Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthias. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthias. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 sierpnia 2019

Od Matthiasa - Plan

         - Wiesz, gdzie Felix trzyma zagłuszacze? - zapytał Jager.
    Violet na chwilę zamarła, gapiąc się w monitor. Zmarszczyła brwi i zajrzała przez przerwę między ekranami do małego warsztatu. Przyglądała się moment, gdzie Matthias właściwie szuka, po czym pokręciła głową.
    - Na pewno nie tam - odpowiedziała, mając na myśli dolną szufladę, którą właśnie otworzył. - A przynajmniej od dzisiaj.
    - Od dzisiaj? - powtórzył brunet.
    - Cup dorwała się ostatnio do jednego, gdy Hyde jej pilnowała - wyjaśniła dziewczyna wracając do wystukiwania czegoś na klawiaturze. - Dzisiaj rano uznał, że „to nie była najlepsza decyzja w jego życiu" i zaniósł wszystkie do swojego pokoju.
    Wolf zastanowił się chwilę.
    - Cup to ten mały robot? - upewnił się.
    - Tak.
    Nie musiał już więcej pytać. Widział się z Hiccup tylko kilka razy i za każdym rozmowa z nią ograniczała się do kiwania głową ze zrozumieniem, czy okazjonalnego rzucenia „Serio?", „Naprawdę?" i tym podobnych zwrotów sugerujących, że nadąża za zbyt szybkim potokiem słów. Przy okazji zorientował się, jak szybko robocik tracił wątek, gdy coś go rozkojarzyło oraz ile rzeczy naraz go fascynowało. Nawet po tak krótkiej znajomości potrafił zrozumieć, dlaczego Ćwiek postanowił przenieść swoje zabawki poza zasięg metalowych łapek.
    - A do czego ci zagłuszacz? - zainteresowała się Jekyll.
    Jager wrócił do salonu, nie mając tam zbyt wiele do roboty, skoro nie miał w czym grzebać.
    - Przyda mi się w sobotę - odparł. Usiadł na pustym fotelu na kółkach obok niej. - Ale najpierw muszę się upewnić, ile szkód może narobić. Jeśli za mało, będę musiał przy nim pogrzebać...
    - Odradzam - przerwał mu ktoś z tyłu. Obejrzał się, by zobaczyć zamykającą główne drzwi Kasumi. - Sylve raz próbował coś zrobić z jednym z zagłuszaczy. Zabrakło nam prądu na godzinę.
    - Pewnie coś zepsuł - Niemiec wzruszył ramionami.
    Japonka zmarszczyła się z oburzeniem, jakby to jej zdolności techniczne poddawał w wątpliwość, a nie Sylvaina.
    - Sylve nie jest głupi - powiedziała z absolutną pewnością. - To Fel jest sprytniejszy niż ci się wydaje. Jego sprzętu nie da się przerobić bez jego pomocy.
    Matthias uniósł jedną brew, autentycznie zainteresowany.
    - Zagłuszacze mają zabezpieczenia? - dopytywał.
    Kas zastanowiła się chwilę, ale ostatecznie wzruszyła tylko ramionami w niemym „Chyba tak". W jej interesie nigdy nie leżało grzebanie w elektronice. Od takich rzeczy Szczury miały Felixa, Sylve, a teraz także RatFace'a. Ironicznie, to właśnie ich Matt powinien traktować poważnie, nawet jeśli byli albo dziećmi, albo niepoważnymi dorosłymi, albo oboma naraz.
    Viola widząc niepewność Kasumi ruszyła jej z odsieczą:
    - Felix to nie byle haker. Siedzi w tej branży  Jakoś by mnie nie zdziwiło, gdyby się okazało, że każdy swój wynalazek zaminowuje pułapkami w ten czy inny sposób. Pamiętaj, że ostatecznie ma grubszą kartotekę niż ty - zerknęła znacząco na Matthiasa. - Po prostu nie ma na niej jego imienia.
    - Bo jest inteligentniejszy od trzech czwartych tego gangu - Feniks wyciągnęła nogi na kanapie, uśmiechając się lekko do bruneta.
    - Dobra, załapałem - mężczyzna machnął ręką niedbale. - Bez jego pomocy nic nie zdziałam. Ale lepiej żeby udało mi się go tutaj złapać przed sobotą.
    - Kiedyś wróci. To introwertyk - rzuciła Jekyll.
    - Poważnie? A nie wygląda - stwierdził Matt zgryźliwie.
    Violet wzruszyła ramionami.
    - Dam mu znać, że próbowałeś się dobrać do jego sprzętu - zaproponowała Kasumi.
    - Od kiedy zrobiłaś się taka wygadana? - Wolf obrócił się w jej stronę.
    - Pewnie udzieliło mi się wasze zbiorowe szaleństwo - odgryzła się Japonka.
    - Właśnie, skoro już przy szaleństwie stoimy... - Jager wstał i rozejrzał się wokół. Kobieta uważnie śledziła go wzrokiem, aż mężczyzna znalazł plany domu Orochiego, podszedł do stołu i rozłożył je przed nią.
    Kas patrzyła na nie przez chwilę. Uniosła jedną brew.
    - I co mam z nimi zrobić? - spytała.
    - Ty nic - odpowiedział brunet przysuwając sobie fotel. - Ale wypadałoby, by chociaż jeden uczestnik tego szaleństwa poza mną był obecny przy omówieniu planu.
    Czarnowłosa zamrugała kilka razy.
    - Kiedy zgłaszałam się do udziału w twojej akcji? - zapytała całkowicie poważnie.
    - Gdy dowiedziałem się, że znasz tę willę lepiej niż ten rysunek techniczny pobrany z internetu - odparł Matthias.
    Kobieta wyprostowała się, mierząc Wolfa tak morderczym spojrzeniem, że aż mu ciarki przeszły po plecach. Zdjęła nogi z kanapy i pochyliła się lekko nad stołem.
    - Z jakiej racji miałabym tam wracać? - niemal wysyczała.
    - By wysadzić to wszystko w cholerę.
    Kasumi nadal nie urwała kontaktu wzrokowego. Tym razem jednak wydawała się szukać jakiejś oznaki, że to wszystko to jakiś dowcip. Oczekiwała nagłego wybuchu śmiechu, choćby drobnego uśmieszku sugerującego, że Niemiec sobie z nią pogrywa. Ale Matthias mówił poważnie. Gdy w końcu to do niej dotarło, oparła się na kanapie i założyła ręce na piersi. Wyrazu jej twarzy nie dało się odczytać.
    - Mów - rzuciła krótko, jak rozkaz. Jej ton głosu także zupełnie się zmienił.
    Jager uznał to za osobiste zwycięstwo. Nie chcąc tracić zainteresowania Kas, od razu przeszedł do wyjaśnień:
    - Fera kazała mi zostawić Orochiemu jasną wiadomość. Ponieważ nie możemy go upokorzyć tak samo jak Fujiyamę lub Takahachiego, bo nie będzie go w mieście w dniu ataku, jedynym, w co możemy uderzyć jest ten budynek. I z tego, co się dowiedziałem w ciągu ostatnich kilku dni, wyjątkowo sobie go ceni... - urwał, chcąc usłyszeć potwierdzenie tego faktu z pierwszej ręki.
    - To już rodzinna rezydencja - Feniks skinęła głową. - Wprowadził się tam mój dziadek, jako jeden z pierwszych japońskich przedsiębiorców w Megalopolis. Mój ojciec i ja urodziliśmy się w Megalopolis.
    - Czyli ma wartość praktycznie sentymentalną? - upewnił się brunet. Znowu potaknęła. - Rozumiem więc, że to w połączeniu z jego patriotyczną obsesją na punkcie tradycji - tu Kasumi syknęła pod nosem, jakby przypomniała sobie coś nieprzyjemnego - sprawi, że zniszczenie willi nieźle nim poruszy.
     - Poruszy? - kobieta parsknęła wisielczym śmiechem. - Ten człowiek może nam za to zrzucić niebo na głowę.
    - Jak dobrze więc, że zawczasu przeprowadziliśmy się pod ziemię - Matt uśmiechnął się.
    - Dobra, przejdź do sedna - pospieszyła go nagle Feniks. - JAK zamierzasz zniszczyć ten budynek? Przekonaj mnie, że to możliwe.
    - Tu właśnie będziesz mi potrzebna. Ktoś musi ułożyć pojemniki z gazem przy przewodach wentylacyjnych. Tak, by rozniósł się po całym budynku bez niczyjej pomocy.
    - Gaz?
    - Wysoce łatwopalny - uśmiech Niemca nabrał paskudniejszego wyrazu. - Jeśli damy mu wystarczająco czasu, rozejdzie się po kilku piętrach i po zdetonowaniu małych ładunków cały dom rozniesie o wiele większa eksplozja.
    - A co z tym czasem? - Kas zmarszczyła brwi. - Ile go potrzebujesz? Co z dywersją?
    - Dywersję załatwisz mi ty i Piaskun - brunet wskazał punkt na mapie: fragment ogrodzenia wokół domu. - Rezdencja ma kilka poziomów zabezpieczeń, w tym alarm zewnętrzny włączany przejściem przez mur. Tego alarmu nie będziemy wyłączać.
