- Więc podsumowując: potrafisz sprawiać, że ludzie wokół ciebie widzą pięć osób zamiast jednej?
Corazon skinęła krótko głową. Na jej ustach pomimo niedawnej strzelaniny widniał uśmiech, utrzymujący Pandorę w przekonaniu, że trafiła na człowieka swojego rodzaju. Cóż, może nie do końca. Ostatecznie Hiszpanka zaoponowała przed spacerem ruchliwą ulicą, wskazując przy tym na swój strój i wiszący na pasku karabinek. Erro jej zmartwień opinią publiczną nie podzielała w żadnym stopniu, ale tylko wzruszyła ramionami i obrała inną, bardziej dyskretną drogę. Nie mniej nadal była przekonana, iż szybko tą kobietę polubi, nawet jeśli wizja podpuszczania dronów policyjnych nie wydawała się Corze zabawna.
- To by sporo wyjaśniało - stwierdziła z lekkim uśmiechem Pandora. - Odgłosy strzelaniny w szybie windy brzmiały tak, jakby Japończycy stanęli przeciwko przewadze liczebnej...
- Amatorzy - prychnęła Espejo. - Nie wiedzą co to prawdziwa przewaga liczebna.
- Wiesz, z ich perspektywy piątka zbrojnych, posiadających lepszą broń, mogła wyglądać bardziej przerażająco niż ci się wydaje - zauważyła Brazylijka.
Rael tylko parsknęła śmiechem w odpowiedzi.
Erro zastanawiała się, czy nie powinna dać Ferze znać, że jej ,,hiszpański oddział najemników" okazał się w rzeczywistości jedną przeszkoloną mutantką, ale ostatecznie uznała, iż tylko popsułaby w ten sposób niespodziankę. Nikt się nie powinien o nią martwić, w końcu Strzyga dobrze znała jej możliwości i doskonale wiedziała jak trudno Wendigo ukatrupić. Nie musiała jej dawać znaków życia. Za to jak wieczorem wróci w towarzystwie Espejo, mile zaskoczy ją i pozostałych.
- Gdzie idziemy? - zainteresowała się w końcu Corazon, rozglądając się po pustej alejce między blokami mieszkalnymi.
- Szukam dobrego odludnego miejsca, gdzie pojedynczy wystrzał nie narobi zamieszania.
Kobieta spojrzała na nią podejrzliwie.
- Żartuję - uspokoiła ją szybko Erro, po czym wyciągnęła swój pistolet kierując lufę do góry i pomachała nim lekko. - Mam tłumik.
Rael uderzyła ją w bark, najwyraźniej nie podzielając poczucia humoru nowej znajomej. Nawet trochę zabolało, ale widać było, że Corazon nie była na poważnie zła.
- Nie wiesz, że nie powinno się straszyć dezertera-najemnika podobnymi podtekstami? - zapytała z uśmiechem.
- Hej, nie jesteś pierwszym dezerterem-najemnikiem z jakim rozmawiam - zapewniła ją Pandora. - Przynajmniej jednego na pewno dzisiaj poznasz. Poza mną, oczywiście.
- To znaczy... teraz idziemy do twoich szczurzych znajomych?
- Nie. To wieczorem.
- Okej... - kobieta znowu się rozejrzała, próbując określić w jakiej części Edenu się znajdowała. - Czego więc szukamy w zaułkach miasta?
- Ja idę do pracy - wyjaśniła Wendigo. - Ty idziesz ze mną, bo spuszczanie z ciebie oka teraz byłoby skrajnie nieodpowiedzialne. Wiesz, ,,nie znam cię" i te sprawy...
- Powiedziała kobieta maszerująca przed obcą osobą uzbrojoną w sprawną, szybkostrzelną broń.
- Mój brak lęku przed postrzałem w tył głowy to inna sprawa - Erro machnęła niedbale ręką. - Wolę nie podawać ci adresu do tajnej kryjówki i puścić wolno. Cholera wie, co ze sobą przywleczesz.
- Całkiem zrozumiałe - zgodziła się Hiszpanka. - Ale nadal nie wyjaśnia, czemu po prostu mnie od razu tam nie zaprowadzisz.
- Już ci mówiłam: mam tu robotę do wykonania. To, że przy okazji musiałam złapać ciebie nie znaczy, że odpuszczę sobie polowanie.
- ,,Polowanie"?
- Od wczoraj siedzę w Edenie i wykańczam handlarzy yakuzy - wyjaśniła krótko Brazylijka. - A skoro już cię znalazłam, to możesz mi pomóc. Proste, prawda?
Corazon westchnęła tylko domyślając się już, że nie ma większego wyboru.
Jaką minutę później Erro w końcu się zatrzymała. Znajdowały się na małym placyku za, jak wskazywały oznaczenia, jakąś hurtownią używanej odzieży. Te ciuchy muszą ciekawie pachnieć, pomyślała Wendigo, uśmiechając się pod nosem. Oczywiście sklep był sposobem na przemyt narkotyków. Co ciekawe, Pandora pamiętała to miejsce - było na jej liście placówek podejrzanych o handel UNK32-1, ale gdy samodzielnie sprawdziła zawartość dostaw, zostawiła pracowników w spokoju. W końcu to były tylko narkotyki, a wymierzanie sprawiedliwości dealerom nie leżało w jej obowiązkach. Aż do dzisiaj. Ciekawe, czy ją pamiętali...
Miejsce strategicznie było idealne do zasadzki. Na plac dało się wjechać tylko przez tunel w budynku mieszkalnym, więc odcięcie drogi ucieczki było dziecinnie proste. Dodatkowo łatwo dało się ukryć przed ochroną sprawdzającą teren (o ile jej nie wzmocnili) - wystarczyło się wspiąć po schodach pożarowych na dach i przeczekać krótką inspekcję. Pinheiro mimo wszystko liczyła w duchu, że minęło wystarczająco dużo czasu od jej wizyty tutaj, by ochrona z powrotem się rozleniwiła. W końcu chyba dała im wyraźnie znać, że nie interesuje ją ten szajs, którym handlują. Mówiła wtedy szczerą prawdę, czemu mieliby jej nie uwierzyć?
W sumie... chyba mieli ku temu wszelkie powody.
- Dobra, czego mam się spodziewać? - zapytała Corazon. Jedno Pandora musiała jej teraz przyznać: kobieta była chętna do współpracy. Rozglądała się po placu, oceniając taktycznym okiem pole do popisu.
- Prawdopodobnie sporego vana oznaczonego logiem hurtowni - Brazylijka kiwnęła głową w stronę metalowych drzwi. - Zatrzyma się i ze środka wysiądzie dwójka ludzi. Wtedy z hurtowni wyjdzie kilka osób uzbrojonych w pistolety i pobieżnie sprawdzi teren. Naszym zadaniem jest wyłącznie wyeliminowanie ludzi powiązanych z yakuzą. Najpierw z tej grupy, potem ze środka. Mamy po prostu dać którejś z tych japońskich szych znak, że handel w Edenie stanął pod znakiem zapytania.
- Wiesz, jak wyglądają cele?
- Tu jest problem: w życiu nie widziałam w tym miejscu Azjatów.
Rael przez chwilę przyglądała się towarzyszce z powątpiewaniem.
- Ty naprawdę myślałaś, że każdy pracownik yakuzy to Azjata? - zapytała.
- Skąd miałam wiedzieć?! O yakuzie wiem tyle, że są strasznie cięci w kwestii ,,tradycji" i ufają tylko żółtym! - tłumaczyła się Pandora zakładając ręce na piersi. - Do tej pory nie byli moim problemem.
Cora westchnęła, ale po chwili uniosła palec do góry.
- Mam pomysł - powiedziała. - Mówiłaś, że mają przy sobie z reguły tylko broń krótką?
- Owszem.
- Ile mniej więcej ludzi pomaga przy rozładunku? Ilu z nich jest uzbrojonych?
- Góra sześciu, może nawet mniej. Tylko raz ktoś ich napadł i to byłam ja.
- Czyli na dodatek cię znają? - Hiszpanka nagle uśmiechnęła się niepokojąco. Klasnęła w dłonie. - Dobra. Oto mój plan...
