie powinno się wywlekać w nieskończoność. Dlatego jeśli widzi, że usilnie unikasz jakiegoś tematu, nie będzie zmuszać cię do zwierzeń. Jest tolerancyjna wobec wszelkich dziwactw i nie wierzy w stereotypy (sama wielu z nich przeczy). Rashę nie obchodzi twój wygląd, wyznanie czy kartoteka. Nawet w seryjnym mordercy jest w stanie dostrzec człowieka niewiele różnego od niej. A przecież każdy człowiek zasługuje na chociaż odrobinę szacunku.
Song theme: Built For This Time - Zayde Wolf // I Want It Free - Kongos
Zarys przeszłości: Historia Rashy to właściwie kolejna bajka o zbuntowanej księżniczce nie chcącej wyjść za mąż. Niewiele się różni od takiej stereotypowej powieści. Z tym, że ta księżniczka byłaby w stanie pokonać stereotypowe książątko w siłowaniu na rękę, ukraść mu konia i fanów.
  No więc mała Rasha urodziła się w rodzinie islamskiej, jako pierwsze i jedyne dziecko czwartej żony Muhamada Rukana. Miała trzy przyrodnie siostry i czterech przyrodnich braci. Gdy teraz o tym myśli zdaje sobie sprawę, że jej ojciec musi być bogatym człowiekiem, skoro może sobie pozwolić na utrzymanie takiej rodziny. Wcześniej jakoś ten fakt umykał jej pamięci. Nie pamięta kiedy przeprowadzili się do Dżannah. Pamięta za to, że Muhamad cieszył się szacunkiem sąsiadów i społeczności. Jego synowie dostali najlepsze wykształcenie i ogółem wyszli na ludzi. Córki za to trzymał wedle tradycji jako, przyznajmy to szczerze, karty przetargowe dla przyszłych interesów. Rasha na jego nieszczęście zawsze była ciekawska i dużo wypytywała o różne rzeczy, uważając je po prostu za głupie. Burka i chusty zawsze ją irytowały (,,Dlaczego tamte dziewczynki nie muszą tego nosić?"), zawsze chciała też iść do prawdziwej szkoły. Miarka się przebrała, gdy pewnego dnia do dwunastoletniej dziewczynki przyszedł jakiś dorosły facet. Był dla niej bardzo miły i dużo wypytywał o jej samopoczucie oraz zainteresowania. Dziewczynka była pewna, że to jakiś kolega taty, ale gdy zapytała wprost co to za pan, Muhamad odpowiedział ,,Twój przyszły mąż".
  Nie ma co się więcej na ten temat rozpisywać. Życie dziewczyny wydziedziczonej przez rodzinę jest paskudne, zwłaszcza w islamskiej społeczności. Była jak trędowata, ludzie pokazywali ją sobie palcami mówiąc ,,Patrz, to córka Rukana!". Początkowo nawet bała się zdejmować tę przeklętą chustę, ale w końcu zaczęła czuć się bardziej dumna bez niej. W Dżannah całe szczęście mieszkają także obywatele z zachodniej części świata. Sporo osób jej pomogło. Dziewczyna mimo to jednak dalej cierpiała prześladowanie i musiała jakoś sobie z tym radzić. Zdecydowała się zacząć trenować. Chciała stać się silniejsza, by już nikt nie próbował jej skrzywdzić. Z czasem jednak przerodziło się to bardziej w chęć jeszcze większego łamania tradycji, a nie tylko obrony własnej.
  Jakoś dochodzimy do momentu, w którym Rasha pojawia się po raz pierwszy na ringu. Zawodniczka wzięta właściwie wprost z ulicy. Młoda, silna, dobry materiał na przyszłą mistrzynię. Tylko nazwiska z jakiegoś powodu nie chciała podawać, ale mało kogo to obchodziło. Khalida okazała się szybko zbierać fanów i wspinać na szczeblach ligi. Teraz jej prawdziwa osobowość wydaje się w ogóle nie liczyć. I dobrze - Latifa raczej nie ma ochoty zwierzać się z czegokolwiek ani zmuszać innych do użalania się nad nią. Jutro i dziś jest dla niej ważniejsze niż wczoraj.
Oficjalnie: Dla kobiet pokroju Latify raczej ciężko o dobrą pracę w Dżannah. Dlatego zajęła się czymś zupełnie nie do pomyślenia dla islamskiej społeczności: jest stałą zawodniczką w turniejach mieszanych sztuk walki kategorii żeńskiej. Zdobyła nawet kilka nagród, obecnie stojących na półce w jej mieszkaniu. Na ringu występuje jednak pod imieniem Khalida i organizatorzy akceptują chęć zachowania anonimowości - póki umie się bić i daje im przez to zarobić, mogłaby się nawet nazywać ,,Stokrotką". Właściwie żaden z jej fanów nie kojarzy jej pod prawdziwym nazwiskiem. Sama o swoje fankluby nie dba w ogóle. I lepiej nie pytaj jej o autograf. Nawet dla żartów.
Rola w gangu: Robi to co umie najlepiej: bije się. A tak na poważnie, to przez większość czasu działa jako przyzwoitka, starając się jeszcze poza tym udzielać w ekipie na inne sposoby. Często po prostu bierze udział w akcjach jako dodatkowa para rąk, gdyby zabrakło kogoś do pomocy. No i chętnie zorganizuje ci sparing. Dziewczynom zawsze obiecuje, że nie będzie mocno tłuc, ale facetom nie odpuszcza.
Umiejętności: Chociaż po Dżannah krąży złośliwa plotka, że Rasha jest mutantką, wszelkie testy sprawnościowe i lekarskie (bez nich nie dostałaby się legalnie na ring) nie wskazują na takową możliwość w żadnym stopniu. Mimo to Latifa nie jest kimś, kogo chciałbyś mieć przeciwko sobie w pojedynku na pięści. Dzięki długoletnim treningom dziewczyna dorównuje siłą przeciętnie wysportowanemu mężczyźnie, a doświadczenie z ringu bez problemu potrafi przenieść do kłopotliwej sytuacji choćby i na środku ulicy. Ma też pewną przewagę płci - przypadkowy rabuś napadający ją na mieście z nożem nie spodziewa się raczej TAKIEGO oporu ze strony zaatakowanej kobiety. Z siłą logicznie w parze idzie wytrzymałość - trudno wygrać z nią w biegu na dłuższy dystans. Khalida jest też świetnie wygimnastykowana i sprawnie radzi sobie z poruszaniem się po mieście na bardziej niekonwencjonalne sposoby. Ma słabość do sportów, zwłaszcza siatkówki i kosza. Nigdy nie odmówi rundki, choćby i jeden na jeden.
Przyjaciele: Póki co brak
Wrogowie: Połowa mijanych przechodniów w Dżannah (czyli właściwie cała islamska populacja miasta) patrzy za nią ze wstrętem. Kilka razy nawet ktoś ją napadł.
Autor: Red Riding Hood