    Japonka uniosła wzrok skonfundowana, ale Matt uniósł palec wskazujący na znak, by dała mu dokończyć:
    - Piaskun może przejść przez mur bez włączania alarmu. Ale kiedy ty go przeskoczysz, ochrona zostanie wezwana na zewnątrz. Oczywiście na miejscu zamiast ciebie spotkają Pierwszego i raczej dobrze się to dla nich nie skończy. Zamieszanie wyciągnie z budynku jeszcze więcej ludzi. Tymczasem ty dostaniesz się do willi niezauważona i dzięki zagłuszaczom Ćwieka nie uruchomisz wewnętrznego alarmu. Normalnie prościej byłoby po prostu wyłączyć prąd w domu, ale wtedy wyglądałoby to bardziej podejrzanie. Z braku ochrony w środku i przez realne zagrożenie w postaci Piaskuna, nikt nie zwróci uwagi na rozpylający się gaz. A gdy jego stężenie wyniesie odpowiedni poziom i wyniesiecie się poza pole rażenia, zafunduję Shangri-La brutalny pokaz fajerwerków.
    Feniks słuchała go uważnie. Gdy skończył, przez chwilę trawiła cały plan.
    - Chcesz zmienić dom, w którym spędziłam całe swoje dzieciństwo i część dorosłego życia, w wielką kulę ognia - powiedziała powoli, jakby sama temu nie dowierzała. Matthias wzruszył ramionami.
    - W gruncie rzeczy, tak: do tego sprowadza się cała akcja - zgodził się.
    - Idę - odparła od razu kobieta, zaskakując jego samego tym upiornym spokojem, z jakim to powiedziała. - Ten budynek nie może spłonąć bez mojego udziału.

wtorek, 23 stycznia 2018

Od Matthiasa - Przystanek: Eden

        - Do - Edenu - pozostało - trzydzieści - minut - poinformowała nieistniejąca kobieta z interkomu, po każdym słowie stawiając mechaniczną pauzę.
    Co za paskudny głos, przeszło Mattowi przez myśl, gdy odczytywała tą samą informację jeszcze po francusku, niemiecku, hiszpańsku i rosyjsku. Właściwie aż do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że komunikaty interkomu są w zupełności wygenerowane sztucznie. Nie znał się na tym za dobrze i o potwierdzenie tej teorii musiałby zapytać chociażby tego dziwnego dzieciaka od Fery, którego miał okazję niedawno poznać. Coś jednak mu mówiło, że gdyby poprosił na ulicy przypadkową kobietę o przeczytanie jakiegoś zdania, na pewno nie zrobiłaby tego aż tak sztywno. Nie wspominając już o delikatnym rzężeniu, które obeznanemu w elektronice Jägerowi kojarzyło się z pracującym mechanizmem zdalnie sterowanego drona na kółkach. Miasto chyba stać na dobry sprzęt nagrywający, więc dodając dwa do dwóch wychodziło na to, że człowiekowi odpowiedzialnemu za głos w interkomie nie chciało się tracić czasu na pracę z żywą aktorką. Przyszłość miejscami Matthiasa po prostu przerażała. Pozostało mu cieszyć się, że o ile dało się zastąpić ludzkiego ochroniarza pułapkami i czujnikami, o tyle ciężko było znaleźć robota zdolnego je zaprojektować, zbudować, po czym odpowiednio ustawić. Pod tym względem nadal miał konkurencję jedynie w ludziach, którzy mogli być jak najbardziej zawodni.
    Podróżowanie zawsze irytowało Wölfa - nienawidził siedzieć w tym samym fotelu dłużej niż pół godziny. Kumple z jednostki nierzadko śmiali się, że ,,Wilk stróżujący nie lubi mieć zdrętwiałych łap" i, szczerze mówiąc, mogli mieć w tym sporo racji, bo Matt za czasów służby faktycznie czasami zachowywał się jakby w każdej chwili ktoś miał strzelić w jego okno. To zupełnie naturalne w przypadku ludzi mających na koncie udział w większej strzelaninie i z czasem miał wrócić do względnej normalności (co na szczęście nastąpiło prędzej niż później). Jednak chociaż jego umysł przywykł do zachowywania zdrowego rozsądku w sytuacjach zagrożenia życia, dłuższe podróże nadal powodowały w nim dyskomfort. Spędzając w samochodzie zbyt dużo czasu, coraz bardziej odczuwał brak swobody, a niemożliwość rozprostowania nóg napawała go frustracją. To by wyjaśniało, dlaczego nie miał własnego samochodu, zadowalając się środkami komunikacji miejskiej. Sensu nabierał też jego zwyczaj spacerów po pociągach podczas podróży. Ekspresowe trasy kolejowe łączące tylko cztery miasta miały jeden stanowczy plus: całkowity brak przystanków pomiędzy nimi. Pociągi pasażerskie Megalopolis jechały niemal dosłownie prosto w stronę swojego celu, mijając farmy i pola, przy których zatrzymywały się jedynie towarowe, mające własną, specjalną kolej. Tak więc najdłuższa podróż - z Edenu do Dżannah - zajmowała około półtorej godziny, co jeszcze mieściło się w cierpliwości Matta, a brak przystanków oznaczał mniejsze zmartwienie personelu o to, ile osób porusza się swobodnie po wagonach. Jäger mógł więc oszukiwać wrażenie ograniczenia poprzez przechodzenie z jednego końca na drugi. Mało kto zwracał mu na to uwagę, nie wyglądał też podejrzanie, bo minięcie jakiegoś miejsca więcej razy niż dwa było ciężkie przy długości nowoczesnych pociągów i czasu w jaki pokonywały całą trasę.
    Niemiec zdążył już minąć kanara, który od razu sprawdził mu bilet, gdy mężczyzna wspomniał, że musiał przejść obok jego pustego miejsca kilka minut temu. Nie chciał kłopotów, a na dodatek w kryjówce Szczurów został z miejsca wyposażony w perfekcyjnie podrobioną miesięczną kartę przejazdową. Ćwiek (jak Fera nazwała hakera w masce) wspomniał co prawda, że to jego świeży pomysł, który miał zastąpić ciągłe drukowanie nowych biletów, ale już przetestowany i dopracowany pod kątem wszystkich możliwych problemów. Matthias wolał się nie zastanawiać, ile osób najęto tylko po to, by przejechały się z jednego miasta do drugiego z prototypem falsyfikatu karty miesięcznej. Ciekawe, czy skreślali daną wersję z listy po skontaktowaniu się z królikiem doświadczalnym, czy dopiero wtedy, gdy nie dawał znaku życia z aresztu w jakimś komisariacie...
    Do Edenu pozostało niewiele ponad dwadzieścia minut jazdy. Wilk - z racji bycia tylko istotą ludzką - nudził się, właściwie już bezmyślnie idąc przed siebie i szczękając w kieszeni metalową pokrywką zapalniczki. Gdyby nie był w pociągu, bawiłby się nią na widoku, ale zdrowy rozsądek odradzał mu obracanie palcami przy krzemieniu w obecności zraszaczy i czujników dymu. Nie było potrzeby przedłużać podróży bardziej niż to było konieczne, toteż nie miał żadnego dobrego zajęcia. Z racji swojego zawodu rozsądnie ograniczał swój udział w sieciach społecznościowych, więc i na telefonie nie miał zbyt wiele do roboty. Matt odnosił już wrażenie, że zaraz po prostu dosiądzie się do przypadkowej osoby, by pogadać o czymkolwiek, gdy do jego uszu dotarła stanowcza odmowa... wypowiedziana po niemiecku.
    Rodzimy język nie robił na nim w Megalopolis wrażenia, tym bardziej w pociągu do Edenu - to w końcu był jeden z głównych języków tego miasta i nadal stanowił język biznesu całej Europy. Ale chyba każdy trwały emigrant ma w sobie wbudowany odruch obracania głowy za znajomymi słowami. Tym bardziej, że niemal paniczna niemiecka wypowiedź jakiejś dziewczyny i niezbyt pewna siebie odpowiedź po angielsku brzmiały, jak chociaż chwilowa rozrywka dla człowieka pozbawionego jakichkolwiek innych zajęć. Matthias ruszył więc dalej szybszym krokiem, widząc już w oddali stojącego w niemal pustym wagonie klasy ekonomicznej kudłatego blondyna, młodszego od niego o kilka lat. Rozmawiał, czy raczej próbował rozmawiać z młodą dziewczyną  z przefarbowanymi na mocny turkus włosami, która uparcie starała mu się wyjaśnić po niemiecku, że nie rozumie nic z tego, co do niej mówi. Jäger z lekkim uśmiechem na ustach oparł się o siedzenia kilka metrów za nimi.
    - Tylko próbujesz mnie spławić - trwał przy swoim chłopak.
    - Ich verstehe nicht! - dziewczyna wydawała się bliska panice. ,,Wydawała" to w sumie dobre słowo, bo Matthias miał wrażenie, że faktycznie tylko udawała. - Ich spreche Englisch nicht!
    - Angielski? Tak, angielski!
    - Mój angielski zły! - wydukała.
    - Ale coś tam umiesz. To jak? Jesteś nowa w Megalopolis?