Van wtoczył się na plac zgodnie z rozkładem. Erro obserwowała z dachu jak dwoje ludzi wysiada. Potem, zupełnie według jej oczekiwań, czwórka mężczyzn sprawdziła plac i boczną alejkę, z której przyszły razem z Corazon. Kobieta nie miała zielonego pojęcia, gdzie Hiszpanka się ukryła, ale w każdym razie zrobiła to na tyle dobrze, że nikt jej nie znalazł. Brazylijka uśmiechnęła się pod nosem. Pierwsza stanowcza trudność za nimi. Reszta zależała od niej i domniemanej niezawodności Espejo.
Po kilku minutach zaczął się rozładunek. Na placu było w sumie osiem osób, w tym pięć miało broń. Dwoje pilnowało alejki, druga para stała prawie w tunelu. Piąty pistolet należał do samego kierowcy vana. Nikt jednak nie wyglądał, jakby był przygotowany na jakikolwiek atak. I takowy nie miał jeszcze nadejść. Erro na razie chciała tylko z panami pogadać.
Zaczęła ostrożnie, jak najciszej schodzić po schodach, a na wysokości piętra po prostu przesadziła barierkę i zeskoczyła na ziemię. Jej pojawienie się od razu ściągnęło uwagę. Kierowca zaklął - chyba ją rozpoznał - wyszarpnął broń i krzyknął na pozostałych. Obie pary odwróciły się i również wymierzyły broń w Wendigo. Kobieta uniosła ręce do góry z uśmiechem.
- Hej, hej, hej! - zawołała wesoło. - Chyba się stęskniliście, co?
- Czego tu szukasz?! - wypalił nieco zbyt szybko i zbyt nieskoordynowanie kierowca, biorąc na siebie tymczasowy bagaż przywództwa. - Nie handlujemy UNK! Nigdy go tu nie było i nie będzie!
O, czyli rzeczywiście pamiętają, kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Pamiętam, pamiętam - przewróciła oczami. - Nie chcę niczego z syfu, który tu sprzedajecie. Chcę pogadać.
- Pogadać?
- Owszem, a wy ładnie odpowiecie mi na jedno pytanie. Bo jak nie...
Do uszu wszystkich zebranych dotarł dźwięk niemal równoczesnego przeładowania kilku karabinków. Z alejki i tunelu, ku zaskoczeniu ochroniarzy, wyszło w sumie pięć identycznie ubranych i uzbrojonych kobiet w czerwonych beretach, goglach i apaszkach naciągniętych na nos. Handlarze byli w takiej sytuacji bezradni. Spojrzeli po sobie i bez żadnej wymiany zdań zgodnie odłożyli broń na ziemię i unieśli ręce w górę. Corazon odłączyła się od pary pilnującej alejki i stanęła obok Erro. Brazylijka zatarła dłonie zadowolona.
- Wspaniale - zaczęła. - A moje pytanie brzmi: który z was pracuje dla yakuzy?
Sukces świętowały już w drodze do Elizjum.
- Za owocną współpracę! - Erro wzniosła toast i wychyliła się lekko w bok, by móc stuknąć swoją butelką w butelkę Corazon. Z pozycji półleżącej (każda zajęła dla siebie całą kanapę w przedziale) nie było to za wygodne i groziło rozlaniem, ale żadna za bardzo się tym nie przejęła.
Po przesłuchaniu handlarzy zdążyły jeszcze dorwać ich znajomych niedaleko hurtowni, którzy odpowiadali za układy z yakuzą. Jeden z nich nawet okazał się Japończykiem, co Pandora skwitowała słowami ,,A nie mówiłam?", a Rael przewróceniem oczu. Rzeczywiście pracowali dla Fujiyamy i, niestety, spotkał ich taki los, jak pozostałych. Dodając ich do ludzi Orochiego wykończonych wcześniej przez Espejo i dwóch trupów jakie Erro zostawiła za sobą wczoraj, wszystko wskazywało na to, że w przeciągu dwóch dni Szczury wysłały Triadzie Wschodniego Wiatru anonimową kartkę z Edenu z wyraźnym ostrzeżeniem. Jeśli Kasumi i Godoghanowi szło w Shangri-La równie świetnie, a ten dziwny chuderlak w pelerynie wywiązał się ze swojego zadania, yakuza powinna już zacząć węszyć za sprawcami. Jeśli oczywiście będzie miała ku temu okazję - najpierw będą musieli po sobie posprzątać, sprać krew z dywanu i wepchnąć parę trupów do szafy. A będą musieli to robić równocześnie w trzech miastach. Było więc co świętować.
Z racji braku alkoholi w wagonie restauracyjnym - typowy przykład przepisów komunikacji międzymiejskiej rujnujących Erro zamiary - zadowoliły się napojami gazowanymi. Sprzedawca dziwnie na nie spojrzał, ale zostawiły mu napiwek, więc o nic nie pytał. Po zablokowaniu drzwi przedziału mogły się w końcu zrelaksować. Brazylijka odstawiła swoją butelkę i położyła się na kanapie całkowicie. Okna pociągowe ciągnęły się prawie do połowy sufitu, mogła więc patrzeć na niebo i sunące po nim chmury.
- To była idealna akcja - odezwała się w końcu.
Corazon uśmiechnęła się do niej.
- Nie ma za co - rzuciła. - Broń psychologiczna jak zwykle zdziałała cuda.
- Łał, co za skromność - skomentowała Pandora.
- Co poradzę? Jestem niesamowita.
Obie parsknęły śmiechem.
- Z takim nastawieniem na pewno się Ferze spodobasz - stwierdziła Erro. - A Sylve to już na pewno cię polubi.
- Tak? A kto to?
- Taki jeden atencjonalny Francuz, który nie potrafi umrzeć.
- Brzmi ciekawie - uznała Cora unosząc brwi. - Na kogoś powinnam uważać?
- Daniel nie ufa nikomu, uważaj z gwałtownymi ruchami - zaczęła Wendigo, wyliczając wszystko na palcach. - Kasumi również, ale nie do takiego stopnia. Z oboma da się dogadać, ale z nią na pewno prędzej. Fera to Fera, co tu więcej mówić. Ciężko stwierdzić, w jakim będzie nastroju. Felix i ta nowa z kolorowymi włosami raczej nie zwrócą na ciebie większej uwagi, bo mają sporo roboty. Może później pod wieczór ich namówimy na chwilę przerwy. A, i uważaj na nogi - możesz się potknąć o Hiccup. To taki kulisty robot. Bardzo entuzjastyczny robot.
Zapadła chwila ciszy.
- Ciekawa ekipa - podsumowała w końcu Rael.
- Zgubiłaś się, prawda?
- Gdzieś w połowie - przyznała.
- Spokojnie. Tylko wyglądają strasznie - zapewniła ją z uśmiechem Pandora.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pandora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pandora. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 stycznia 2019
piątek, 13 lipca 2018
Od Pandory - Zaproszenie
- Po co pani karabin?
Pandora otworzyła leniwie jedno oko. Co mnie podkusiło do przejazdu tramwajem?, przeszło jej przez myśl, gdy zobaczyła siedzącego obok niej chłopca. Eden o żadnej porze nie był pusty. Nie ważne, czy była trzecia po południu czy w nocy, w tramwajach kursujących na wysokości pierwszego piętra zawsze było tłoczno. Dopiero wyżej tłumy się przerzedzały, ale Erro póki co nie miała potrzeby udawać się dalej. Jej instrukcje były jasne: dotrzyj do Edenu, przedostań się z dworca do centrum względnie nie niszcząc niczego wokół i czekaj na telefon. Wykonalne, ale nudne.
Z tej nudy niemal chciało jej się spać. Siedziała więc sobie w kącie ostatniego wagonu, cicho niczym mysz kościelna i zmrużyła oczy, trwając w stanie pół snu przez prawie cały kurs dworzec - centrum. Prawie, bo ktoś zdecydował się ją zaczepić.
Zerknęła kątem oka, czy dzieciak nie zwrócił na nią przypadkiem niechcianej uwagi. Całe szczęście reszta pasażerów albo miała ją w dupie, albo spoglądała na nią ze skromnym zainteresowaniem, tak dobrze znanym wszystkim mundurowym. Z jakiegoś powodu cywile widząc, że ktoś nosi przy sobie broń z miejsca stwierdzali, iż najwyraźniej ma na to pozwolenie władz, skoro wcale jej nie ukrywa. Martwili się dopiero wtedy, gdy domniemany mundurowy zaczynał strzelać.