poniedziałek, 20 lutego 2017

Od Nam Ri - Improwizacja

        Nam obróciła się przed lustrem, krytycznie oceniając swój kostium. Nie chodziło o to, że był nieładny. Przeciwnie - bardzo jej się podobał. Błękitna tunika z rozszerzanymi rękawami, haftowana w białe wzory kwiatów i różowa, kloszowa spódnica po kolana były jednak jedynie tanią imitacją tradycyjnego, koreańskiego żeńskiego stroju zakładanego zwykle z okazji lunarnego nowego roku. Dziewczynę denerwował fakt, że została wybrana do głównej roli tylko ze względu na narodowość. Wystawiali dzisiaj ,,Rok Koguta" - sztukę w zupełności napisaną przez panią reżyser Strauss, która pracowała z grupą teatralną Poli Negri po raz pierwszy. Z tego co Ri zdążyła się o niej dowiedzieć, lubiła idealnie dopasowywać aktorów do ról. Potrzebowała czarnoskórej osoby - szukała czarnoskórej. Trzeba było azjatki - nie skupiała się na pozostałych kandydatkach. Szkoda, że podobnej wagi nie przyłożyła co do stroju, pomyślała aktorka, obracając się po raz ostatni. Nie miałaby nic przeciwko założeniu oryginalnej koreańskiej sukni zamiast tańszej podróbki.
  - Coś nie tak, kochana? - zapytała Tania, jedna z charakteryzatorek, odwracając się od lustra przy którym poprawiała własne rzęsy. Rosjanka z pochodzenia, do teatru wydawała się trafić zupełnie przypadkiem, bo i tak wszystkie aktorki zmywały połowę nakładanej przez nią tapety. Nikt jednak nie miał serca jej tego wyrzucać, bo naprawdę się starała i cieszyła ze swojej pracy.
  - Nie wiem, czy mam się czuć urażona, czy po prostu sobie odpuścić - odpowiedziała Rhee, wygładzając spódnicę.
  - Chodzi o krój? Faktycznie jest do kitu...
  - Co? Nie! Dobrze jest...
  - Och, przecież mówię, że wyglądasz cudownie! - gust Tanii jak zawsze wydawał się zmieniać niczym w kalejdoskopie. Wszystko, byleby przysłodzić aktorom.
  Nam Ri westchnęła zrezygnowana. Rozmowa z Taniuszą na jakiekolwiek poważne tematy nie miała najmniejszego sensu jeśli starsza o kilka lat kobieta będzie się z nią zgadzać we wszystkim, wpatrzona w pilnik lub telefon komórkowy. Do bani z takimi znajomościami. Dobrze, że przynajmniej miała znajomych ze sceny, równie nie cierpiących nowej reżyserki. Ale z nimi będzie miała czas pogadać dopiero po przedstawieniu. Trzeba będzie dusić w sobie wszystko przez następne kilka godzin.
  - Zapleciesz mi ten warkocz? - zapytała Tanię, siadając na krześle przed lustrem.
  - No tak, tak! - charakteryzatorka szybko odłożyła telefon i zebrała do ręki ciemne włosy, rozdzielając je na trzy pasma. - Może poprawić ci...?
  - Nie trzeba, Taniusza, poradzę sobie - powtórzyła po raz enty Nam.
  - No weź Ri-ri! Nigdy nie dajesz się malować - marudziła rosjanka.
  - Bo nie widzę co do tego żadnej potrzeby.
  - Wiesz ile facetów chodzi na twoje występy? I ile TYCH ŁADNYCH pyta się potem o numery do ciebie i pozostałych dziewczyn? Chcesz im się pokazać bez makijażu?
  - TAK - sapnęła aktorka. - Póki scenariusz nie wymaga czegoś innego, moja twarz mi wystarcza.
  Tania mamrotała coś pod nosem po rosyjsku. Ri nie mogła zrozumieć z tego ani słowa, ale z tonu wywnioskowała, że jej odmowa wcale się nie spodobała charakteryzatorce. Trudno. Będzie musiała roznieść swój twórczy szał na pozostałych...