    Wölf chyba już rozumiał, co było problemem. Nieznajoma była zbyt nieśmiała, by spławić podrywacza, albo nie miała do tego serca, więc wolała udawać niemowę. Też będę musiał tego kiedyś spróbować, pomyślał z lekkim rozbawieniem Matt, ruszając w stronę ,,rozmawiających". Cała szopka na krótko była zabawnym widokiem, jednak mężczyzna odniósł wrażenie, że dziewczynie przyda się drobna pomoc.
    - Przepraszam - szturchnął chłopaka w ramię. Ten obejrzał się na niego ze zdziwieniem. - To chyba moje miejsce.
    - Och... - blondyn spojrzał ponownie na dziewczynę. Matthias również. Posłała mu wdzięczny uśmiech.
    - Solle ich...? - zaczął Niemiec, wskazując sugestywnie kciukiem na delikwenta.
    Zmierzyła chłopaka morderczym spojrzeniem, jakby faktycznie zastanawiała się, czy nie skinąć w tym momencie głową. Wilk nie miał już wątpliwości, że cały czas grała, skoro była gotowa podtrzymywać improwizację dalej. Jednak zanim zdążyła się zdecydować, blondyn połączył wątki i po rozsądnym zmierzeniu wzrokiem wyższego od siebie faceta, ruszył w stronę wyjścia z przedziału. Po drodze jednak usiadł w niby przypadkowym miejscu, obracając się na bok i udając, że przegląda coś w telefonie.
    - Er glaubt uns nicht - rzucił słowem wyjaśnienia, siadając jak gdyby nigdy nic obok nieznajomej i zakładając ręce za głowę.
    - Ein wahr Dickkopf... - mruknęła zirytowana. Pewnym było jedno - chłopak nie rozumiał ani słowa po niemiecku, więc równie dobrze mogli w tym momencie rozmawiać o czymkolwiek, by utrzymać go w przekonaniu, że nie powinien denerwować jej swoją obecnością.
    - Und du bist wahr Pechvogel - Jäger uśmiechnął się lekko. - Der ganze Wagen ist leer...
    - Ich hatte einige Jungs. Sie begreifen eine Zurückweisung nicht!
    Niemiec parsknął śmiechem. Jego rozmówczyni musiała się użerać z tym gościem dłużej niż przypuszczał.
    Siedzieli kilka minut w ciszy. Blondyn nadal się nigdzie nie wybierał, ale wyglądał już na zrezygnowanego. Chyba po prostu wolał dojechać tym wagonem do Edenu. Dziewczyna, chociaż starała się nie dawać po sobie tego poznać, raczej nie czuła się najlepiej w towarzystwie innego obcego sobie faceta, który na dodatek wyglądał bardziej niebezpiecznie od poprzedniego. Dyskretnie przysunęła się bliżej okna i skupiła się na czytaniu czegoś na komórce. Matthias nie zamierzał zmuszać jej do rozmowy. Odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy, czekając spokojnie na zbliżający się jedyny przystanek w Edenie.
    - Danke - usłyszał nagle od swojej przymusowej towarzyszki. - Für die Hilfe.
    - Keine Ursahe - odparł Matt. Musiał przyznać, że mile go zaskoczyło kilka drobnych słów. Najwyraźniej zbyt rzadko ktoś mu dziękował.
    - Do - Edenu - pozostało - pięć - minut - poinformowała ich paskudna baba z interkomu. - Proszę - przypilnować - swoich - bagaży.
    To ożywiło siedzącego przed nimi ,,Dickkopfa". Chłopak zerwał się nagle ze swojego miejsca i ruszył w stronę przejścia do następnego wagonu - najwyraźniej zostawił gdzieś bez opieki jakiś plecak na rzecz podrywów w klasie ekonomicznej. Uratowana przed nim nieznajoma nie czekała długo, by odetchnąć z wyraźną ulgą.
    - Nie przesadzasz czasem? - zapytał Wilk, nadal nie patrząc w jej stronę. - To tylko dzieciak, chyba nie zrobiłby ci krzywdy.
    - Cholera ich wszystkich wie - wzdrygnęła się. - Kilku z jednego edeńskiego liceum stale mnie nęka, gdy tylko pojawię się na wykładach... siostrze to nie przeszkadza, ale jak na mój gust mogłaby się trzymać od nich z daleka.
    - Którego liceum? Możliwe, że uczę paru chłopaków zdolnych do śledzenia praktykantek.
    - Nie wyglądasz na nauczy... - urwała nagle speszona. Matt zerknął na nią jednym okiem. - Znaczy, nie miałam na myśli... wiesz, nie chciałam niczego sugerować! Po prostu...
    - Spokojnie - uśmiechnął się. - Nie ty pierwsza. Poza tym zajmuję się klasą z przypisanym kuratorem, więc chyba niejako do siebie tam wszyscy pasujemy.
    - Czyli i tak nie miałam nigdy możliwości na ciebie trafić. Nie przypominam sobie żadnej klasy stricte z poprawczaka w szkole o takim poziomie... - znowu skrzywiła się lekko. - Wybacz, jeśli to zabrzmiało obraźliwie, panie...
   - Hej, bez ,,panowania", jeśli jest między nami różnica wieku mniejsza niż dziesięć lat. Jestem Matthias - przedstawił się. - A poza tym, nic się nie stało. Wyglądam na obrażonego?
   Za oknem pojawił się peron edeńskiego dworca. Dziewczyna drgnęła jak oparzona, szybko wciskając leżące na kolanach słuchawki i telefon do płaskiej torby szkolnej. Wölf wstał ze swojego miejsca, by przepuścić ją przodem.
    - Pani pozwoli - rzucił z wskazując kierunek do wyjścia z przesadną gestykulacją.
    Spojrzała na niego z politowaniem i przeszła obok, kręcąc głową.
    - A widzisz, jak to świetnie jest być tytułowanym na każdym kroku? - dodał mężczyzna, ruszając za nią w stronę wyjścia. - Jeśli faktycznie praktykujesz na nauczycielkę, to będziesz musiała się do tego przyzwyczaić, Pechvogel.
    - Ej, ja też mam imię... Violet - powiedziała przez ramię. Przedstawiła się jednak dopiero po kilku sekundach wahania, jakby Matt mógł je wykorzystać w jakiś niecny sposób. Albo jakby nie za bardzo lubiła się przedstawiać obcym ludziom.
    - Czyli jednak nie z okolic - mruknął żartobliwie Niemiec.
    - Chyba bardzo nie okolic - odparła Violet z lekkim uśmiechem.
    Wydostali się w końcu na peron jednymi z ostatnich wyjść, zanim jeszcze ludzie zdążyli ich wpakować z powrotem do środka. Nowoczesne pociągi faktycznie były bardzo postępowe: potrafiły zmieścić w środku dwa razy więcej ludzi, niż wydawało się z nich wysiadać. A może to po prostu południowy odjazd do Elizjum przyciągał więcej osób niż poranny do Edenu.
    W drodze do wyjścia Violet zdążyła kilka razy poprawić lecące na oczy pasmo nienaturalnie jasnych włosów (chyba mimowolnym odruchem), poprawić workowatą białą koszulkę z nadrukiem z jakiegoś komiksu i przeszukać wszystkie kieszenie torby.
    - Wiesz, Matthias... - rzuciła. - Dzięki jeszcze raz.
    - Przyjaciół poznaje się w biedzie. Ale dalej jestem zdania, że nie miałem po co się wtrącać - wzruszył ramionami.
    - To dlaczego to zrobiłeś? - dziewczyna przyłożyła swój bilet do czytnika i poczekała na niego po drugiej stronie barierek.
    Dołączył do niej chwilę później. Zatrzymała się widząc, że nie idzie w tym samym kierunku co ona. Ponownie Wölf poczuł się przez nią mile zaskoczony. Najwyraźniej równie rzadko słyszał podziękowania, co miał okazję na rozmowę z miłymi nieznajomymi.
    - Dobre pytanie - odpowiedział w końcu i udał, że dłużej się zastanawia. - Może to mój głęboko skrywany zmysł bohatera? Może mam jakiś kompleks, przez który nie potrafię zdzierżyć widoku człowieka w potrzebie?
    Violet zmrużyła oczy, równie teatralnie namyślając się kilka sekund.
    - Nudziło ci się podczas jazdy pociągiem, usłyszałeś znajomy język, a potem stwierdziłeś, że to nawet zabawne i wkręciłeś się do przedstawienia - stwierdziła fachowym tonem.
    - Dobra, masz mnie - przyznał się, przyglądając się jej podejrzliwie. - To aż tak oczywiste, że jestem Niemcem, czy każdego rozmawiającego tym językiem człowieka od razu uznajesz za obywatela Niemiec?
    - Masz całkiem wyraźny akcent - wyjaśniła. Ją również coś dręczyło: - Wiedziałeś, że udawałam, czy faktycznie uznałeś, że nie znam języka?
    - Nazwijmy to doświadczeniem wyniesionym z pilnowania miejsc publicznych. Gdy po dziesięć razy dziennie słyszysz ,,Jestem pełnoletni", szybko uczysz się jak rozpoznać kłamcę.