- Nie wiem - odpowiedziała i ziewnęła przeciągle. - Może ty mnie oświecisz.
- Ma pani uniform BOPE - zauważył chłopiec.
Erro wyprostowała się nagle. Obróciła głowę w stronę przypadkowego rozmówcy, tym razem patrząc na niego z niejakim podziwem. Miała wrażenie, jakby minęły lata od ostatniego czasu, gdy ktoś rozpoznał w niej członkinię brazylijskiej żandarmerii. Nie pamiętała już kto to był, możliwe, że Charon lub inny wojskowy. Była pewna tylko tego, że nie było to dziecko.
- No proszę, nakryłeś mnie - odpowiedziała, uśmiechając się lekko. Może nawet przyjaźnie, ale czaszka na jej twarzy raczej od tego nie złagodniała. - Skąd to wiesz?
- Babcia pokazywała mi kiedyś beret dziadka. Miał taką samą naszywkę - wskazał palcem beret Pandory. - Dużo mi opowiadała o dziadku. Był bohaterem.
- Nie wątpię, młody - kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Pani też jest bohaterem?
Wendigo niemal udławiła się własnym śmiechem. Powstrzymała się od wybuchu, zasłaniając pięścią usta i wydymając policzki. Zamiast tego udała atak kaszlu, starając się, by nie brzmiał sarkastycznie. Dzieciak jednak nadal czekał na potwierdzenie swojej tezy, a następna stacja była jeszcze zbyt daleko, żeby się od niej zgrabnie wymigać.
- W porównaniu do twojego dziadka pewnie i tak jestem nikim - odpowiedziała wymijająco.
Zanim zdążył zadać kolejne pytanie, z pomiędzy ludzi przepchnęła się jakaś starsza pani i spiorunowała młodego wzrokiem. Chłopiec zerwał się ze swojego miejsca, kierując się w stronę, z której przyszła. Potem babcia (jak domyśliła się Wendigo) spojrzała z byka na Erro i ruszyła za wnukiem. Szczurzycy aż ciarki przeszły po plecach. Dziadek mógł być bohaterem, pomyślała, ale babcia wygląda jak dyktator.
Do ostatniej stacji nikt już jej nie zaczepiał.
Tramwaj zjechał łagodnie z wysokości pierwszego piętra do poziomu chodnika, zatrzymując się na podłużnej wysepce między dwoma pasami szerokiej ulicy. Pandora wysiadła, od razu ruszając na drugą stronę. Dopiero tam przystanęła i rozejrzała się. Pierwsza część planu zrealizowana... ale co dalej? Godzina jazdy z Elizjum, dwadzieścia minut w tramwaju, a dalszych instrukcji dalej nie dostała. Dla pewności spojrzała jeszcze raz na telefon, ale nikt nie próbował się do niej dodzwonić. Westchnęła znudzona i, nie mając żadnych lepszych pomysłów, ruszyła przed siebie licząc, że może wydarzy się coś ciekawego zanim straci cierpliwość.
Za którymś już rogiem zobaczyła kwadratowy placyk. Chodnik o szerokości około jednej trzeciej całego placu prowadził prosto do drzwi prostego wieżowca, typowego dla architektury Edenu. U jego podstawy przechodził kolejny deptak z kocich łbów. Idealnie na środku znajdowała się okrągła, skromna fontanna, omijana przez chodnik węższymi łukami. Wolne miejsce zajmowały klomby z posadzonymi już młodymi drzewkami. Przy niskich murkach stały nowiutkie drewniane ławki.
Pandora usiadła na jednej z nich, wyciągając nogi przed siebie tak daleko, dopóki jeszcze siedziała na ostatniej desce. Odchyliła głowę do tyłu, patrząc między dwoma drzewkami na budynek. Nad podwójnymi drzwiami wisiała nazwa - ,,Tempest Centre" - złożona z wąskich, srebrnych liter. Po ledwo widocznych zarysach biurek na niższych piętrach Erro domyśliła się, że było to budynek wykorzystywany w całości jako biurowiec. Może jakieś centrum marketingowe, wnioskując po nazwie. Nie wyglądał jednak na używany. O tej porze dnia w środku powinien być spory ruch, prawda? Biurka powinny być jeszcze zajęte przez ludzi wyczekujących błogosławionej ostatniej godziny pracy. Kobieta podniosła głowę i obróciła się bokiem na ławce, chcąc dla pewności spojrzeć na hol. Za szklanymi drzwiami było równie martwo - mogła zobaczyć pustą recepcję.
Nagle zadzwonił jej telefon. W końcu, pomyślała, wyciągając go z kieszeni. Numer był zastrzeżony, jak każdy, który odbierała. Spodziewała się usłyszeć Ćwieka lub resztę jego towarzystwa, ale ledwo przyłożyła komórkę do ucha... odezwała się Fera.
- Mam sprawę - powiedziała prosto z mostu.
- Kto nie ma? - rzuciła na wpół do siebie Wendigo.
- Dzwoniłam do Felixa i powiedział, że jesteś już w Edenie - zaczęła Strzyga. - I to podobno w pobliżu Tempest.
Brazylijka spojrzała znowu do tyłu.
- A no, jestem - zgodziła się. - Coś się stało?
- Podobno w środku są Espejo.
- Kto, proszę? - Erro zmarszczyła brwi.
- Mały, zorganizowany oddział paramilitarny z Hiszpanii. Narobił sobie trochę sławy w Europie, a teraz najwyraźniej przeniósł się do Megalopolis - wyjaśniła krótko szefowa.
Teraz Pandora patrzyła na pusty budynek z większą nieufnością. Wstała z ławki i ruszyła spokojnym krokiem w stronę drzwi, cały czas pilnując pięter wyżej.
- Skąd to wiesz? - zapytała.
- Sami mi o tym powiedzieli. Zadzwoniła do mnie jakaś kobieta podając się za członkinię Espejo. Potem jeszcze wspomniała, że zaprasza mnie do Tempest Centre na anonimowe spotkanie z handlarzami prochów. Zgadnij czyimi.
- Mogła blefować.
- Jakimś cudem się do mnie dodzwoniła. WIEDZIAŁA, że dzwoni do mnie - głos Fery przybrał niebezpiecznie poważny ton. - Nawet jeśli to jakiś dowcip, czy pułapka, chcę wiedzieć, kto się próbuje wplątać w moje plany. A jeśli na miejscu faktycznie będzie ktoś od Fujiyamy... wiesz, co robić.
- Ależ oczywiście - Erro uśmiechnęła się szeroko. - Kiedy?
- Powinno się wkrótce zacząć.
- Dobra, a czy rzekoma Espejo powiedziała ci jeszcze, jak się można dostać...
Zdanie przerwał jej brzęk tłuczonego szkła. Odsunęła się w bok, zanim deszcz odłamków zasypał chodnik, strasząc przechodniów. W niemalże lustrzanej tafli na wysokości piątego piętra ziała prostokątna ciemna dziura.
- Czy to było szkło? - spytała Fera, raczej nie spodziewając się przeczącej odpowiedzi.
- Tak - odparła Pandora. - Przynajmniej już wiem, że siedzą na piątym piętrze.
- Idź do drzwi dla obsługi technicznej. Podobno zostawiła je otwarte dla mnie i ,,reszty gości". Miłej zabawy - Strzyga rozłączyła się.
Wendigo spojrzała po raz ostatni na dziurę. Teraz już wyraźnie słyszała strzały. Ruszyła biegiem do bocznej alejki. Ktokolwiek był w środku, chyba właśnie wyrzucił dyplomatyczne podejście przez otwarte siłą okno.
Pandora otworzyła leniwie jedno oko. Co mnie podkusiło do przejazdu tramwajem?, przeszło jej przez myśl, gdy zobaczyła siedzącego obok niej chłopca. Eden o żadnej porze nie był pusty. Nie ważne, czy była trzecia po południu czy w nocy, w tramwajach kursujących na wysokości pierwszego piętra zawsze było tłoczno. Dopiero wyżej tłumy się przerzedzały, ale Erro póki co nie miała potrzeby udawać się dalej. Jej instrukcje były jasne: dotrzyj do Edenu, przedostań się z dworca do centrum względnie nie niszcząc niczego wokół i czekaj na telefon. Wykonalne, ale nudne.