        Na scenie w chwili obecnej stała jedynie ławka i staromodna miejska latarnia, jakby wyrwane z parku w Edenie. Rhee siedząc tam obserwowała puste rzędy siedzeń przed sobą. Zdecydowanie bardziej lubiła swój ,,rodzimy" teatr. Elizejski wydawał się jedynie przerobionym kinem z prostymi, drewnianymi ścianami i czerwonymi fotelami. Na końcu nawet znajdowało się w ścianie okienko na projektor. Pewnie za czarną kurtyną schowany był biały ekran. Tu nie odgrywało się ,,Hamleta" tylko puszczało nisko budżetowe filmy akcji i równie tanie horrory. Teatr był tu tylko przypadkiem, sposobem na dorobek.
  Ale z drugiej strony teatr nie był tam, gdzie porządna scena, dekoracje i bogate wnętrze. Teatr był tam, gdzie byli aktorzy. Dlatego niezależnie od publiczności czy zniechęcenia, trzeba było doprowadzić do przedstawienie do końca.
  Nawet jeśli próby były czystą męką. Pani Strauss, wysoka kobieta wiecznie wyglądająca jakby ktoś podsunął jej pod nos starego śledzia, spacerowała wzdłuż pierwszego rzędu, okazjonalnie wachlując się zmiętym niemal w harmonijkę scenariuszem. Mierzyła morderczym wzrokiem każdego z aktorów, gwałtownie wybuchając przy każdym błędzie, ale nie ośmielając się pochwalić za jego brak. Nam szczerze tej kobiety nie cierpiała, ale doskonale wiedziała, że nie ma wyboru i musi tu zagrać. Nie trzymała przecież mieszkania w Edenie za darmo. A poza tym była przekonana, że reżyserka tylko czekała aż któryś z występujących tupnie nogą i wyjdzie, żeby dalej móc na coś narzekać. Gdy wszystko szło według planu wydawała się bardziej zawiedziona niż przy setce błędów.
  - Jeszcze raz - syknęła w stronę Thomasa, będącego właśnie w połowie kwestii.
  Brunet westchnął zirytowany patrząc w stronę Ri ze zrezygnowaniem w oczach. Koreanka tylko wzruszyła ramionami z uśmiechem boleści. Muszą to znieść. To już ostatnia próba. Za dwie, góra trzy godziny będą wolni. Thomas wycofał się więc za kurtynę i ponownie wszedł na scenę mówiąc swoją kwestię.
  - No w końcu! - skrzywiła się Strauss i obejrzała w tył. Pod ścianą migały diody z zaciemnionego kąta, gdzie znajdowała się konsola odpowiedzialna za nagłośnienie i kurtyny. - A teraz muzyka! - przypomniała zaspanemu technikowi, gdy cisza zaczęła się przedłużać.
  Wtedy z głośników poszedł podkład muzyczny...ale nie do tej sceny. Ba, nikt sobie nie przypominał, by ,,We Could Have Had It All" Donnie Demers kiedykolwiek znajdował się w scenariuszu. Aktorzy popatrzyli po sobie skonfundowani. Nam za to nie mogła powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu widząc wzbierającą w reżyserce wściekłość. W końcu aktorka zerwała się na nogi i porwała Thomasa za ręce, porywając go do tańca. Chłopak załapał i w ciągu trwania utworu zaimprowizowali o wiele żywszy układ niż był w planach. Reszta powoli również się odważyła wyjść na scenę i trochę rozerwać. I nikt nie przejmował się skrzekliwym głosem pani Strauss, próbującej przywołać grupę do porządku.
  - KONIEC! - wrzasnęła w końcu, gdy kawałek już się kończył. - OSTATNI RAZ Z WAMI PRACUJĘ! I KTO DO CHOLERY ODPOWIADA ZA UDŹWIĘKOWIENIE?!
  - Mea culpa! Przyznaję się! - zawołał ktoś z tyłu.
  Ale ten głos zdecydowanie nie należał do Pete'a, młodego gościa zajmującego się ścieżką dźwiękową. Dopiero teraz wszyscy zauważyli, że na jego miejscu siedzi jakaś kobieta. W cieniach na jej twarzy błyszczał zielony tatuaż w kształcie czaszki. Chociaż ciężko było to dostrzec, musiała mieć z całej sytuacji niesamowitą radochę. Pete daleko nie uciekł - siedział między nieznajomą, a błyskającym czerwonymi żyłkami czarnym cyborgiem. O ile ten wydawał się całkowicie zrelaksowany, o tyle dźwiękowiec wyglądał jakby wcale nie chciał się znajdować tam gdzie był.
  - Przepraszam, kim pani jest?! - warknęła Strauss.
  - Znajomą pana Polo - przedstawiła się kobieta. Wyszła zza konsoli i ruszyła schodami w dół, w stronę sceny. - Szukam panny Rhee.
  Reżyser obejrzała się na Koreankę ze wzrokiem godnym bazyliszka. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco, chociaż była pewna, że nie miała nic wspólnego z pojawieniem się dwóch nieznajomych. Korzystając z okazji przyjrzała się stojącej już przy scenie kobiecie. Miała ciemniejszą cerę, szare oczy i różowo zafarbowane włosy postawione na irokez. Cały czas się uśmiechała.
  - To mogę prosić na słowo? - zapytała kiwając głową w stronę wyjścia na korytarz. Tym razem skierowała się bezpośrednio do Nam Ri, najwyraźniej mając gdzieś pozwolenie pani Strauss.
  Aktorka pokiwała głową, zanim ktoś zdążył zaprzeczyć i zeskoczyła ze sceny. Nieznajoma machnęła ręką w stronę swojego towarzysza. Wyszli w trójkę na pusty korytarz. Cyborg niby mimochodem oparł się o ścianę obok zamkniętych drzwi. Nam była niemal pewna, że pilnuje, by nikt nie podsłuchał rozmowy. Różowa zatarła dłonie.
  - A więc bez owijania w bawełnę - zaczęła. - Polo wspominał, że słyszałaś już co nieco o sponsorowanych przez niego spółkach...WSZYSTKICH spółkach.
  Młodsza z dziewczyn zapowietrzyła się mimo woli.
  - Ty jesteś Fera?! - wypaliła, a jej rozmówczyni przewróciła oczami.
  - Tak, zgadza się. Ale teraz trochę się spieszymy, więc na chwilę o tym zapomnij - powiedziała. - Słyszałam też, że byłabyś chętna nam pomóc.
  Rhee pokiwała energicznie głową.
  - Świetnie. Podziwiam entuzjazm - Fera uśmiechnęła się, zaraz jednak poważniejąc. - Potrzebowałam się z tobą zobaczyć, bo chcę wiedzieć czy traktujesz tą sprawę poważnie. Byle kto może chcieć do nas dołączyć. Pytanie tylko, czy aby na pewno jesteś na coś takiego gotowa?
  - Tak! - zapewniła ją Ri. Nawet cyborg spojrzał na nią powątpiewająco. - Wiem co myślicie, ale ja naprawdę sobie to wszystko przemyślałam.
  - Serio? - liderka Szczurów podniosła pytająco brew.
  - Zdaję sobie sprawę z czym się to będzie wiązać - aktorka pokiwała głową. - Nie jestem głupia. Dajcie mi tylko szansę.
  Na twarzy Fery powoli wykwitł zadowolony uśmiech.
  - Tyle mi wystarczy - powiedziała. - Danny, zbieramy się. Tylko młoda pamiętaj o jednym - dodała. - Trzymaj język za zębami. Jutro kogoś po ciebie przyślemy - poklepała z niczego dziewczynę po policzku i ruszyła w stronę wyjścia.
  - Połamania nóg - rzucił cichy do tej pory cyborg i również udał się w tym samym kierunku.
  Nam Ri odprowadzała ich wzrokiem. Zmartwił ją trochę fakt, że nie pytano jej o żaden adres ani inną formę kontaktu. Mogło świadczyć to jedynie o tym, iż nie jest to już żadną tajemnicą. W końcu jednak otrząsnęła się i wróciła na salę, starając się już nie zaprzątać niczym głowy przed występem.
  Klamka zapadła. Jutro dołączy do Szczurów.