    - Niech ci będzie - Violet uśmiechnęła się lekko i zerknęła na ekran telefonu. Zaczęła powoli się wycofywać, nie za bardzo wiedząc jak skończyć rozmowę. - Chyba powinnam biec na wykład. Ja... dzięki jeszcze raz! I do widzenia!
    - Nawzajem, Pechvogel - Matt uniósł dłoń na niewerbalne ,,do widzenia" i również ruszył w swoim kierunku. Zdawał sobie sprawę, że przy tak licznie zamieszkanej wyspie oraz swoim stylu życia szansa, iż faktycznie jeszcze kiedyś się zobaczą jest naprawdę niska, ale chyba w ludzkim zwyczaju utarło się mówić o ,,widzeniu się" w charakterze pożegnania bez większego zastanowienia co ten zwrot właściwie znaczy.
    Nawet przez myśl mu nie przeszło, że nieśmiała dziewczyna pokroju Violet również mogła się tego ranka widzieć z tym samym hakerem w dziwnej masce.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Od Matthiasa (CD Semiry) - Jak zaskoczyć snajpera

        Słońce już zachodziło, ostrzegając przed nieuchronną godziną zero. Wölf przykucnął przy krawędzi dachu patrząc prze lornetkę do wnętrza pustego budynku, próbując określić trajektorię lotu pocisku snajperskiego. Dach na którym obecnie siedział był trzecim z możliwych stanowisk dla strzelca wyborowego jakie znalazł wokół magazynu. Widział stąd zostawioną na podłodze starego budynku czarną torbę. Był to idealny punkt osłonięty z właściwie każdej strony, czyli miejsce gdzie powinna stać jego zleceniodawczyni. Jedynie owe trzy pozycje obsadzane przez Jägera dałyby Erro stuprocentową pewność na czysty strzał. Podrzędny zamachowiec oczywiście mógłby próbować strzelać na wpół ślepo z wyższego budynku lub nieco dalej od magazynu, ale z tego co Niemiec wiedział o prześladowczyni czarnorynkowych dealerów jasno wynikało, że nie miał do czynienia z amatorem. Kobieta może i była szalona, jednak jej metodom nie dało się odmówić skuteczności. Musiała zdawać sobie sprawę, że zdążyła doprowadzić Ifryt do szału i każdy następny atak staje się coraz większym ryzykiem. Skoro chce się zamachnąć na życie Isati to musi zdawać sobie sprawę iż ma na to tylko jedną szansę. Ten strzał będzie decydował o wszystkim, o całej karierze Erro...
  A Matthias miał dopilnować, by spudłowała.
  Świadomość tego, że właśnie rujnuje czyjeś życie niemiłosiernie mu doskwierała. Owszem, Erro nie była niewiniątkiem, ale jednak - niezależnie od metod - skutecznie pozbywała się ludzi najgorszego sortu. Matt umiał postawić się na jej miejscu. Doskonale zdawał sobie sprawę ile w podziemiu znaczy reputacja oraz z jakim ryzykiem wiąże się porażka. Jedna z najważniejszych zasad w jego kodeksie kazała mu trzymać się swoich i wedle niej w normalnej sytuacji kibicowałby Wendigo. I to nie tak, że śmierć Isati zrobiłaby na nim jakiekolwiek wrażenie. To tak jak biznes: masz wrogów, sojuszników, a pozostałymi firmami się nie przejmujesz. Większe się na ciebie nie gapią to nie pchasz im się pod nos, mniejsze nie są warte twojej uwagi. Jednak brak ogniwa w postaci Ifryt rozerwałby cały łańcuch podziemnego handlu. Spojenie go z powrotem zajęłoby lata, podczas których chwiałby się los właśnie Wölfa i jemu podobnych. Poza tym, ważyła się tu nie tylko reputacja Erro, ale i jego. A według innej z jego zasad własna reputacja była ważniejsza niż cudze. Albo ty, pomyślał mężczyzna, albo ja.
  Widok z trzeciej z możliwych pozycji prowadził na torbę przez zakurzone od wewnątrz okno. Lecąc z tego miejsca, kula musiałaby najpierw przebić się przez szybę powodując hałas. I tak nie dawałoby to nikomu w środku żadnej przewagi, bo nawet jeśli usłyszą trzask to prawdopodobnie będzie już za późno. Dlatego i to stanowisko musiał wziąć pod uwagę. Wyciągnął więc z jednej z kieszeni kolejną parę podłużnych czujników ruchu i umocował jeden z nich przy klapie prowadzącej na dach (między zawiasami dobrze się maskował), a drugi na antenie telewizyjnej, w razie gdyby Erro nie zamierzała się dostać tutaj metodą konwencjonalną. Kalibrowanie tych urządzeń zajęło mu wiele czasu i cieszył się, że pomyślał o stworzeniu podobnego sprzętu już jakiś rok temu. Stworzenie czujnika ruchu było dziecinnie proste, ale przekonanie go do wykrywania tylko czegoś wielkości człowieka zakrawało o sztukę. Gdyby użył zwykłych, każdy przelatujący gołąb mógłby być szykującym się do strzału skrytobójcą. Podobne znajdowały się przy bocznych wejściach do magazynu, jeśli Wendigo zdecydowałaby się podejść jeszcze bliżej.
  To nie był jednak jedyny środek ostrożności jaki przygotował. Gdy już umieścił czujniki na miejscach włożył do ucha słuchawkę i zakomenderował do czekających w środku dwóch mężczyzn, których najął do roboty:
  - Szklany świetlik na tyłach, prawy róg.
  Po kilku minutach na kładce za oknem pojawiła się dwójka najemników z szarą matową płytą. Jäger machnął im ręką potwierdzająco i wedle instrukcji położyli ją na metalowej powierzchni pięterka, po czym podpięli do niej czarną skrzynkę i włączyli. Gdy dioda się zaświeciła ukryli niewinne puzderko poza widokiem Matthiasa, pełniącego teraz rolę potencjalnego strzelca. Jeden odsunął się na bok, a drugi dla próby oddalił się o kilka kroków i strzelił z pistoletu w ścianę tak, by kula przeleciała nad płytą. Gdy uznał, że trafił o wiele niżej niż celował, uniósł w stronę Niemca kciuk w górę. Mężczyzna odpowiedział mu tym samym gestem i zadowolony skierował się w stronę klapy. Elektromagnetyczna płyta była jego własnym pomysłem. Pracował nad tym od dłuższego czasu właśnie z myślą o tego typu zadaniach. Ochranianie pracodawców przed snajperami zawsze stanowiło dla niego nie lada problem. Mając do dyspozycji strzelbę byłeś w stanie dać sobie radę jedynie z napastnikiem na góra średni dystans, a obstawieni po dachach ludzie nie mogli stanowić pełnej ochrony. Skoro nie umiał powstrzymać pocisku snajperskiego, to mógł chociaż spróbować zmusić go do zmiany trajektorii lotu. Pole magnetyczne tuż pod oknem było na tyle silne, by odrobinę ściągnąć kulę w dół. Odchylenie wydawało się drobne, ale oznaczało trafienie celu około półtora metra niżej. Jeśli więc Erro celując w głowę Ifryt zdąży oddać strzał z którejś z tych trzech pozycji zanim dopadną ją jej ludzie, przy największym pechu trafi kobietę w łydkę. Oczywiście w interesie Wölfa jak najbardziej leżała nietykalność Isati, ale na taki obrót wydarzeń mógł poradzić tylko tyle.
  Zbliżając się do magazynu zastanawiał się ile rzeczy może pójść nie tak. Czujniki nie mogły nawalić. Nie widział takiej opcji. To nie było eksperymentalne narzędzie - używał ich już niejednokrotnie i nigdy go nie zawiodły. Erro mogła w najgorszym wypadku któryś zauważyć zanim wejdzie w jego zasięg i go zestrzelić. Pytanie tylko, czy w ogóle którykolwiek dostrzeże na czas, a nawet jeśli to zniszczenie jednego z nich również poinformuje Matta o jej pozycji. Spojrzał na ekran telefonu: wszystkie były aktywne i spokojne. Numery od jeden do pięć pilnowały okolic bocznych wejść, a sześć do jedenaście trzech dachów. Jedynym co miało prawo nie zadziałać były płyty i ludzie Ifryt. Zabezpieczenie przeciwko strzelcom wyborowym było dopiero prototypem. Niemiec nie miał jeszcze okazji przetestować tego na pełną skalę z prawdziwym karabinem snajperskim, płyty z założenia stanowiły więc ostateczność w razie niekompetencji ludzkiej. A wiadomo, że szansa iż zawiedzie cię człowiek którego nie znasz jest większa, niż w kwestii urządzenia nad którym siedziałeś cały miesiąc.
  Gdy wrócił do swojej torby zadzwonił telefon. Odebrał nawet nie patrząc na numer - i tak spodziewał się napisu ,,Zastrzeżony", bo głównie takie musiał odbierać.
  - Wszystko gotowe - rzucił, zgadując kto się do niego dodzwania.
  - Jest pan pewien? - w słuchawce odezwał się męski głos z lekkim skandynawskim akcentem.
  - Zawsze. Niemiec nie pracuje na ,,odwal się" - zapewnił Matt wyjmując ze swoich rzeczy czarną maskę przeciwgazową. - W innym wypadku nikt nie kupowałby od niego samochodów.