Z tej nudy niemal chciało jej się spać. Siedziała więc sobie w kącie ostatniego wagonu, cicho niczym mysz kościelna i zmrużyła oczy, trwając w stanie pół snu przez prawie cały kurs dworzec - centrum. Prawie, bo ktoś zdecydował się ją zaczepić.
Zerknęła kątem oka, czy dzieciak nie zwrócił na nią przypadkiem niechcianej uwagi. Całe szczęście reszta pasażerów albo miała ją w dupie, albo spoglądała na nią ze skromnym zainteresowaniem, tak dobrze znanym wszystkim mundurowym. Z jakiegoś powodu cywile widząc, że ktoś nosi przy sobie broń z miejsca stwierdzali, iż najwyraźniej ma na to pozwolenie władz, skoro wcale jej nie ukrywa. Martwili się dopiero wtedy, gdy domniemany mundurowy zaczynał strzelać.
- Nie wiem - odpowiedziała i ziewnęła przeciągle. - Może ty mnie oświecisz.
- Ma pani uniform BOPE - zauważył chłopiec.
Erro wyprostowała się nagle. Obróciła głowę w stronę przypadkowego rozmówcy, tym razem patrząc na niego z niejakim podziwem. Miała wrażenie, jakby minęły lata od ostatniego czasu, gdy ktoś rozpoznał w niej członkinię brazylijskiej żandarmerii. Nie pamiętała już kto to był, możliwe, że Charon lub inny wojskowy. Była pewna tylko tego, że nie było to dziecko.
- No proszę, nakryłeś mnie - odpowiedziała, uśmiechając się lekko. Może nawet przyjaźnie, ale czaszka na jej twarzy raczej od tego nie złagodniała. - Skąd to wiesz?
- Babcia pokazywała mi kiedyś beret dziadka. Miał taką samą naszywkę - wskazał palcem beret Pandory. - Dużo mi opowiadała o dziadku. Był bohaterem.
- Nie wątpię, młody - kobieta uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Pani też jest bohaterem?
Wendigo niemal udławiła się własnym śmiechem. Powstrzymała się od wybuchu, zasłaniając pięścią usta i wydymając policzki. Zamiast tego udała atak kaszlu, starając się, by nie brzmiał sarkastycznie. Dzieciak jednak nadal czekał na potwierdzenie swojej tezy, a następna stacja była jeszcze zbyt daleko, żeby się od niej zgrabnie wymigać.
- W porównaniu do twojego dziadka pewnie i tak jestem nikim - odpowiedziała wymijająco.
Zanim zdążył zadać kolejne pytanie, z pomiędzy ludzi przepchnęła się jakaś starsza pani i spiorunowała młodego wzrokiem. Chłopiec zerwał się ze swojego miejsca, kierując się w stronę, z której przyszła. Potem babcia (jak domyśliła się Wendigo) spojrzała z byka na Erro i ruszyła za wnukiem. Szczurzycy aż ciarki przeszły po plecach. Dziadek mógł być bohaterem, pomyślała, ale babcia wygląda jak dyktator.
Do ostatniej stacji nikt już jej nie zaczepiał.
Tramwaj zjechał łagodnie z wysokości pierwszego piętra do poziomu chodnika, zatrzymując się na podłużnej wysepce między dwoma pasami szerokiej ulicy. Pandora wysiadła, od razu ruszając na drugą stronę. Dopiero tam przystanęła i rozejrzała się. Pierwsza część planu zrealizowana... ale co dalej? Godzina jazdy z Elizjum, dwadzieścia minut w tramwaju, a dalszych instrukcji dalej nie dostała. Dla pewności spojrzała jeszcze raz na telefon, ale nikt nie próbował się do niej dodzwonić. Westchnęła znudzona i, nie mając żadnych lepszych pomysłów, ruszyła przed siebie licząc, że może wydarzy się coś ciekawego zanim straci cierpliwość.
Za którymś już rogiem zobaczyła kwadratowy placyk. Chodnik o szerokości około jednej trzeciej całego placu prowadził prosto do drzwi prostego wieżowca, typowego dla architektury Edenu. U jego podstawy przechodził kolejny deptak z kocich łbów. Idealnie na środku znajdowała się okrągła, skromna fontanna, omijana przez chodnik węższymi łukami. Wolne miejsce zajmowały klomby z posadzonymi już młodymi drzewkami. Przy niskich murkach stały nowiutkie drewniane ławki.
Pandora usiadła na jednej z nich, wyciągając nogi przed siebie tak daleko, dopóki jeszcze siedziała na ostatniej desce. Odchyliła głowę do tyłu, patrząc między dwoma drzewkami na budynek. Nad podwójnymi drzwiami wisiała nazwa - ,,Tempest Centre" - złożona z wąskich, srebrnych liter. Po ledwo widocznych zarysach biurek na niższych piętrach Erro domyśliła się, że było to budynek wykorzystywany w całości jako biurowiec. Może jakieś centrum marketingowe, wnioskując po nazwie. Nie wyglądał jednak na używany. O tej porze dnia w środku powinien być spory ruch, prawda? Biurka powinny być jeszcze zajęte przez ludzi wyczekujących błogosławionej ostatniej godziny pracy. Kobieta podniosła głowę i obróciła się bokiem na ławce, chcąc dla pewności spojrzeć na hol. Za szklanymi drzwiami było równie martwo - mogła zobaczyć pustą recepcję.
Nagle zadzwonił jej telefon. W końcu, pomyślała, wyciągając go z kieszeni. Numer był zastrzeżony, jak każdy, który odbierała. Spodziewała się usłyszeć Ćwieka lub resztę jego towarzystwa, ale ledwo przyłożyła komórkę do ucha... odezwała się Fera.
- Mam sprawę - powiedziała prosto z mostu.
- Kto nie ma? - rzuciła na wpół do siebie Wendigo.
- Dzwoniłam do Felixa i powiedział, że jesteś już w Edenie - zaczęła Strzyga. - I to podobno w pobliżu Tempest.
Brazylijka spojrzała znowu do tyłu.
- A no, jestem - zgodziła się. - Coś się stało?
- Podobno w środku są Espejo.
- Kto, proszę? - Erro zmarszczyła brwi.
- Mały, zorganizowany oddział paramilitarny z Hiszpanii. Narobił sobie trochę sławy w Europie, a teraz najwyraźniej przeniósł się do Megalopolis - wyjaśniła krótko szefowa.
Teraz Pandora patrzyła na pusty budynek z większą nieufnością. Wstała z ławki i ruszyła spokojnym krokiem w stronę drzwi, cały czas pilnując pięter wyżej.
- Skąd to wiesz? - zapytała.
- Sami mi o tym powiedzieli. Zadzwoniła do mnie jakaś kobieta podając się za członkinię Espejo. Potem jeszcze wspomniała, że zaprasza mnie do Tempest Centre na anonimowe spotkanie z handlarzami prochów. Zgadnij czyimi.
- Mogła blefować.
- Jakimś cudem się do mnie dodzwoniła. WIEDZIAŁA, że dzwoni do mnie - głos Fery przybrał niebezpiecznie poważny ton. - Nawet jeśli to jakiś dowcip, czy pułapka, chcę wiedzieć, kto się próbuje wplątać w moje plany. A jeśli na miejscu faktycznie będzie ktoś od Fujiyamy... wiesz, co robić.
- Ależ oczywiście - Erro uśmiechnęła się szeroko. - Kiedy?
- Powinno się wkrótce zacząć.
- Dobra, a czy rzekoma Espejo powiedziała ci jeszcze, jak się można dostać...
Zdanie przerwał jej brzęk tłuczonego szkła. Odsunęła się w bok, zanim deszcz odłamków zasypał chodnik, strasząc przechodniów. W niemalże lustrzanej tafli na wysokości piątego piętra ziała prostokątna ciemna dziura.
- Czy to było szkło? - spytała Fera, raczej nie spodziewając się przeczącej odpowiedzi.
- Tak - odparła Pandora. - Przynajmniej już wiem, że siedzą na piątym piętrze.
- Idź do drzwi dla obsługi technicznej. Podobno zostawiła je otwarte dla mnie i ,,reszty gości". Miłej zabawy - Strzyga rozłączyła się.