Od Kasumi (CD Felixa) - Interkom

        Kas musiała to przyznać - jej nowi kompani byli po prostu stuknięci. A przy tym jednak w ten dziwny sposób nie dało się ich nie lubić.
  Na ich szczęście, policja skupiła się bardziej na ogarnięciu całego zamieszania zamiast szukania sprawców. Uciekający z miejsca zdarzenia zostali zupełnie zignorowani, dowodząc po raz kolejny kompetencji robo-gliniarzy. W końcu w ich polu widzenia pojawiło się wejście na dworzec. Wbiegli między przechodzących akurat ludzi, nieco się przy tym rozpychając. Kasumi prześlizgiwała się pomiędzy podróżnymi bez problemu, Sylvain co chwila rzucał krótkie ,,Przepraszam!" w dwóch językach, a Felix po prostu starał się dzielić uwagę między ludźmi, a ekranem komórki. Kobieta nie miała zielonego pojęcia dlaczego akurat teraz musiał się czymś zajmować, ale póki dawał radę nadążyć nie wydawało się to problematyczne. Martwiło ją za to jak zamierzają się dostać na peron bez wszczynania alarmu przy barierkach bileterskich. I francuz i haker wydawali się doskonale wiedzieć co robią, bez wahania przepychając się przez kolejkę. Pozostało im zaufać.
  Ku niesamowitemu zdziwieniu Fuchicho, gdy tylko dotarli do bramek mignęły na nich zielone światełka, nie wymagając mechanicznym głosem żadnego biletu czy dokumentów. Mimo protestów oburzonych turystów, których wyprzedzili bez kolejki, mechaniczni ochroniarze nie mieli z tą sytuacją żadnych problemów. Obchodziły ich tylko sprzeciwy bramek.
  Do pociągu dobiegli właściwie w ostatniej chwili. Felix wskoczył do najbliższego wagonu akurat, gdy zapikał ostrzegawczy dźwięk pospieszający pasażerów do wejścia. Drzwi zasunęły się do połowy i rozsunęły na powrót, gdy coś mignęło pod czujnikami ruchu. Drugi dotarł Sylve, ale zamiast wejść wgłąb zatrzymał się na progu i z uśmiechem podał Kasumi rękę jak gentleman. Kobieta jedynie przewróciła oczami i go wyminęła. Drzwi w końcu mogły się spokojnie zamknąć, a pociąg ruszyć.
  Szczury ruszyły w poszukiwaniu jakiegoś wolnego przedziału. Kas i Ćwiek patrzyli głównie za otwartymi drzwiami. Leviathan natomiast nie mógł się powstrzymać przed zaglądaniem do każdego. Gdy już po raz piąty jakaś kobieta krzyknęła wystraszona na widok bladnącej już różowej maski i Sylve omal ponownie nie oberwał, Zila spojrzała na niego powątpiewająco.
  - No co? - wzruszył ramionami. - Upewniam się tylko, czy nie mijamy pustych.
  - A te głosy ze środków to na pewno interkomy, co nie? =.= - rzucił Felix złośliwie. Zatrzymał się przy wolnym przedziale i z ukłonem zaprosił gestem towarzyszy do środka.
  - To nie ten sam pociąg co wcześniej - bronił się Levi. - Może tu mają dwa?
  - Po co dwa rozmowne interkomy zamiast jednego nudnego? Komu by się chciało na to kasę wydawać? - haker zaczął papugować głos przykładowego polityka.
  - Ja to bym chętnie dopłacił. Byleby nie brzmiały jak banda robotów na stypie - stwierdził z przekonaniem francuz.
  Jak na zawołanie z głośników odezwał się zmechanizowany męski głos, wyprany z jakichkolwiek uczuć. Obaj mężczyźni równocześnie skrzywili się ze zirytowanym westchnięciem. Kas tylko uniosła jedną brew, zupełnie nie zorientowana w temacie. Jak dla niej interkomy brzmiały...normalnie. To w końcu nic wymagającego większej uwagi.
  - A myślałem, że tamten żeński interkom był paskudny - Sylvain pokręcił głową z niezadowoleniem. - Najwyraźniej męskie opcje są jeszcze paskudniejsze.
  - Ten brzmi jak tania imitacja Schwarzeneggera > < - Felix patrzył w stronę głośniczka wbudowanego w sufit. - Zaraz pewnie zażąda ode mnie moich ubrań, maski i motocyklu... O.o
  - COME WITH ME, IF YOU WANT TO LIVE - zadeklarował Leviathan, imitując suchy, mechaniczny ton interkomu.
  Ćwiek parsknął śmiechem. Zaczęli na zmianę rzucać tekstami z ikonicznych filmów, podszywając do tego głos Bogu ducha winnego programu. Hakerowi przez zniekształcony w masce głos wychodziło to wyjątkowo komicznie. Kasumi jedynie siedziała cicho, jakby nie chcąc czegoś spłoszyć. Zupełnie nie umiała się w tych wygłupach odnaleźć, dalej nie rozumiała też co takiego przeszkadza tej dwójce w interkomie. Jakie to w ogóle miało znaczenie? Gdy jednak Felixowi udało się przerobić kwestię ,,Run, Forrest! Ruuun!" to mimo woli musiała się lekko uśmiechnąć. To jedno akurat nie mogło uciec uwadze siedzącego obok Leviathana. Jego maska przez czas podróży pozostała już jedynie śladem.
  - No proszę! Kwiatuszek jednak się uśmiecha! - powiedział tryumfalnie.
  - MISSION ACCOMPLISHED - zachrzęścił głos Ćwieka imitując sygnał radiowy.
  - Sądził pan, że tego nie potrafię, Levi-san? - zapytała z uniesioną brwią. Lekki uśmiech jednak nie zeszedł jej z twarzy.
  - Właściwie to tak - przyznał się francuz. - Sądziłem, że idziesz w mrukliwy stereotyp, jak większość ,,silnych, niezależnych mutantów". Wiesz, burczysz coś od rzeczy o jakiejś tam ,,tajnej tożsamości", że znasz się na życiu, bo ci zabili rodziców, że ogółem nie mam pojęcia jak ciężko się żyje niektórym i te sprawy. Trochę jak Batman.
  - Dan zajebiście udaje Batmana! ^ ^ - wtrącił się nagle Felix.
  - Serio?! - Berthier uśmiechnął się niedowierzająco. - Ej, kiedy z Ferą wracają do bazy? Muszę go o to zapytać!
  - Dobra, tylko jakby co, to nie słyszałeś tego ode mnie - haker podniósł ostrzegawczo palec.
  - Milczę jak martwy. Po kilkakroć - mężczyzna uśmiechnął się podejrzanie.
  - Kim jest Dan? - wepchnęła się do rozmowy Feniks.
  Sylvain spojrzał na nią jakby zapomniał o niesamowicie istotnej rzeczy.
  - No tak, cholera jasna - podrapał się po głowie. - My tu gadu-gadu, a kwiatuszka wypadałoby powiadomić o paru istotnych faktach co do reszty ekipy...Feliksie, pozwolisz? Dłużej w tym siedzisz.
  - Ależ proszę cię bardzo - chłopak odchrząknął i zaczął wyjaśniać: - No więc do tej pory w ekipie rządzi Fera. Zajmuje się obecnie rekrutacją nowych, ,,ciekawszych" członków, głównie naszego pokroju. Mutanty, odludki, buntownicy, jak leci. Jeśli się przyjmą, zostają - prosta zasada. A kwestią ,,przyjęcia" jest głównie akceptacja ze strony reszty ekipy. Fera jest...jakby to ująć?
  - ,,Fascynującą osobowością" - podsunął Levi.
  - Tak, można to tak nazwać. W każdym razie po niej w kolejności jest właśnie Dan, jej prawa ręka i ochroniarz. Może na starcie traktować cię trochę oschle, ale to naprawdę spoko facet. ^ ^ Tylko przy obcych włącza mu się tryb mastiffa. Potem jestem ja, główny informatyk.
  Sylve odkaszlnął sarkastycznie.
  - To już wszyscy, Feli-san? - dopytywała Kas.
  - Jest jeszcze Chris...ale weź mnie nie tytułuj, dobra? > < - skrzywił się haker. - ,,San" brzmi strasznie oficjalnie. Są jakieś inne opcje?
  Feniks zastanowiła się chwile.
  - Jest ,,kun" do młodszych i przyjaciół oraz ,,chan"... - odparła.
  - To drugie brzmi ładniej - stwierdził Felix.
  - ...które kieruje się do młodych kobiet.
  Leviathan parsknął śmiechem, nie mogąc się powstrzymać.
  - Ej, ale to nie głupie! - zauważył. - Może bardziej się przez to Wiruskowi spodobasz?
  Chłopak spiorunował go wzrokiem, o ile było to możliwe przez maskę. Całe szczęście dla niego, zanim doszło do rozwinięcia tematu odezwał się osławiony już martwy w środku interkom, zapowiadając dotarcie do Elizjum.