  - Świetnie - odparł asystent Ifryt.
  - Mam tylko jedno pytanie, jeśli oczywiście coś o tym wiesz - powiedział Wölf zanim mężczyzna zdążył się rozłączyć.
  - Słucham.
  - Jak Ifryt zamierza pojmać kogoś pokroju Erro za pomocą tego motłochu, który wynajęła? Z całym szacunkiem, ale oni nie zdążą dotrzeć do profesjonalnego skrytobójcy zanim odda strzał.
  - Z tego co wiem tą kwestią miał się zająć przedstawiciel Szczurów, niejaki Daniel.
  - Daniel? - powtórzył do siebie Niemiec próbując przypomnieć sobie kogokolwiek po tym imieniu. Nikt jednak nie przychodził mu do głowy. Znał jednak Isati na tyle by wiedzieć, że byle komu by zadania takiej wagi nie powierzyła.
  - Tak. Czy mam coś przekazać? - zapytał Skandynawczyk.
  - Nie, wszystko jasne. Bądźcie punktualnie - odpowiedział najemnik i rozłączył się.
  Spojrzał na godzinę. Dwadzieścia po ósmej. Miał jeszcze trochę czasu. Z braku lepszych pomysłów westchnął i ruszył po raz ostatni sprawdzić zabezpieczenia. I pomyśleć, że jutro znowu przyjdzie do szkoły jak gdyby nigdy nic na godzinę wychowawczą. Czasem mu nawet było szkoda, że nie może niczego opowiedzieć swoim uczniakom. Polowanie na terrorystów na pewno by im się spodobało.
  Póki co jednak musiał się upewnić, że nie będzie miał jutro na głowie niczego ważniejszego od pójścia do pracy. Jak choćby wściekłych popleczników martwej Ifryt. Lub legendarnej mścicielki przeklinanej w kilku różnych językach.

Docieramy do godziny zero :P Kto dalej?

niedziela, 12 marca 2017

Od Matthiasa - W biały dzień

        Słońce zaczynało schodzić już ku granicy widnokręgu. Horyzont przyjmował powoli żółty kolor, mający za jakieś półgodziny przekształcić się w oranż. Powykrzywiane, fantazyjne wieżowce Shangri-La przywodziły na myśl gigantyczny labirynt luster z lunaparku. Niżej śmigały turboloty, a na zupełnym dnie miasta najzwyklejsze samochody, w przeważającej liczbie elektryczne. Wiał delikatny wiatr, ostrożnie opływając dachy, jakby wiedział, że grupce ludzi na jednym z nich mógłby znacznie zepsuć humor utrudniając robotę.
  Jäger przetarł rękawicą ciemne szkła maski i westchnął cicho. Zdecydowanie chętniej obserwowałby ten widok bez swojego sprzętu, a świeże powietrze w filtrze maski już nie smakowało tak dobrze. Co poradzić? Kiedyś będzie musiał zorganizować sobie podobną wycieczkę nie w celach służbowych. A może nawet wziąłby ze sobą swoich uczniaków? Nie sprawiali ostatnio kłopotów i Matthias ufał, że nie planowaliby robić niczego głupszego od plucia na przechodniów. A takim widokiem grzech byłoby się nie podzielić. Mężczyzna dopiero w takich chwilach rozumiał, dlaczego najwyżej położone apartamenty zawsze mają największą cenę. Oraz czemu mieszkający w nich egoiści nie chcą się tym cudem nikomu chwalić.
  Matt podszedł do murka otaczającego krawędź dachu i spojrzał w dół. Doskonale wiedział, co za chwilę będzie musiał zrobić i wolał napatrzeć się na tą przepaść teraz, a nie podczas opuszczania w dół. To nie był popularnie nazywany ,,lęk wysokości". Wysokość sama w sobie nie jest straszna, w tych czasach na dodatek stała się powodem przechwałek: ,,Nowy wieżowiec w centrum miasta będzie miał w cholerę pięter, zajmie nam to kurewsko dużo czasu, ale pobijemy rekord konkurencji". Nie można się więc było bać wysokości. Prawdziwy strach powodowała jedynie wizja runięcia na chodnik z wysokości kilkudziesięciu metrów. Ale Jäger miał zaufanie do swojego sprzętu oraz niejakie doświadczenie w tego typu akcjach. Obejrzał się na zakładających uprzęże towarzyszy. Przez bandany, hełmy i maski nie dało się ocenić, czy piątka mężczyzn jest pewna, że chce wziąć udział w tym napadzie. Ich ruchy jednak były na tyle pewne i zdyscyplinowane, że Mattowi pozostało liczyć iż wszystko pójdzie zgodnie z planem. Wziął wdech i głucho klasnął w dłonie okryte rękawicami.
  - Dobra, panowie! - zwrócił ich uwagę. - Za chwilę nie będzie już odwrotu, dlatego pytam po raz ostatni, czy jest ktoś, kto jednak zmienił zdanie i chce się wycofać? Do niczego was nie zmuszam, to w końcu wy mi płacicie, a nie ja wam.
  Grupka najemników spojrzała po sobie, ale żaden nie wydał odgłosu sprzeciwu.
  - Świetnie, gratuluję odwagi - podjął dalej Matthias. - Mam kilka ostatnich zaleceń zanim przystąpimy do działania. Po pierwsze: od początku, do końca, JA wydaję rozkazy. Każdy akt niesubordynacji będzie was kosztował, a ja nie zamierzam dzielić z wami ŻADNYCH wydatków. Po drugie: nie strzelać do niczego poza dronami policyjnymi. Wierzcie lub nie, ale potrzebujecie kasy, a nie krwi na rękach. Ludzkich ochroniarzy wystarczy tylko obezwładnić i rozbroić. Jesteśmy przecież tylko bandą psychopatów napadających na bank, a nie bandą psychopatów mordujących niewinnych ludzi, czy to jasne? Nie dawajmy mediom pożywki.
  Znowu nie wystąpiło żadne słowo sprzeciwu.
  - Po trzecie - mężczyzna machnął ręką za siebie, w stronę dziwnej, kolorowej łuny świateł blisko centrum. - Ktoś chyba wyręczył nas w kwestii dywersji. Nie mam pojęcia kto, ale skoro mamy okazję, to ją wykorzystajmy. Cała akcja ma trwać nie więcej niż pół godziny, potem psy znudzą się ogryzaniem kości w centrum i przybiegną na gwizd tutaj. Jeśli zjawią się jednak wcześniej, nie panikować i nie zaczynać ostrzału. Mam to wszystko pod kontrolą.
  Dwójka z pięciu niepewnie przestąpiła z nogi na nogę, jakby nie za bardzo mu wierząc. Jäger nie zdziwiłby się, gdyby przyznali, że słyszeli już podobne teksty wcześniej i wcale nie zadziałały lepiej. Tym razem jednak było inaczej. Zatrudnili nie byle kogo, a nikt nie mógł być tak bardzo pewny swoich słów jak najlepszy z fachowców.
  - Koniec przemówienia. Zaczepić wyciągarki! Schodzimy za dwie minuty! - zakomenderował Niemiec i sam przystąpił do roboty. Nie zamierzał dawać nikomu grzebać przy jego linie, jak zresztą chyba każdy z obecnych. Człowiek czuł się pewniej, jeśli sam zapewniał sobie bezpieczeństwo. Gdy wszystko było gotowe, szóstka mężczyzn podeszła do krawędzi dachu i stanęła tyłem na murku, trzymając rozwijane przed nimi liny. Jäger po raz ostatni upewnił się, że strzelba siedzi pewnie na swoim miejscu w uchwycie na plecach i dał znak do opuszczania się.
  Najgorszym momentem jest zdecydowanie sam początek - zmiana pozycji z pionowej na poziomą. Czujesz, że trzymasz stopy twardo na pewnym gruncie, ale z drugiej strony ciągnąca cię ,,w przód" uprząż cały czas przypomina, że ziemię masz za plecami. Grunt, to nie oglądać się i na szczęście nikt z ekipy nie wpadł na tak głupi pomysł. Po minucie, wydającej się ciągnąć w nieskończoność, udało im się już do tego przywyknąć. Jedynie Jäger nie wydawał się mieć żadnych problemów już od samego początku. Poruszał się równie pewnie, jak stawiał kroki na ziemi. Miał już doświadczenie w takich akcjach, pomijając oczywiście fakt, że wcześniej służyły one pomocy, a nie rabunkowi.
  W Megalopolis już od jakiegoś czasu istniała moda na umieszczanie banków na wyższych piętrach wieżowców. Miało to utrudnić skuteczny napad pomniejszym grupom, które zmuszone by było do niezauważonego dostania się do wind czy też wspinaczki po schodach z potrzebnym do akcji sprzętem. Nie wspominając już o tym, że jedynym wejściem były drzwi główne, wyjątkowo łatwe do obrony dla ochrony. A gdy już weszli do środka i mieli uciekać z kasą, policja mogła łatwo obstawić jedyne wyjście. Nikt jednak nie myślał o drugim wejściu: szklanych ścianach panoramicznych okien. Gdy Matthias zaproponował je w pierwszej kolejności, jego pracodawcy okazali się wyjątkowo sceptyczni. Pomysł z wbiciem się do środka przez okno i ucieczką tym samym sposobem wydawał się szaleństwem...szaleństwem, w którym jednak tkwiła jakaś metoda.