Wendigo spojrzała po raz ostatni na dziurę. Teraz już wyraźnie słyszała strzały. Ruszyła biegiem do bocznej alejki. Ktokolwiek był w środku, chyba właśnie wyrzucił dyplomatyczne podejście przez otwarte siłą okno.
Reeeeed? Potrzebowałaś okazji, to masz > <
sobota, 17 marca 2018
Od Pandory (CD Sylve) - Wariaci mówią w tym samym języku
Ściana zbliżała się do SUVa nieuchronnie, jakby mówiła na głos jego pasażerom ,,Jestem waszym końcem!". Ale w tym wypadku groziła dwóm żywym trupom, które mogła co najwyżej na jakiś czas wyrzucić z obiegu. Pandora w żadnym wypadku nie martwiła się ścianą. Za to jej drobna ostała część zdrowego rozsądku przypomniała mutantce o trzech radiowozach i tym, co policja zrobi z ich pozbawionymi świadomości ciałami. Prawdę mówiąc, kobieta nie miała zielonego pojęcia, gdzie lądują przypadkowo lub mniej przypadkowo martwi uciekinierzy. Mogła jedynie sobie wyobrazić jak bardzo dziwna cisza musiała przez te dwie minuty panować wśród grupki niebieskich odpowiedzialnych za śmierć jakiegoś gościa. Ile było możliwości? Powiadomienie bliskich wydawało się najrozsądniejszym i najbardziej ludzkim zachowaniem, ale najpierw musieliby zidentyfikować zwłoki. A gdyby ktoś zorientował się, że złapali dwójkę terrorystów, obudziliby się w izolatkach w zaciśniętych kaftanach bezpieczeństwa. Albo dopiero w drodze do nich.
W każdym razie, Erro nie za bardzo uśmiechał się podobny obrót spraw. W tej chwili nie mogła sobie pozwolić na zgon, ani swój, ani Sylve.
- Nie wyskakuj! - krzyknęła szybko.
- Co?!
- Ci goście w przeciwieństwie do nas nadal mają samochody! - kobieta uderzyła kolbą pistoletu kilka razy w szyberdach, aż szybopodobna sklejka pękła. - Gdzie masz tą cholerną linkę?!
Leviathan załapał o co jej chodzi. W jednej chwili znalazł potrzebny gadżet i chwycił Erro w pasie. Wystrzelona kotwiczka przebiła się przez osłabioną szybę. Gdy tylko zaczepiła się na ścianie budynku, prawa fizyki wyciągnęły dwójkę mutantów z pojazdu wyszarpując ich przez szyberdach i ciągnąc pod kątem w stronę budynku. Dokładnie w tej samej chwili zza rogu wyjechała policja.
- HAHA! - wypalił zadowolony Berthier, gdy przelatywali nad radiowozami. - Tego się nie...
- ŚCIANA! - przerwała mu Wendigo.
Sylvain widząc kolejny niebezpiecznie szybko zbliżający się do nich budynek (i to w ciągu kilku minut!) niemal natychmiast odczepił linkę. Zamiast więc zderzyć się ze ścianą, wpadli na okno do czyjegoś mieszkania. Wylądowali w czyimś salonie, w akompaniamencie tłuczonej szyby, zerwanej zasłony i rozsypujących się po pomieszczeniu odłamków.
Pandora zaklęła pod nosem, podnosząc się z puszystego dywanu do pozycji siedzącej. Uderzyła w okno jako pierwsza i odczuwała tego nieprzyjemne, kłujące skutki na prawie całej długości prawej ręki. Rozejrzała się po pokoju, dopiero teraz zauważając siedzącego na kanapie dzieciaka, na oko dwunastoletniego. Chłopiec był w głębokim szoku, nie potrafiąc wydusić z siebie nawet przerażonego krzyku. Ciszę zakłócał jedynie telewizor i okrzyki policjantów, prawdopodobnie zbliżających się do rozbitego SUVa. Zmrużyła oczy.
- To się właśnie dzieje - powiedziała pokazując szerokim gestem bałagan - gdy się marnuje za dużo czasu na telewizję. Zrozumiano?
Dzieciak pokiwał powoli głową. Usatysfakcjonowana Brazylijka wstała na nogi. W międzyczasie Sylve dzielnie walczył z zasłoną o wolność i w końcu wyciągnął z niej głowę, obrócony w stronę włączonego telewizora.
- Hej, to Spongebob! - ucieszył się, na co Erro przewróciła oczami i pociągnęła go za kołnierz, niemal stawiając na nogi. - Ale to mój ulubiony odcinek! - protestował mężczyzna w drodze do wyjścia. Chłopak odprowadzał ich wzrokiem aż zniknęli w przedpokoju.
- Dobra - przyznała, gdy kilka minut później szli przez podwórko, nasłuchując radiowozów. - To było fajne.
- Pfft, oczywiście, że było - napuszył się zadowolony Francuz. - To w końcu był mój pomysł.
Pandora podsumowała swoje dzisiejsze obrażenia wydłubując z ramienia kawałki szkła. Poza straconym kciukiem nie wydarzyło się nic zmuszającego ją do dnia wolnego, więc z zadowoleniem stwierdziła, że ten dzień wyszedł jej tylko na dobre. Oczywiście każdy postronny człowiek słyszący relację z wysadzania budynku, odcinania sobie palca i szaleńczego rajdu po mieście zakończonego wizytą w czyimś mieszkaniu miałby o wszystkim zupełnie inne zdanie. To tylko utwierdza wszystkich w fakcie, że podsumowywanie swojej sytuacji to kwestia umowna, zależna od poglądów. Jak długo Erro dobrze się bawiła, nie traciła całych kończyn i nie dawała się złapać, wszystko wydawało jej się być na plusie.
Już miała zapytać ,,Co teraz?", gdy z niczego zadzwonił telefon Berthiera. To pytanie musiało mieć jakąś niewyjaśnioną moc sprawczą, skoro nie trzeba go było wypowiadać, by dostać odpowiedź. A przynajmniej takie wrażenie odnosiła Pandora, bo za każdym razem, gdy mówiła te dwa słowa, w ciągu następnej godziny działy się rzeczy niesamowite. Kobieta uśmiechała się złowieszczo, już czując, że ktokolwiek dzwonił w tym momencie do Sylve, nie bez powodu zrobił to w tym samym momencie, gdy zaczynała się już nudzić.
- Fera - rzucił Sylvain, również się uśmiechając. Wszyscy wariaci najwyraźniej myślą w podobny sposób.
Mężczyzna usiadł na mijanej właśnie ławce i poklepał miejsce obok siebie. Gdy Erro się do niego przyłączyła, odebrał telefon i od razu ustawił na tryb głośnomówiący, nie przejmując się placem zabaw tuż obok.
- Dzwonisz w idealnym momencie - powiedział na starcie do szefowej. - Właśnie zaczynaliśmy się nudzić.
- Czyli Erro dalej jest obok ciebie? - Fera nie brzmiała na zaskoczoną. - Świetnie. Po wiadomościach z radia wnioskuję, że dalej jesteście gdzieś na mieście.
- Zgadza się - odpowiedział Francuz.
- Coś do roboty? - wtrąciła z nadzieją Pinheiro.
- Nie do końca. Po prostu załatwiam pewne istotne sprawy - wyjaśniła Strzyga. W tle słychać było jakieś rozmowy i pokrzykiwania. - Jeśli chcecie wpaść powiedzieć ,,Cześć" to jestem w Norze.
- Wszystkie drogi prowadzą do Nory, co? - rzucił z westchnieniem Leviathan, bardziej do Erro niż Fery. Dopiero potem odpowiedział głośniej: - Co robisz w Norze?
- Mówiłam już: istotne sprawy.
- Jak istotne?
- Jak zawalenie wieżowca.
Francuz zastanowił się chwilę.
- To jakaś metafora? - zapytał.
Z głośnika dobiegł śmiech liderki Szczurów.
- Bardziej obietnica - odpowiedziała. Wendigo dałaby głowę, że w tym momencie Meksykanka uśmiechała się zbójecko. - To jak, wpadacie? Wolę dać znać ochronie, żeby do was nie strzelali.
- Straciłam kciuk i niemal dwukrotnie zderzyłam się ze ścianą. Co tam kilka kul... - Pandora wzruszyła ramionami.