Sylve? Wybaczcie czas i stan tego opa *^*

niedziela, 5 lutego 2017

Od Felixa (CD Sylvaina) - Z dedykacją

        - Grzeczne siedzenie w kryjówce? Pfft! > < - Felix machnął ręką. - Możesz uważać resztę grupy za nudziarzy, ale nawet Danny nie byłby w stanie GRZECZNIE wysiedzieć jednego dnia w norze.
  - Tak więc co do ciebie mam większe oczekiwania - Leviathan zatarł ręce uznając kwestię hakera za zgodę. Święcąca różowa maska już zaczynała ściągać uwagę przechodniów.
  Dwaj mężczyźni zwrócili głowy w stronę Kasumi z niemym zapytaniem. Kobieta wahała się jeszcze przez chwilę, po czym wzruszyła ramionami w stylu ,,A co mi zaszkodzi?". Sylve wybuchł wyjątkowo szatańskim śmiechem - nawet Ćwiek odsunął się o krok zaskoczony - i klasnął w dłonie.
  - Wszyscy wiedzą co mają robić? - upewnił się po raz ostatni. Jego towarzysze skinęli głowami. - No to do dzieła! Lecę odwiedzić węzeł monitoringu za rogiem - odbiegł z zadowolonym uśmiechem, podskakując jak radosna dziewczynka.
  Feniks obejrzała się na gigantyczne skrzyżowanie. Pełno przechodniów, samochodów śmigających odrobinę zbyt szybko jak na standardy bezpieczeństwa, zostawiających pośrodku pusty czarny kwadrat, a w oczy raziły niezliczone ilości banerów reklamowych i telebimów. W górze natomiast cicho i spokojnie, w pełnym majestacie swojej konstrukcji, pływały turboloty, których pasażerowie spoglądali jedynie w dół na ten cały chaos i cieszyli się, że nie musieli być jego częścią. W skrócie: głośno i tłoczno. A gdzie było głośno i tłoczno, musiało być pełno kamer pilnujących okolicy, której robot policyjny, a co dopiero ludzki oficer, nie był w stanie ogarnąć. Idealne miejsce na spektakl godny Szczurów.
  Haker już śledził niewidoczną sieć kabli pod asfaltem. Z sygnalizacją świetlną nie było jak innymi urządzeniami. Nie były połączone bezprzewodowo, jak większość sprzętów, przy których zwykł grzebać. Słupy łączyły najzwyklejsze, fizycznie istniejące zwoje miedzi w gumowej oprawie (bo nazwa ,,przewód" jest zbyt mainstreamowa dla kogoś pokroju Ćwieka). Gdzieś w pobliżu musiała znajdować się budka z bezpiecznikami, do której musiał się dostać zupełnie niezauważony.
  - I jak? Znalazłaś płótno? - zapytał Kasumi, nie patrząc w jej kierunku.
  - Aaa-ha - potwierdziła japonka z podejrzanym uśmiechem tańczącym na ustach. Wzrok utkwiła w pustym polu idealnie na środku skrzyżowania.
  Felix podążył za jej spojrzeniem i lekko zwątpił:
  - Jesteś pewna, że chcesz się pchać na środek ryczącego spalinowego piekła? Szkoda by było, jakby cię ktoś potrącił w środku roboty...
  Kobieta parsknęła śmiechem.
  - Nikt by nie zdążył - zapewniła go. - Jakiś podpis?
  - Co?
  - Coś dopisać? Sam obrazek może mało znaczyć. Lepiej załatwić mu adresata...
  - ...albo nadawcę - tym razem to w głosie Felixa zabrzmiała niezdrowa satysfakcja. - Dopisz pozdrowienia od Szczurów. Wyślijmy małe przypomnienie o swoim istnieniu całemu Megalopolis.
  - Może być - Fuchicho podeszła do krawężnika i obejrzała w obie strony. Po chwili rozmyła się w świetlistą smugę, przemykając między samochodami (kilku kierowców ją sklęło, nawet nie wiedząc na co dokładnie się wściekają) i wróciła do normalnej formy na bezpiecznym polu pośrodku skrzyżowania.
  Sama jej obecność wzbudziła już sporą sensację. W końcu mało kto (w pełni władzy umysłowej) wybiega na ruchliwą drogę. Jakaś kobieta obok Felixa wciągnęła głośno powietrze i szarpiąc męża za ramię wskazywała w kierunku Kasumi. Zila wydawała się jednak w ogóle nie przejmować widownią. Zatarła jedynie ręce i przyklęknęła na asfalcie, przystępując do swojego dzieła. Ćwiek długo jej nie obserwował. Martwiła go inna sprawa: monitoring. Obejrzał się za jakimiś kamerami i, tak jak się spodziewał, większość zwrócona była obecnie w stronę skrzyżowania. Jeszcze chwila i system wezwie na miejsce policję...
  Jak na życzenie migające diody zgasły i kamery opadły równocześnie. Tylko jedna - tuż nad nim - działała. Spojrzała prosto w jego kierunku i pomachała na boki kilka razy, po czym znowu zwróciła się w stronę Feniksa. Chłopak odetchnął z ulgą - Sylve najwyraźniej zdążył się już dorwać do centrum sterowania. A to znaczyło, że haker mógł w końcu niezauważenie przystąpić do działania.