  Zatrzymali się piętro nad bankiem. Jakaś sekretarka siedząca za biurkiem akurat spojrzała w kierunku okna i niemal wywróciła się na krześle widząc szóstkę uzbrojonych facetów z wojskowym sprzętem opierającą się stopami o szybę. Jäger spojrzał w jej kierunku i pomachał wesoło ręką. Zszokowana kobieta niepewnie odmachała. Wtedy Wölf dał znak towarzyszom i wszyscy równocześnie odbili się od ściany opuszczając się gwałtownie na linach. Przelecieli malowniczym łukiem w dół, po czym wbili się nogami przez szkło do pomieszczenia banku.
  Obsypani odłamkami cywile zaczęli panikować i cofać się pod ściany. Roboty były cztery: dwa przy wyjściu i dwa przy kasach. Matt wyćwiczonym ruchem zdjął z pleców strzelbę i strzelił do stojącego dwa metry dalej drona. Pierwszy strzał tylko nim zachwiał, dopiero drugi unieszkodliwił robogliniarza. Pozostałe trzy padły ofiarą karabinków szturmowych, a dwójka z napastników ruszyła wedle planu w stronę ludzkich ochroniarzy, wykorzystując zamieszanie. Jäger widząc, że jeden z nich próbuje sięgnąć po krótkofalówkę ostrzegawczo przeładował celując w jego stronę. Mężczyzna podniósł ręce do góry i cofnął się pod ścianę. Niemiec zabrał mu broń, komórkę i walkie-talkie. Podobny los spotkał pozostałych ochroniarzy. Kamery również oberwały.
  - Przepraszam bardzo! - Jäger pomachał rękoma, przekrzykując tłum. Ludzie zaczęli cichnąć i oglądać się w jego stronę. - Nie trzeba być geniuszem, by stwierdzić, że właśnie padliście ofiarą napadu. Macie niebywałą okazję obserwować specjalistów przy pracy, a żaden fachowiec nie lubi gdy ktoś mu przeszkadza. Także komórki na ziemię, najlepiej metr do przodu, i buzie na kłódki!
  Cywile, niektórzy poganiani przez rozłożonych po pomieszczeniu ludzi Jägera, posłusznie wyciągali telefony i kładli je na podłodze poza swoim zasięgiem. Wölf tymczasem podał jednemu z najemników swój (nazwa zastrzeżona) ,,uniwersalny klucz" - urządzenie wielkości pilota do telewizora, przepalające metalowe zamki kwasem. Dwójka z jego ludzi ruszyła z nim na zaplecze w stronę sejfów.
  - Ufam, że nikt nie będzie niczego próbował - powiedział idąc w kierunku głównego wejścia w stronę wind, pozbawionego drzwi. - Ale tak na wszelki wypadek coś dla was mam.
  Wyjął z kieszeni i rozłożył dwa okrągłe urządzenia na pneumatycznych przyssawkach. Przyczepił po jednym po obu stronach wejścia tak, aby z drugiej strony nie dało się ich zestrzelić. Cofnął się o dwa spore kroki i wcisnął guzik na zdalnym pilocie - środki talerzy wysunęły się lekko.
  - Te dwa cuda - zaczął wyjaśniać - mają na celu pilnowanie, aby nic stąd nie wyszło i nie weszło do środka. Jeśli COKOLWIEK przekroczy linię... - wziął z podłogi przypadkowy smartfon i rzucił nim beztroskim ruchem, nawet nie patrząc w tamtym kierunku. Telefon doleciał do wejścia, po czym w ułamku sekundy coś przyciągnęło go do ziemi, idealnie na linii progu. Z ekranu wystawały wbite krzyżem w niemal ten sam punkt dwie stalowe igły.
  Stojący bliżej wyjścia (nawet jeden z najemników) mimowolnie cofnęli się trochę.
  - Będą działały przez następne dwie godziny, słowo harcerza - obiecał mężczyzna w masce przeciwgazowej. - Do tego czasu NIKT się stąd nie rusza...
  Kątem oka dostrzegł powolny ruch. Spojrzał w stronę kas. Jedna z pracowniczek banku wychylała się, by dosięgnąć palcami przycisk alarmu, wysyłający powiadomienie o napadzie do najbliższego komisariatu. Jej dłoń zatrzymała się centymetry przed guzikiem, gdy zauważyła, że Matthias przestał mówić i patrzy w jej kierunku. Mężczyzna westchnął sfrustrowany.
  - Potrzebujecie kolejnej zachęty? Proszę bardzo - mruknął zarzucając strzelbę na plecy i wyciągając colta.
  Nienawidził brania zakładników. Nienawidził ogółem celować do jakiegokolwiek człowieka. Cholernie kłóciło się to z jego sumieniem. Była to najgorsza i najbardziej niewygodna forma zastraszania, ale równocześnie chyba najskuteczniejsza. Na ofiarę zawsze najlepiej nadawały się kobiety. Przemawiał za tym fakt, że w większości były po prostu bezbronne i słabsze niż dorosły facet oraz zdecydowanie bardziej okazywały swój strach. A im były atrakcyjniejsze, tym bardziej nikt nie chciał, by ucierpiały. Dlatego szybko lustrował wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu ładnej, młodej kobiety, która nie powinna sprawiać kłopotów...
  Pech chciał, że jego wzrok skrzyżował się z parą ciemnoczerwonych, hipnotyzujących oczu.
  Doskonale te oczy pamiętał. Każdy uważający się za kogoś ważnego w podziemiu MUSIAŁ choć raz mieć z nimi do czynienia. W końcu wszyscy celebryci się znają, a ta zasada nie odstępowała od przestępczego półświatka. Na ustach ciemnoskórej kobiety igrał uśmiech. Również go poznała, prawdopodobnie odkąd zabrał głos. Ifryt, niekwestionowana władczyni czarnego rynku, akurat dzisiaj odwiedziła ten sam bank, na który padł wybór pracodawców Jägera. Ich drogi znowu skrzyżowały się na płaszczyźnie zawodowej, tym razem jednak stawiając tę dwójkę po przeciwnej stronie barykady. Mężczyzna mimowolnie uśmiechnął się pod maską. A czemu nie?
  Każdy znający chociaż trochę możliwości Ifryt doskonale zdaje sobie sprawę, że to najmniej odpowiednia kandydatka na zakładniczkę. Każdy szanujący się człowiek o chociaż odrobinie zdrowego rozsądku nie celowałby do niej z broni palnej. Matt znał ją i miał tę cechą zwaną instynktem samozachowawczym. Ale równocześnie uwielbiał ryzyko. Miał niebywałą okazję i zamierzał ją wykorzystać. Tutaj prawdopodobnie nikt poza nim jej nie poznawał. Dla cywili i ochrony była tylko ładną buzią mającą przed sobą jeszcze całe życie. Idealnie.
  Chyba zdawała sobie sprawę, że wybór padnie na nią, ale niczego nie próbowała. Stała na swoim miejscu, gdy terrorysta wyrwał ją z tłumu, wykręcił ręce za plecy i trzymając blisko siebie przyłożył jej lufę pistoletu do ucha. Reakcja była taka, jakiej oczekiwał: mężczyźni pobledli, a pozostałe damy na sali wciągnęły głośno powietrze. Kasjerzy bez żadnej zachęty odsunęli się jeszcze dalej od przycisków, byleby nie prowokować palca krążącego blisko spustu. Nikt nie zwrócił uwagi na swobodę postawy Ifryt. Ironicznie, była najbardziej opanowana ze wszystkich.
  - No proszę, Jäger - powiedziała szeptem, nie obracając głowy w jego stronę. - Gryziesz rękę, która cię nakarmiła?
  Jej głos wbrew woli mamił umysł. Matt zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział też, że próby opierania się nie mają sensu.
  - Skądże - odpowiedział Niemiec. - Przecież jeszcze ci nic nie zrobiłem. Nie mam ku temu powodu. Gdybym chciał ci dogryźć, zająłbym się napadem na pewną placówkę pod wieżowcem Messiah Union. Pamiętasz, kto ci otworzył do niej drzwi?
  - Sporo się tam zmieniło od twojej ostatniej wizyty.
  - Świetnie. Czyli moja robota nie poszła na marne. Byłoby bardzo przykro, gdyby ktoś cię okradł... - w jego głosie zabrzmiała sugestia.
  - Nawet nie wiesz, co by tam na ciebie czekało.
  - Wiem jedno: im więcej sideł zastawisz, tym bardziej będzie cię boleć, gdy ktoś je podetnie - odparł z satysfakcją.
  Ifryt przez chwilę się nie odzywała. Uśmiech nie znikał z jej warg.
  - Mogłabym teraz w jednej chwili zepsuć ci dzień - zauważyła.
  - Ale tego nie zrobisz - odpowiedział spokojnie mężczyzna.
  - Skąd ta pewność? - zaciekawiła się kobieta.