- Czekaj, co?
- Widzimy się za chwilę - odpowiedział Sylvain i się rozłączył.
Wyciągnął ręce za głowę. Przez następnych kilka minut dwójka obdartych mutantów siedziała sobie na ławce obok placu zabaw, gapiąc się bezczynnie przed siebie. Mijający ich dorośli niezauważalnie odciągali dzieciaki nieco w bok, a te pomimo nagany nadal pokazywały palcami na pokaleczoną Brazylijkę i wysypującego z kieszeni szkło Francuza.
- Więęęęc... - przerwał milczenie mężczyzna, już znudzony chwilą spokoju. - Gdzie jest Nora?
- Kojarzysz taksówki Midtone Co.?
- To te brzydkie?
- A są ładne taksówki?
- To zależy od gustów - wzruszył ramionami.
- Nieważne - stwierdziła Wendigo. - W każdym razie, właściciel firmy założył w pierwszej kolejności Norę, umieszczając ją na starym podziemnym parkingu, a dopiero potem wymyślił biznes taksówkowy w celu przykrywki.
- Wiedziałem, że z taksówek nie da się zarobić na utrzymanie. Zwłaszcza takich brzydkich - Sylve wstał. Spojrzał jeszcze raz na ekran telefonu. - Minęło dokładnie czternaście minut i trzydzieści osiem sekund odkąd zrobiliśmy coś wielce nieodpowiedzialnego i niebezpiecznego. Chyba czas ruszać w dalszą podróż po ścieżce niekontrolowanego chaosu.
- Nareszcie ktoś mówiący w moim języku - Erro uśmiechnęła się.
- Nie miałem pojęcia, że znasz francuski - Levi odwzajemnił uśmiech i teatralnie wyciągnął do niej dłoń.
- Bo nie znam - kobieta równie przesadzenie przyjęła wyciągniętą rękę, po czym ujęła towarzysza pod ramię, kierując jego kroki w odpowiednią stronę. - Nie słyszałeś, że wszyscy wariaci mówią tym samym pokręconym językiem?
Okolica, w której znajdowała się główna ,,siedziba" Midtone Co. nie należała do tych, które umieszczało się na ulotkach reklamujących Elizjum. Oczywiście nic tutaj nie mogło umywać się do brazylijskich faweli, ale Pandora odnosiła wrażenie, że to konkretne osiedle w porównaniu do całego miasta przypominało stawianie obok siebie centrum Rio de Janeiro albo Brasilii obok ich dzielnic biedoty. Limelight Street przypominało połączenie nowojorskich i europejskich blokowisk, ze stojącymi w rzędzie identycznymi budynkami mieszkalnymi i bramami prywatnych osiedli. Wszystko strasznie paskudnie nie wyglądało - to w końcu Megalopolis, które w zamyśle miało być cudowne - jednak przy podobnym rozwinięciu technologicznym na wyciągnięcie ręki, przyjezdny nie spodziewał się na tej wyspie zobaczyć czegoś tak znajomego. Co poradzisz? Technologia to jedno, a wydatki drugie. Żadne z miast nie składało się wyłącznie z wieżowców.
Erro zatrzymała się i rozejrzała po okolicy, szukając znajomej reklamy pokrytej kilkuletnim graffiti. W końcu dostrzegła uśmiechniętą taksówkę z zamalowanymi kilkoma zębami i dorobionym podbitym okiem. W dymku, niegdyś mówiącym ,,Zapraszam na przejażdżkę!" ktoś dopisał ,,Sąsiedzka kultura na najwyższym poziomie!".
- Mon cher? - zapytał niepewnie Francuz, gdy schodzili pod reklamą do parkingu.
- Taaak? - rzuciła przez ramię kobieta.
- Do ciebie też się ta taksówka uśmiecha?
- Spokojnie, Sylve. Jesteś tak samo normalny jak ja - uspokoiła go.
Zjazd, w przeciwieństwie do pozostałych podziemnych parkingów, zakręcał dwa razy, zanim wychodziłeś na prostą na parking. W ten sposób pomieszczenie o długości i szerokości niemal całego budynku położone było głębiej niż inne, ale nadal pod nim, a dostanie się do środka nie było zbyt łatwe, zwłaszcza jeśli jechałeś rozpędzonym samochodem jako potencjalny pościg. W połowie drogi do pierwszego zakrętu stała najzwyklejsza brama garażowa, zaopatrzona w dwa szerokie i niskie lustra weneckie na wysokości ludzkiej głowy. Stojący za nimi dwaj goście zauważyli ich już z daleka. Fera musiała już zdążyć im wspomnieć o gościach, bo podnieśli bramę zanim dwójka mutantów do niej dotarła. Schylili się przechodząc pod nią i już w tej samej chwili drzwi zaczęły z powrotem opadać. ,,Pracownicy" Midtone skinęli im tylko głowami i wspomnieli, że szefowa już przyszła.
- Łał. Dawno nie byłem gdzieś mile widziany - skomentował Sylve, gdy mijali pierwszy zakręt.
- Jak mówiłam: Nora to neutralny grunt, a Szczury przyczyniły się niejako do jej powstania - odpowiedziała Pandora. - Dziwi mnie, że Fera jeszcze nie próbowała domagać się praw do tego miejsca.
- Wtedy już chyba nie byłoby takie neutralne - zauważył mężczyzna.
- I spora część obrotu imigrantów oraz przemytu w Elizjum byłaby pod kontrolą Szczurów - dodała Erro.
- Może Różyczka nie lubi matematyki - wzruszył ramionami. - Jak dla mnie kontrolowanie tylu... biurowych rzeczy naraz to za dużo zachodu. Skoro teraz już i tak jej zdanie ma tutaj jakieś znaczenie, to po co się martwić kierowaniem całą placówką?
Brazylijka kiwnęła w namyśle głową. Wcale nie głupie podejście. Ale sama nie miała głowy do interesów, więc ciężko jej było się wypowiadać na podobny temat. Umiała je tylko skutecznie niszczyć.
Zza kolejnego zakrętu dobiegały ich już znajome wcześniej z telefonu odgłosy: sporo rozmawiających równocześnie ludzi, krzątanina i przenoszone rzeczy. Na parkingu obecnie był zaskakująco duży ruch. Erro naliczyła dziesięć vanów różnego koloru, pozbawionych jakichkolwiek reklam i z laminowanymi tablicami rejestracyjnymi. Między nimi plątali się ludzie, w stanowczej większości mężczyźni. Kilka kobiet nadzorowało pakowanie pojazdów bliżej nieokreślonymi pudłami. Jedna z nich - ze skośnie ściętymi włosami zafarbowanymi na zielono - była znacznie głośniejsza od pozostałych. Na dodatek jako jedyna nosiła przy sobie broń. Pozostali uzbrojeni stali przy kilku wyjściach, prawdopodobnie do podobnych tuneli technicznych jaki dwójka Szczurów miała już okazję odwiedzić.
- To właśnie Charon - wyjaśniła Pandora wskazując zielonowłosą.
Wspomniana kobieta zauważyła ich i chwilę później dało się słyszeć donośne ,,FERA!" rozchodzące się echem po parkingu. Różowowłosa wyjrzała zza jednego z wozów. Pomachała do nich, po czym zawołała jeszcze Charon, by również do niej dołączyła. Elizejska przewodniczka wydawała się zdziwiona tą prośbą, ale nie wahała się właściwie wcale.
- Piękny dzień, nie sądzicie? - wypaliła dziwnie rozweselona Szczurzyca. Pandora i Sylve nie odpowiadali jednak, wpatrując się cały czas w jej twarz. - No co?
Coś się nie zgadzało. Erro widziała ją do tej pory tylko raz, ale była przekonana, że liderka Szczurów coś zrobiła...
- Zmieniłaś fryzurę, Różyczko - zauważył Francuz. - I... twoja twarz... nie świeci się.
- Twój zmysł dedukcji jest oszałamiający, Sylve - stwierdziła Szczurzyca.
Brazylijka przemilczała temat metamorfozy. Przypomniała sobie, że Fera - podobnie jak kilku innych sztucznych mutantów w Czterech Miastach - miała w przeszłości do czynienia z UNK32-1, albo jakimś podobnym do niego zamiennikiem. Potrafiła już sobie wyobrazić, co Meksykanka zrobiła ze swoimi tatuażami. Ciekawe, czy ktoś to posprzątał...