  Trochę minęło zanim odnalazł skrzynkę z bezpiecznikami. Obiegł już każdy róg rozglądając się za jakimiś oczywistymi znakami. W końcu w takich miejscach jak to wszelkie rzeczy związane z wysokim napięciem i groźbą sparaliżowania ruchu ulicznego wiązały się z żółtymi naklejkami ostrzegawczymi czy czymś w tym stylu. Po namyśle Felix doszedł jednak do wniosku, że na miejscu władz miasta w ogóle nie umieszczałby żadnych informacji. Z doświadczenia wiedział, że tabliczki z napisem ,,Niebezpieczeństwo" przyciągają wielu kombinatorów. W Edenie zaczęli stosować tą taktykę jakieś kilka miesięcy temu (Felix nie był do końca pewien, czy aby się do tego w pewnym stopniu nie przyczynił) i problem z dzieciakami grzebiącymi przy bezpiecznikach zniknął. Skoro w Shangri-La też nie mieli już kolorowych nalepek, skrzynki trzeba było szukać tam, gdzie normalnie czegoś takiego by nie było.
  Felix zastanowił się krótko. Gdzie nikt w biały dzień nie odważyłby się grzebać nie mając na to papierów?
  Jego wzrok padł na chodnik i dwie niezespojone zaprawą płyty. Bingo.
  Kas skończyła już zarys wielkiego środkowego palca wystawionego jakby w stronę nieba i zaczęła na zielony neon nakładać drugą, różową warstwę, gdy chłopak w końcu - ku wielkiemu zdziwieniu przechodniów - odłożył na bok kawałki chodnika i otworzył metalową klapę. Nikt jakoś nie kwapił się podejść i zapytać czy ma do tego jakieś specjalne uprawnienia. I dobrze, bo sam Felix nie był do końca pewien, czy umiałby sensownie na takowe pytanie odpowiedzieć. Po przeczytaniu zamieszczonego nad kablami ostrzeżenia, jednym pewnym ruchem wyrwał je wszystkie dwoma rękami i sygnalizacja zamarła. Reakcja była natychmiastowa: samochody zaczęły hamować z piskiem, rozległo się kilka odgłosów stłuczek i przekleństwa kierowców. Ćwiek nie przejmując się zamieszaniem popodpinał przewody z powrotem, tym razem nie przejmując się do końca kolejnością, a ten odpowiadający za sterowanie przyczepił do uniwersalnego adapteru USB (nie pytajcie jakie jeszcze porty potrafi obsłużyć jednym urządzeniem) i do telefonu. Zerkał co chwila w stronę Kasumi, nie chcąc przypadkiem odpalić wszystkiego za wcześnie. Kobieta skończyła malunek i wróciła do Felixa w ten sam sposób w jaki dostała się na środek drogi.
  - Gotowe? - zapytała, oglądając się niepewnie na wskazujących ją palcem ludzi. - Chyba trzeba znikać...
  - Daj mi jeszcze sekundkę...No dalej... > < - program przetwarzał dane. W końcu piknął potakująco i chłopak natychmiast odpiął kabel i zamocował go z powrotem.
  Zatrzasnął klapę i ruszył z Fuchicho na drugą stronę ulicy, by chociaż odrobinę zmieszać się z tłumem. Nie było to trudne - teraz już niemal wszyscy gapili się na neonowy street art. Rysunek przez dwukolorową warstwę bijących w oczy zieleni i różu, widziany z góry miał trójwymiarowy efekt. Widniało pod nim piękne pozdrowienie: ,,Z dedykacją dla Megalopolis". Do tego drobny, schematyczny szkic szczura jako podpis.
  - Kamery już nadają! - wtrącił się nagle ktoś za plecami dwójki Szczurów.
  Felix wzdrygnął się, w pierwszej chwili nie poznając Sylvaina. Zupełnie zapomniał o różowej masce.
  - Udało mi się podpiąć bezprzewodowo pod sygnalizację - odparł haker. - Możemy zaczynać w każdej chwili. ^ ^
  - To na co czekasz? - Leviathan wyglądał na niesamowicie uradowanego. - Pociąg za niecałe piętnaście minut, wypadałoby się spieszyć...
  Felix niemal z namaszczeniem uniósł przed siebie komórkę na wyprostowanej ręce. Wziął głęboki oddech. Zadziałaj, zadziałaj, lepiej zadziałaj cholero jedna...
  - Showtime! - rzucił i wcisnął przycisk.
  Sygnalizacja włączyła się na nowo. Dała jednak pokaz zdolny wywołać atak epilepsji, przy czym wyłączone w zupełności światła wywoływały zdecydowanie mniejsze zamieszanie. Do wszystkiego wtrąciły się także światła dla pieszych, uzbrojone dodatkowo w pikające dźwięki przeznaczone dla niewidomych i niedowidzących. Levi poklepał nowego kumpla po plecach, zadowolony z efektu. Ćwiek patrzył z dumą na swoje dzieło chaosu. Jeśli do tej pory policja została obojętna na zamieszanie związane z wyłączeniem sygnalizacji, teraz już na pewno dostali kilkanaście zgłoszeń.
  Radiowozy oczywiście musiały się pojawić. Nadjechały na szczęście z przeciwnej strony, wyrzucając na chodnik dziesięć robotów i trzech zwykłych, ludzkich oficerów. Kasumi zobaczyła ich pierwsza i pociągnęła towarzyszy do tyłu w stronę dworca kolejowego. Powodzenia z zapanowaniem nad tym wszystkim, pomyślał z satysfakcją haker gdy biegli w stronę bramek.
  To była niezwykle udana wycieczka.