  - Oboje jesteśmy ludźmi interesów. Wierz mi lub nie, ale doskonale cię rozumiem. Gdybym był na twoim miejscu, nie widziałbym żadnych korzyści w robieniu zbytniej sensacji. Po co ratować pieniądze, które i tak kiedyś będą należeć do ciebie? Po co trafiać na pierwsze strony gazet? To nie w twoim stylu.
  Nie odpowiedziała. Uniosła jedynie brew w niemym ,,Co w takim razie proponujesz?".
  - Mamy niepowtarzalną okazję przerazić sporą grupę ludzi. Nie wmówisz mi, że ciebie to nie bawi - powiedział jeszcze ciszej. - Pobawmy się w teatrzyk: ja zagram nieobliczalnego maniaka, a ty damę w opresji. Zabierzemy co do nas należy i znikniemy z radaru. Co ty na to?

Sem? W końcu to naskrobałam xP

środa, 8 marca 2017

Do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, tylko po wyrok

IQuoter
Imię: Matthias. Przez wzgląd na problemy z wymową (niektórzy miewają z tym kłopot) przyzwyczaił się do zangielszczonego zdrobnienia Matt. Okazało się to wyjątkowo przydatne w zmylaniu organów ścigania - słysząc imię ,,Matt" pierwszym co przychodzi na myśl jest ,,Matthew", a nie ,,Matthias". Może to brzmieć głupio, ale jednak działa.
Nazwisko: Wölf. Tak, zgadza się, po prostu ,,wilk". I to nawet nie zmyślone.
Pseudonim: Ilość ludzi kojarzącą Matthiasa Wölfa można policzyć na palcach, ale gdy zapytasz o ,,Jägera", okazuje się, że jednak to całkiem rozpoznawalna persona. Policja może i nie orientuje się zbyt dobrze w przezwiskach (dla nich terrorysta pozostaje ,,terrorystą", dopóki nie wyjdzie na jaw konkretne nazwisko), ale przestępczy półświatek powie o nim aż za dużo i to niekoniecznie prawdziwych rzeczy. Znają go jako wspomnianego już wcześniej Jägera (z niem. ,,myśliwy) lub Wilka, ale wystarczy, że zapytasz o ,,specjalistę-pirotechnika" czy też - popularniej używane - ,,tego niemieckiego piromana od włamów", a każdy będzie wiedział o kogo ci chodzi.
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 30 lat
Rasa: Człowiek. Nawet jeśli niektórzy ludzie sądzą, że takim jak on nie można przypisać takiego określenia.
Narodowość: Niemcy
Obywatelstwo: Eden
Rodzina: Matthiasem całe życie opiekował się ojciec. Urwał z synem kontakt, gdy Wölf niemal dostał długoletni wyrok za atak terrorystyczny. Nie chciał mu wierzyć, że ktoś go wrobił i ten stan nie zmienił się do dnia dzisiejszego.
Miłość: Jakoś usilnie nie szuka, ani też nie ma nikogo konkretnego na oku. Czas pokaże, czy komuś będzie na tyle odpowiadało towarzystwo Jägera, by nawiązać głębszą relację.
Aparycja: Na co dzień zbytnio się w tłumie nie wyróżnia. Ma nieco ponad metra siedemdziesiąt wzrostu i typową dla faceta sylwetkę. Nieco przydługie ciemno brązowe włosy po bokach głowy są wygolone niemal na zero. Brawa brew jest pod koniec rozcięta drobną blizną. Niektórzy złośliwie przytykają, że oczy ma błękitne jak na Niemca przystało, ale Wölf już dawno przestał przejmować się podobnymi złośliwościami. Najbardziej charakterystyczną cechą Matta zdecydowanie jest czarny tatuaż na szyi układający się w symetryczny trójkątny wzór. Ubiera się dosyć prosto, nie zmieniając właściwie nigdy prostej skórzanej kurtki bez kaptura. Wiszący na szyi medalik komunijny w pierwszej kolejności może wydawać się dziecinny i zupełnie nie pasujący do reszty. Gdy jednak przyjrzysz się bliżej, możesz dostrzec, że wzór krzyża uległ całkowitemu zniekształceniu, jakby po...kuli. Wiąże się z tym całkiem ciekawa historia, o którą zresztą długo nie trzeba prosić, bo nie ma co tu kryć. I to by było wszystko o Matthiasie Wölfie. A teraz przejdźmy do Jägera; Nie da się ukryć, że Matt w swoim ,,roboczym" ubiorze to zupełnie inna osoba. Do wszelkiej roboty wymagającej zdecydowanie nielegalnych działań w miejscu publicznym, czy to dzień czy noc, zakłada czarny strój podejrzanie przypominający mundur edeńskich sił antyterrorystycznych. Stało się to swoistym znakiem rozpoznawczym Jägera (poza unikalnymi technikami działania, oczywiście), podobnie jak nieodłączna maska przeciwgazowa. Początkowo brał ją jedynie do akcji przy których faktycznie nie powinien oddychać bez żadnej osłony, ale gdy zyskał nieco więcej popularności, postanowił jej używać jak komiksowi złoczyńcy (bo do bohatera nie śmiałby się porównywać). Przez ciemne szkła nie idzie dostrzec twarzy, a filtr zniekształca nieco głos. Wszystko daje pożądany efekt niepewności i pewnego zastraszenia.
Charakter: O Jägerze krążyć mogą przeróżne plotki. Większość przypisuje mu cechy typowego bezmyślnego najemnika, człowieka najgorszego sortu zdolnego zrobić cokolwiek, byleby tylko zarobić. Tu jednak trzeba zwrócić uwagę, że Matt, mimo wszelkich opinii, nie jest bezmyślnym zabijaką. Ma swój specyficzny kodeks moralny, którego zawsze się trzyma. Pewnych zadań po prostu się nie podejmuje, nawet jeśli obiecują mu za nie chorą sumę pieniędzy. Mimo zmiany ,,profesji", przekonania i mentalność Matthiasa nie zmieniły się ani trochę. To dalej ten sam chłopak, który składał śluby w akademii policyjnej, z tą różnicą, że dorósł i zobaczył nieco więcej prawdziwego świata. Zabijanie nie sprawia mu żadnej satysfakcji, jak zresztą każdemu zdrowemu na umyśle człowiekowi. Gdyby tak sprawdzić faktyczną liczbę osób, które ucierpiały podczas któregoś z jego napadów, okazałoby się, że to jedynie zupełnie przypadkowe ofiary. Nie chce niczyjej krzywdy, no a przynajmniej nie fizycznej. Etykietkę ,,terrorysta" przypisała mu policja, nie mając pojęcia, że wieszają psy na człowieku niewiele od nich różnym. Pomimo tego zdaje sobie jednak doskonale sprawę, że jest nikim innym jak przestępcą, na dodatek z rodzaju tych, których zwalczał prawie dziesięć lat służby. Potrafi powiedzieć sobie prosto w twarz, że nawet jeśli nie należy do tych najgorszych, to jednak nie ma żadnych sensownych wymówek dla własnego postępowania. Nigdy nie wierzył w ,,automatyczną sprawiedliwość". W jego przekonaniu coś takiego nie może być samoistne. Sprawiedliwość nie wymierza się przecież sama - robią to za nią odpowiedni ludzie. I nie mam tu na myśli przedstawicieli prawa. Wölf widzi pewną różnicę między ,,prawem", a ,,sprawiedliwością", którą zresztą poznał na własnej skórze. O ile drugi termin cieszy się jego całkowitym szacunkiem i poważaniem, o tyle pierwszy wzbudza w nim odruchy wymiotne. Co do podejścia do roboty, to nie na darmo nazywają go specjalistą. Jeśli dasz Jägerowi konkretne zadanie i wymagania, wykona wszystko z chorobliwą dokładnością. Można więc uznać, że w jego przypadku stereotypy o niemieckiej precyzji i solidności nie są ani trochę przesadzone. Ma wręcz nieludzki zasób cierpliwości, zarówno do pracy jak i ludzi. Potrafi ślęczeć godzinami nad jednym ustrojstwem wielkości zegarka na rękę, cierpliwie przestawiając pęsetą części niewiele większe od ziarnka ryżu i nawet gdy nie wypali nie okaże więcej zdenerwowania ponad westchnieniem, po czym zacznie wszystko od początku. Nie lubi jednak się dzielić szczegółami co do swojego obecnego projektu. Owszem, możesz sobie popatrzeć i próbować coś samodzielnie wywnioskować, bo nie kryje się ze swoją pracą. Jednak na zadane wprost pytanie ,,Co robisz?" jedynie uśmiechnie się podejrzanie i mruknie ,,Coś ekstra". Ważna uwaga: jeśli ostrzegawczo chwyci cię za rękę gdy spróbujesz czegoś dotknąć, lepiej mu zaufaj i trzymaj łapki przy sobie (chyba, że ci palce niemiłe). Nie da się ukryć, że jest piromanem, chociaż nie aż tak niebezpiecznym by potrzebował jakiejś specjalistycznej opieki. Mimo to nie ciężko zauważyć jak często bawi się zapalniczką benzynową podczas rozmowy, nie wspominając już o fascynacji eksplozjami i zniszczeniami po ładunkach wybuchowych. Swoje obeznanie w tym temacie tłumaczy zainteresowaniami czysto zawodowymi, przez co ludzie patrzą na niego z jeszcze większym niepokojem. Jak każdy potrzebuje czasem do kogoś gębę otworzyć, a gadanie z samym sobą nie wchodzi niestety w rachubę. Nie ma żadnych obiekcji przeciwko większemu czy mniejszemu towarzystwu. Patrzy bardziej na jakość niż ilość. Kogoś z kim nie będzie umiał się dogadać po prostu opuści, by nie marnować ani jego, ani własnego czasu. Ku zaskoczeniu wielu, jest katolikiem, co w czasach dominacji ateizmu nie jest czymś popularnym. Co ciekawe, nawróciła go podczas ostrego ostrzału pewna zbłąkana kula, która przedostała się przez kevlar i zatrzymała na starym medaliku z krzyżem. Koledzy z ekipy Matthiasa tłumaczyli mu to wytraceniem pędu, że tak naprawdę pocisk zatrzymała ostatnia warstwa kamizelki, ale niemieckiemu specjaliście patrząc na wciśnięty od metalowego czubka krzyż jakoś milej jest wierzyć, że chociaż raz ktoś się o niego zatroszczył. Umie zobaczyć człowieka w każdym i wierzy w drugą szansę, chociaż stanowcza większość nazywa to najzwyklejszą naiwnością. Jakiejkolwiek nazwy by to nie miało, w życiu nie oceniłaby nikogo po stereotypach czy reputacji.