- Coś się stało? - do towarzystwa dołączyła Charon. Uśmiechnęła się jednym kącikiem ust do Pandory. - Cześć, Erro.
Ta odmachała jej tylko palcami i wpatrywała się wyczekująco w szefową. Jednak wszystko musiało jeszcze chwilę zaczekać, bo Sylve najwyraźniej był niezwykle zafascynowany nową twarzą.
- Co to za akcent? - zapytał z ciekawością nie mającą na celu nikogo obrazić. - Na pewno jakiś słowiański, ale nie chcę zgadywać.
- Polski - kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie.
- W Megalopolis nie ma dużo Polaków, co?
- Raczej się tutaj nie wybierają - Charon wzruszyła ramionami.
- Wy chyba nie mieliście jeszcze okazji się poznać - stwierdziła Fera. - Charon, to Sylvain Berthier, znany także jako Leviathan. Sylve, poznaj Helenę ,,Której-nazwiska-wypowiedzieć-nie-potrafię". Szerzej znaną jako Charon lub Hel.
- ,,Niewypowiedzialne nazwisko", mówisz? - Francuz zmrużył oczy, patrząc na Helenę niemal z wyzwaniem.
Zielonowłosa uśmiechnęła się, wydając się odpowiadać na rzuconą rękawicę, i odpowiedziała krótko:
- Sobieszczańska.
Mężczyzna najpierw zamrugał kilka razy. Potem poruszył ustami, jakby próbował sobie poukładać wszystkie sylaby. Spróbował powtórzyć, po czym przestąpił z nogi na nogę i oparł brodę na zaciśniętej dłoni. Powiedział pierwsze dwie sylaby, aż w końcu się poddał.
- Jeszcze się tego nauczę - poprzysiągł, unosząc do góry palec.
- Dobra, to skoro już tu jesteśmy... - wtrąciła się Pandora. - Co właściwie się tu dzieje?
Strzyga rozejrzała się wokół i parsknęła śmiechem.
- To nie ma nic wspólnego z nami - wyjaśniła. - Przyszłam tu tylko do Leny.
- Właśnie, co do tej ,,sprawy" - przypomniała jej Charon. - Nadal nie wyjaśniłaś mi o co chodzi.
Wendigo cały czas obserwowała zachowanie Fery Rosy. Jak już wcześniej powiedziała Leviemu, wszyscy wariaci porozumiewają się ze sobą tym samym językiem, niezrozumiałym dla reszty świata. Z miejsca więc dostrzegła, że coś się święci. Jej nowa szefowa wydawała się rozpierana przez energię, jakby coś w nią wstąpiło zeszłego wieczoru. Coś takiego nie brało się znikąd. Erro zaobserwowała to zjawisko niejednokrotnie wcześniej u samej siebie, a dzisiaj nawet u Sylve. To nie był byle zastrzyk energii - Fera miała plan. I już sama tego świadomość sprawiała, że na twarzy Brazylijki widniał uśmiech.
- Przede wszystkim potrzebuję tego wieczoru zebrać ABSOLUTNIE wszystkich w bazie. Wtedy omówimy szczegóły - zaczęła, po czym zrobiła teatralną pauzę... - W następnym tygodniu atakujemy yakuzę.
W każdym razie, Erro nie za bardzo uśmiechał się podobny obrót spraw. W tej chwili nie mogła sobie pozwolić na zgon, ani swój, ani Sylve.
- Nie wyskakuj! - krzyknęła szybko.
- Co?!
- Ci goście w przeciwieństwie do nas nadal mają samochody! - kobieta uderzyła kolbą pistoletu kilka razy w szyberdach, aż szybopodobna sklejka pękła. - Gdzie masz tą cholerną linkę?!
Leviathan załapał o co jej chodzi. W jednej chwili znalazł potrzebny gadżet i chwycił Erro w pasie. Wystrzelona kotwiczka przebiła się przez osłabioną szybę. Gdy tylko zaczepiła się na ścianie budynku, prawa fizyki wyciągnęły dwójkę mutantów z pojazdu wyszarpując ich przez szyberdach i ciągnąc pod kątem w stronę budynku. Dokładnie w tej samej chwili zza rogu wyjechała policja.
- HAHA! - wypalił zadowolony Berthier, gdy przelatywali nad radiowozami. - Tego się nie...
- ŚCIANA! - przerwała mu Wendigo.
Sylvain widząc kolejny niebezpiecznie szybko zbliżający się do nich budynek (i to w ciągu kilku minut!) niemal natychmiast odczepił linkę. Zamiast więc zderzyć się ze ścianą, wpadli na okno do czyjegoś mieszkania. Wylądowali w czyimś salonie, w akompaniamencie tłuczonej szyby, zerwanej zasłony i rozsypujących się po pomieszczeniu odłamków.
Pandora zaklęła pod nosem, podnosząc się z puszystego dywanu do pozycji siedzącej. Uderzyła w okno jako pierwsza i odczuwała tego nieprzyjemne, kłujące skutki na prawie całej długości prawej ręki. Rozejrzała się po pokoju, dopiero teraz zauważając siedzącego na kanapie dzieciaka, na oko dwunastoletniego. Chłopiec był w głębokim szoku, nie potrafiąc wydusić z siebie nawet przerażonego krzyku. Ciszę zakłócał jedynie telewizor i okrzyki policjantów, prawdopodobnie zbliżających się do rozbitego SUVa. Zmrużyła oczy.
- To się właśnie dzieje - powiedziała pokazując szerokim gestem bałagan - gdy się marnuje za dużo czasu na telewizję. Zrozumiano?
Dzieciak pokiwał powoli głową. Usatysfakcjonowana Brazylijka wstała na nogi. W międzyczasie Sylve dzielnie walczył z zasłoną o wolność i w końcu wyciągnął z niej głowę, obrócony w stronę włączonego telewizora.
- Hej, to Spongebob! - ucieszył się, na co Erro przewróciła oczami i pociągnęła go za kołnierz, niemal stawiając na nogi. - Ale to mój ulubiony odcinek! - protestował mężczyzna w drodze do wyjścia. Chłopak odprowadzał ich wzrokiem aż zniknęli w przedpokoju.
- Dobra - przyznała, gdy kilka minut później szli przez podwórko, nasłuchując radiowozów. - To było fajne.
- Pfft, oczywiście, że było - napuszył się zadowolony Francuz. - To w końcu był mój pomysł.
Pandora podsumowała swoje dzisiejsze obrażenia wydłubując z ramienia kawałki szkła. Poza straconym kciukiem nie wydarzyło się nic zmuszającego ją do dnia wolnego, więc z zadowoleniem stwierdziła, że ten dzień wyszedł jej tylko na dobre. Oczywiście każdy postronny człowiek słyszący relację z wysadzania budynku, odcinania sobie palca i szaleńczego rajdu po mieście zakończonego wizytą w czyimś mieszkaniu miałby o wszystkim zupełnie inne zdanie. To tylko utwierdza wszystkich w fakcie, że podsumowywanie swojej sytuacji to kwestia umowna, zależna od poglądów. Jak długo Erro dobrze się bawiła, nie traciła całych kończyn i nie dawała się złapać, wszystko wydawało jej się być na plusie.
Już miała zapytać ,,Co teraz?", gdy z niczego zadzwonił telefon Berthiera. To pytanie musiało mieć jakąś niewyjaśnioną moc sprawczą, skoro nie trzeba go było wypowiadać, by dostać odpowiedź. A przynajmniej takie wrażenie odnosiła Pandora, bo za każdym razem, gdy mówiła te dwa słowa, w ciągu następnej godziny działy się rzeczy niesamowite. Kobieta uśmiechała się złowieszczo, już czując, że ktokolwiek dzwonił w tym momencie do Sylve, nie bez powodu zrobił to w tym samym momencie, gdy zaczynała się już nudzić.
- Fera - rzucił Sylvain, również się uśmiechając. Wszyscy wariaci najwyraźniej myślą w podobny sposób.
Mężczyzna usiadł na mijanej właśnie ławce i poklepał miejsce obok siebie. Gdy Erro się do niego przyłączyła, odebrał telefon i od razu ustawił na tryb głośnomówiący, nie przejmując się placem zabaw tuż obok.