Nyan, twoja kolej :P Kieruj nas do bazy!

piątek, 3 lutego 2017

Od Sylvaina (CD. Kasumi) - Bądźmy kreatywni!

       - Podsumowując: Masz dosyć swojego życia i szukasz nieco odmiany? - spytał Sylvain, gdy już zdecydowali się zejść z dachu i niespiesznym krokiem przemierzali miasto w kierunku dworca głównego. To Leviathan upierał się przy tym, by jak najszybciej opuścić to przeklęte miasto. Nie miał co prawda żadnej awersji do Azjatów, ale wydawało mu się, że Shangri-La na każdym kroku dezorientuje go coraz bardziej. I o dziwo nie czuł się z tym najlepiej.
- Dokładnie tak, Leviathan-san. - odpowiedziała Kasumi. 
       Z jakiegoś powodu dziewczyna nie chciała dzielić się żadnymi co ważniejszymi szczegółami na temat swojej przeszłości, a z tej garstki informacji, którą posiadł Sylvain, nie wynikało nic konkretnego. Wywnioskował jedynie, że dziewczyna jest z Japonii, ale wcale nie musiał być geniuszem, by to stwierdzić. Mimo wszystko on sam jakoś nie garnął się do tego, żeby na nią naciskać. Po pierwsze doskonale wiedział, że nie przyniesie to niczego dobrego, a po drugie sam przemilczał temat swojej przeszłości sprzed przyjazdu do Megalopolis, bo inni także mieli dość rozsądku, by go nie wypytywać o nic. Przynajmniej póki co i Leviathan postanowił cieszyć się tym jak najdłużej się dało. Może kiedyś przy jakieś okazji będzie musiał szczegółowo opisać swoje całkiem udane samobójstwo, ale miał nadzieję, że wydarzy się to później niż szybciej, bo stanowczo nie znosił wracać do czasów swojej pierwszej śmierci.
       - DAVID! - Leviathan zatrzymał się gwałtownie, widząc rozpędzoną dziewczynę, która szła wprost na niego. Wyglądała jak chmura gradowa i wręcz groziła porażeniem piorunem każdego w zasięgu kilku metrów. Spięte w luźny kok włosy groźnie kiwały się na boki do rytmu wręcz agresywnego kroku kobiety. Sylvain po raz pierwszy miał okazję zobaczyć obcą mu Azjatkę, która nie dość, że nazwała go nie jego imieniem, to jeszcze zdawała się go nienawidzić. Berthier jej nie rozpoznawał, choć ona bez wątpienia miała na celu właśnie jego.Uniósł obie dłonie w geście kapitulacji i zaczął się nieznacznie cofać, żeby zejść jej z drogi. Jakby się jednak nie starał, kobieta i tak kierowała się w jego stronę.
- Ja nic nie... - zaczął celowo pozwalając, by jego akcent stał się aż przesadzony i urwał, bo kobieta znalazła się tuż przy nim i wymierzyła mu solidny policzek. Jego głowa odskoczyła w bok, a na ciele wykwitł czerwony ślad. Mężczyzna odwrócił głowę z powrotem i uśmiechnął się do niej nieco złośliwie. Nieświadomie przesunął palcami po piekącym śladzie. - Dlaczego mnie bijesz, madame?
- Ty nie jesteś David? - kobieta dopiero teraz, gdy dotarł do niej akcent mężczyzny, przyjrzała mu się dokładniej i zamrugała zaskoczona, uświadamiając sobie co zrobiła. Jej twarz przybrała ten sam odcień co policzek Sylvaina. Wbiła wzrok w ziemię, nerwowo wyłamując palce.
- Nie. I raczej nie żałuję. Biedny facet ma mocno przerąbane skoro niewinni przechodnie obrywają za niego...
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam... Nie chciałam. Jesteście tacy podobni. Przepraszam... Ja lepiej już pójdę. - kobieta odwróciła się i odeszła jeszcze szybszym krokiem. Sylvain odprowadził ją wzrokiem i raz jeszcze potarł policzek.
- Silna babka... - mruknął - Dlaczego nie zdziwiło mnie to, że akurat ja dostałem w twarz?
- Bo może zdarza ci się to często? - podsunął Felix i zaczął się śmiać. Kasumi także nieco się uśmiechnęła.
- Ej... To nie tak, że w każdy czwartkowy wieczór przypadkowe kobiety policzkują mnie w najgorszym z możliwych miast... Ale całkiem blisko tego. Mam nieprzyzwoitego farta.- odparł Sylvain.
       Dalsza droga minęła im całkiem spokojnie. Nikt nie atakował nikogo, policja nieświadomie trzymała rozsądny dystans i ogólnie cała sytuacja wręcz prosiła się o to, by ją ubarwić. I na nieszczęście świata Sylvain zaczął się nudzić. Rozejrzał się więc dookoła, szukając inspiracji. Była mu potrzebna do szczęścia prawie tak bardzo jak tlen. Kochał się inspirować miastem w którym aktualnie przebywał i wymyślać na bieżąco swoje najpiękniejsze akcje. A mimo całej swojej niechęci musiał przyznać, że Shangri-La dawało mu całkiem spore pole do manewru. Jednocześnie rzucało mu wyzwanie, by jego praca została zauważona, a on nie zamierzał się uchylić od udowodnienia sobie i miastu, że jest w stanie zaskoczyć wszystkich.