Song theme: Devils Got You Beat - Blues Saraceno // Fire, Fire - Heaven's Basement
Zarys przeszłości: Matthias nie może pochwalić się jakąś niesamowicie ciężką historią. Owszem, własnej matki nigdy nie miał okazji poznać, ale dzięki temu, ironicznie, mało się tym przejmował. To jest właśnie ta standardowa różnica między straceniem czegoś będąc w pełni tego świadomym, a nie mieć czegoś w ogóle - po prostu nie miał odniesienia, bo nawet macochy nigdy nie posiadał. Ojciec Matta o jego matce powiedział tyle, że była wzorem monachijskiej policji, tylko trafiła w złe miejsce o złym czasie. Od tamtej pory w chłopaku zagnieździła się wątpliwość w istnienie jakiejkolwiek sprawiedliwości, skoro to dobrym zdarzają się najpaskudniejsze rzeczy. A los jeszcze nie jeden raz miał dawać mu kolejne powody ku temu stwierdzeniu...
  Od zawsze chciał wstąpić do policji. To już nie była kwestia pójścia w ślady rodzica - z czasem do tej decyzji przyczyniły się osobiste przekonania Wölfa. Jakoś czuł, że tam będzie jego miejsce i nie pomylił się. Egzaminy w akademii policyjnej zdał śpiewająco i wydawałoby się, że cudem w przeciągu kilku lat z ochroniarza trafił do oddziałów specjalnych. W wieku 25 lat miał już ukończoną specjalizację sapera. Przyjęto jego zgłoszenie do sił antyterrorystycznych i przez następne trzy lata działał w stałej ekipie, która szybko została jego drugą rodziną.
  I wszystko toczyłoby się wspaniale, gdyby pewnego niedzielnego poranka ktoś w mundurze i sprzęcie Matthiasa nie rozpylił gazu w galerii handlowej.
  Dowody były niezaprzeczalne - wszystko wskazywało na to, że Matthias Wölf, mistrz rozwałki kontrolowanej i specjalista w zastosowaniu reakcji chemicznych w celach militarnych, u szczytu swojej kariery zdecydował się na zamach terrorystyczny. Procesy wydawały się ciągnąć w nieskończoność, aż koniec końców, gdy mężczyzna był już pewien, że nie wybroni się przed wyrokiem, kumple z oddziału oraz dowództwo doszli do głosu i wysunęli stosowne argumenty ręczące za niewinnością monachijskiego policjanta. Uszedł z całej sytuacji cało, ale jego reputację zszargały doszczętnie media, relacjonując skandal całemu krajowi. Nikt poza przyjaciółmi z oddziału nie wierzył w jego niewinność. Wölf uznał, że dla własnego dobra zrezygnuje ze służby, zanim ktoś nie wniesie wniosku o jego usunięcie. Nie chciał już robić nikomu problemów, a wytykanie go palcami na ulicach szybko zaczęło mu działać na nerwy. W niecałe dwa miesiące wyniósł się z Monachium, nie informując nikogo gdzie się wybiera ani czy zamierza wrócić. Zniknął dla świata, ale nie zapomniał o tajemniczym jegomościu, który niemal zrujnował mu życie. Czy poznał jego tożsamość, czy też nie, ciężko stwierdzić. Nikt o to nie pyta i lepiej by tak pozostało.
  Co do dalszych losów Matthiasa, chyba wystarczy wspomnieć, że niedługo po jego wyjeździe cały świat widział w wiadomościach reportaże o tajemniczej grupie przestępczej terroryzującej całe Megalopolis. Co prawda nie byli pierwsi ani ostatni, ale policja szybko dostrzegła w przeprowadzanych napadach pewne podobieństwa do własnych szkoleń. Ktokolwiek to wszystko planował, znał działanie wszelkich zabezpieczeń antyterrorystycznych. Oczywiście nikt nie jest nieomylny - bandę złapano i przesłuchano. Ku zdziwieniu policji kilka tygodni później doszło do kolejnego napadu i wszystko wskazywało na to, że stali za tym ci sami ludzie. Jednak każda pojmana banda upierała się, że był z nimi jeszcze jeden człowiek, którego wynajęli do zaplanowania akcji. I wszyscy podawali to samo imię, które szybko stało się mantrą edeńskich detektywów: Jäger.
Oficjalnie: Może być ciężko w to uwierzyć, ale Wölf jest...nauczycielem fizyki. W teorii bez studiów pedagogicznych oraz po kilkunastu procesach sądowych nie powinien mieć szans na dostanie takiej roboty. Gdzie więc mogli zatrudnić człowieka oskarżonego o zamach terrorystyczny? Otóż w jednym z Edeńskich liceów utworzono klasę dla dzieciaków, którym przypisano kuratora. Oczywiście żaden z tych prawdziwych pedagogów z dyplomami nie wytrzymywał dłużej niż jeden rok szkolny, co zmusiło dyrekcję do znalezienia kogoś innego w roli wychowawcy. Matthias mając ukończone studia inżynierskie nadawał się na wolne stanowisko, więc przymknięto oko na pozostałe ,,niedogodności" i przyjęto go na próbę. Okazało się, że banda ,,przypadków beznadziejnych" szybko się uspokoiła i zaczęła traktować byłego policjanta z niespodziewanym z ich strony szacunkiem. Pozostali nauczyciele tłumaczą to sobie ,,Swój swojego pozna", nierzadko z pewną złośliwością. Matt nie uczy normalnych klas, więc potrzebuje pojawiać się w pracy jedynie dwa razy na tydzień: w poniedziałek dwie godziny fizyki i w czwartek jedna wychowawczej, która przy problemach jego uczniów ma nieco większe znaczenie niż jakiekolwiek lekcje.
Rola w gangu: Od przybycia do Megalopolis Jäger zabłysnął jako mistrz w kwestii włamań i większych napadów. Dzięki własnemu doświadczeniu doskonale zna tok rozumowania oraz działania policji i zawsze wykorzystuje to na swoją korzyść. Można więc go uznać za ,,speca od niebieskich". Dodatkowo dzięki swojej reputacji w przestępczym półświatku łatwo idzie mu rekrutacja najemników do większych akcji, jeśli zabraknie rąk do pomocy. Przydaje się przy konstruowaniu pułapek oraz wszelkiego rodzaju bomb i min.
Umiejętności: Wilka wyszczególnia przede wszystkim zmysł taktyczny, ale za swoją specjalność uznaje pirotechnikę i chemię. Dzięki niesamowitemu wyczuciu i precyzji jest w stanie wysadzić cały pokój nie zawalając przy okazji budynku. Żaden zamek nie stanowi dla niego przeszkody - wytrychy może i w dzisiejszych czasach wyszły z użycia, ale odpowiednia mieszanka kwasów dalej nie ma sobie równych. W oddziałach antyterrorystycznych był odpowiedzialny za (często dosłowne) przebicie się do środka okupowanych budynków oraz rozbrajanie pułapek. Ironicznie, to co kiedyś było jego największym wrogiem, dzisiaj sam za sobą zastawia. Daj mu pół godziny, a zorganizuje ci takie pole minowe, że choćby kichnięcie ludzkiego oficera zmiecie drony policyjne z nóg. Korzysta ze wszelkich możliwych rozwiązań, od wręcz archaicznych żyłek (o dziwo dalej skutecznych), przez płyty naciskowe i wiązki laserów. Potrafi skonstruować także różnego rodzaju granaty: prąd, ładunki wybuchowe, trujący gaz, co tylko zechcesz. Preferuje broń na krótkie i średnie dystanse. Prawie zawsze nosi przy sobie policyjnego colta. Poza pistoletem ma także strzelbę, również ukradzioną z komisariatu. Nie pogardzi też karabinem szturmowym, aczkolwiek własnego nie posiada.
Przyjaciele: Brak
Wrogowie: Brak
Autor: Red Riding Hood