- Wie ktoś gdzie zostawiłem swój zestaw małego terrorysty? - spytał, przystając nagle. Zaskoczył tym Kasumi. Felixa odrobinę mniej, więc doszedł do wniosku, że jego szczurzy, zastanawiająco oćwiekowany kumpel zaczynał się już orientować, że przy Leviathanie należy spodziewać się absolutnie wszystkiego.
- Nieee...? A co? O.o
- Bo właśnie wpadłem na zacieszny plan i bez tego sobie nie poradzę. - twarz mężczyzny rozjaśnił przebiegły uśmiech - A przynajmniej nie sam.
- O co chodzi? - dopytała Fuchicho.
- Jak to o co? O jedyny powód mojej egzystencji! Żyję po to, by się bawić. Zróbmy tu coś śmiesznego!
Felix zerknął w telefon i chwilę w nim grzebał. Sylvain zdążył w tym czasie zastanowić się cóż za bateria siedzi w tym urządzeniu skoro telefon mimo użytkowania nadal nie zdradzał oznak rozładowania.
- Do pociągu mamy 34 minuty. - oznajmił w końcu - A dworzec jest za rogiem.
- Wybornie! - Sylvain klasnął w ręce. - Kasumi, piękny kwiatku wiśni, mogłabyś ładnie pomalować mi twarz swoimi neonami? Grzecznie cię proszę.
- Zwariowałeś, prawda?
- Już dawno temu, kwiatku. No dalej. Wiem, że jesteś artystką i z przyjemnością udekorujesz moją facjatę. Godzę się nawet na wściekły róż... Zresztą masz wybór. Albo malujesz albo pilnujesz moich ubrań, które, jak tak dalej pójdzie, będę musiał z siebie zrzucić. WSZYSTKIE UBRANIA. Nie chcesz tego oglądać.
       Dziewczyna wyglądała jakby wahała się przez chwilę. Później wzruszyła ramionami, najwyraźniej dochodząc do jakichś wniosków i zbliżyła dłoń do twarzy Berthiera.
- To mówisz, że różowy może być?
- Pewnie. Pasuje mi do oczu. - odparł i poczuł na twarzy mrowienie mimo że wzory nie przywarły do jego twarz całkowicie. Sprawiały wrażenie lekko oderwanych od powierzchni skóry tak, że stworzyły coś na wzór świetlnej koronkowej maski. Dziewczyna skończyła i odsunęła się na dystans podziwiać swoje dzieło.Na jej ustach błąkał się kontrolowany, bardzo rozbawiony uśmiech. Sylvain wyjął własną komórkę i spojrzał na zgaszony ekran, po czym gwizdnął z uznaniem.
- Arigato, kwiatku. Jest perfekcyjnie. - posłał dziewczynie zadowolony uśmiech. Nie wspomniał, że japońskiego uczył się z bardzo mądrych japońskich bajek. - Tylko mam nadzieję, że mi tak nie zostanie. Nie chcę zostawać żywym światełkiem w tunelu na zawsze... Ale do rzeczy. Mam do was wielką prośbę, mon chers amis i bez was sobie nie poradzę.
- Co robimy? ^ ^
- Dla ciebie Felix mam zadanie specjalne. Dałbyś radę podpiąć się pod tamte światła? - wskazał ręką na skrzyżowanie kilkunastu ulic - Chciałbym, żebyś zdrowo tam namieszał i zrobił dyskotekę, okej?
- Spróbuję! - odpowiedział mu haker. Uśmiech Sylvaina stał się jeszcze szerszy, jakby mężczyzna już widział oczami duszy obraz swojego chaosu i nie mógł się już doczekać. Zatarł ręce, podrygując przy tym jak dzieciak, któremu ktoś obiecał cały zamek z waty cukrowej. - A ty nasza piękna Kasumi pomożesz mi. Pokażemy wszystkim jak piękne street arty tworzysz, w porządku? Chcę, byś pozdrowiła monitoring wielkim, neonowym jak moja twarz, środkowym palcem.
- To trochę nie w moim stylu... - przyznała dziewczyna.
- Więc dorzuć od siebie jakieś kwiatki, czy coś. Bądźmy kreatywni! - odpowiedział jej Sylvain.
- A ty co będziesz robił, hm? - dziewczyna zmierzyła go odrobinę podejrzliwym wzrokiem. Widać nie znała go jeszcze na tyle, by wiedzieć, że przenigdy nie przepuściłby udziału we własnym pomyśle.
- A ja wykorzystując moje niesamowicie marne zdolności hakerskie zrobię, że wszystkie kamery dookoła będą podziwiać twoje dzieło. Plus zadbam o wrzucenie tego w sieć. - oznajmił, jednak po chwili dodał nieco złowrogim tonem - I zrobię to, co wychodzi mi najlepiej... zamieszanie. - ton jego głosu znowu stał się niemożliwe pogodny - To jak? Bawimy się? Czy jak każde grzeczne dziecko w tym grzecznym miejscu idziemy na grzeczny pociąg i grzecznie wracamy do grzecznego siedzenia w kryjówce?

Red? Wychodzi na to, że to twoja kolej. Baw się dobrze :>