- Dzwonisz w idealnym momencie - powiedział na starcie do szefowej. - Właśnie zaczynaliśmy się nudzić.
- Czyli Erro dalej jest obok ciebie? - Fera nie brzmiała na zaskoczoną. - Świetnie. Po wiadomościach z radia wnioskuję, że dalej jesteście gdzieś na mieście.
- Zgadza się - odpowiedział Francuz.
- Coś do roboty? - wtrąciła z nadzieją Pinheiro.
- Nie do końca. Po prostu załatwiam pewne istotne sprawy - wyjaśniła Strzyga. W tle słychać było jakieś rozmowy i pokrzykiwania. - Jeśli chcecie wpaść powiedzieć ,,Cześć" to jestem w Norze.
- Wszystkie drogi prowadzą do Nory, co? - rzucił z westchnieniem Leviathan, bardziej do Erro niż Fery. Dopiero potem odpowiedział głośniej: - Co robisz w Norze?
- Mówiłam już: istotne sprawy.
- Jak istotne?
- Jak zawalenie wieżowca.
Francuz zastanowił się chwilę.
- To jakaś metafora? - zapytał.
Z głośnika dobiegł śmiech liderki Szczurów.
- Bardziej obietnica - odpowiedziała. Wendigo dałaby głowę, że w tym momencie Meksykanka uśmiechała się zbójecko. - To jak, wpadacie? Wolę dać znać ochronie, żeby do was nie strzelali.
- Straciłam kciuk i niemal dwukrotnie zderzyłam się ze ścianą. Co tam kilka kul... - Pandora wzruszyła ramionami.
- Czekaj, co?
- Widzimy się za chwilę - odpowiedział Sylvain i się rozłączył.
Wyciągnął ręce za głowę. Przez następnych kilka minut dwójka obdartych mutantów siedziała sobie na ławce obok placu zabaw, gapiąc się bezczynnie przed siebie. Mijający ich dorośli niezauważalnie odciągali dzieciaki nieco w bok, a te pomimo nagany nadal pokazywały palcami na pokaleczoną Brazylijkę i wysypującego z kieszeni szkło Francuza.
- Więęęęc... - przerwał milczenie mężczyzna, już znudzony chwilą spokoju. - Gdzie jest Nora?
- Kojarzysz taksówki Midtone Co.?
- To te brzydkie?
- A są ładne taksówki?
- To zależy od gustów - wzruszył ramionami.
- Nieważne - stwierdziła Wendigo. - W każdym razie, właściciel firmy założył w pierwszej kolejności Norę, umieszczając ją na starym podziemnym parkingu, a dopiero potem wymyślił biznes taksówkowy w celu przykrywki.
- Wiedziałem, że z taksówek nie da się zarobić na utrzymanie. Zwłaszcza takich brzydkich - Sylve wstał. Spojrzał jeszcze raz na ekran telefonu. - Minęło dokładnie czternaście minut i trzydzieści osiem sekund odkąd zrobiliśmy coś wielce nieodpowiedzialnego i niebezpiecznego. Chyba czas ruszać w dalszą podróż po ścieżce niekontrolowanego chaosu.
- Nareszcie ktoś mówiący w moim języku - Erro uśmiechnęła się.
- Nie miałem pojęcia, że znasz francuski - Levi odwzajemnił uśmiech i teatralnie wyciągnął do niej dłoń.
- Bo nie znam - kobieta równie przesadzenie przyjęła wyciągniętą rękę, po czym ujęła towarzysza pod ramię, kierując jego kroki w odpowiednią stronę. - Nie słyszałeś, że wszyscy wariaci mówią tym samym pokręconym językiem?
Okolica, w której znajdowała się główna ,,siedziba" Midtone Co. nie należała do tych, które umieszczało się na ulotkach reklamujących Elizjum. Oczywiście nic tutaj nie mogło umywać się do brazylijskich faweli, ale Pandora odnosiła wrażenie, że to konkretne osiedle w porównaniu do całego miasta przypominało stawianie obok siebie centrum Rio de Janeiro albo Brasilii obok ich dzielnic biedoty. Limelight Street przypominało połączenie nowojorskich i europejskich blokowisk, ze stojącymi w rzędzie identycznymi budynkami mieszkalnymi i bramami prywatnych osiedli. Wszystko strasznie paskudnie nie wyglądało - to w końcu Megalopolis, które w zamyśle miało być cudowne - jednak przy podobnym rozwinięciu technologicznym na wyciągnięcie ręki, przyjezdny nie spodziewał się na tej wyspie zobaczyć czegoś tak znajomego. Co poradzisz? Technologia to jedno, a wydatki drugie. Żadne z miast nie składało się wyłącznie z wieżowców.
Erro zatrzymała się i rozejrzała po okolicy, szukając znajomej reklamy pokrytej kilkuletnim graffiti. W końcu dostrzegła uśmiechniętą taksówkę z zamalowanymi kilkoma zębami i dorobionym podbitym okiem. W dymku, niegdyś mówiącym ,,Zapraszam na przejażdżkę!" ktoś dopisał ,,Sąsiedzka kultura na najwyższym poziomie!".
- Mon cher? - zapytał niepewnie Francuz, gdy schodzili pod reklamą do parkingu.
- Taaak? - rzuciła przez ramię kobieta.
- Do ciebie też się ta taksówka uśmiecha?
- Spokojnie, Sylve. Jesteś tak samo normalny jak ja - uspokoiła go.
Zjazd, w przeciwieństwie do pozostałych podziemnych parkingów, zakręcał dwa razy, zanim wychodziłeś na prostą na parking. W ten sposób pomieszczenie o długości i szerokości niemal całego budynku położone było głębiej niż inne, ale nadal pod nim, a dostanie się do środka nie było zbyt łatwe, zwłaszcza jeśli jechałeś rozpędzonym samochodem jako potencjalny pościg. W połowie drogi do pierwszego zakrętu stała najzwyklejsza brama garażowa, zaopatrzona w dwa szerokie i niskie lustra weneckie na wysokości ludzkiej głowy. Stojący za nimi dwaj goście zauważyli ich już z daleka. Fera musiała już zdążyć im wspomnieć o gościach, bo podnieśli bramę zanim dwójka mutantów do niej dotarła. Schylili się przechodząc pod nią i już w tej samej chwili drzwi zaczęły z powrotem opadać. ,,Pracownicy" Midtone skinęli im tylko głowami i wspomnieli, że szefowa już przyszła.
- Łał. Dawno nie byłem gdzieś mile widziany - skomentował Sylve, gdy mijali pierwszy zakręt.
- Jak mówiłam: Nora to neutralny grunt, a Szczury przyczyniły się niejako do jej powstania - odpowiedziała Pandora. - Dziwi mnie, że Fera jeszcze nie próbowała domagać się praw do tego miejsca.
- Wtedy już chyba nie byłoby takie neutralne - zauważył mężczyzna.
- I spora część obrotu imigrantów oraz przemytu w Elizjum byłaby pod kontrolą Szczurów - dodała Erro.
- Może Różyczka nie lubi matematyki - wzruszył ramionami. - Jak dla mnie kontrolowanie tylu... biurowych rzeczy naraz to za dużo zachodu. Skoro teraz już i tak jej zdanie ma tutaj jakieś znaczenie, to po co się martwić kierowaniem całą placówką?
Brazylijka kiwnęła w namyśle głową. Wcale nie głupie podejście. Ale sama nie miała głowy do interesów, więc ciężko jej było się wypowiadać na podobny temat. Umiała je tylko skutecznie niszczyć.
Zza kolejnego zakrętu dobiegały ich już znajome wcześniej z telefonu odgłosy: sporo rozmawiających równocześnie ludzi, krzątanina i przenoszone rzeczy. Na parkingu obecnie był zaskakująco duży ruch. Erro naliczyła dziesięć vanów różnego koloru, pozbawionych jakichkolwiek reklam i z laminowanymi tablicami rejestracyjnymi. Między nimi plątali się ludzie, w stanowczej większości mężczyźni. Kilka kobiet nadzorowało pakowanie pojazdów bliżej nieokreślonymi pudłami. Jedna z nich - ze skośnie ściętymi włosami zafarbowanymi na zielono - była znacznie głośniejsza od pozostałych. Na dodatek jako jedyna nosiła przy sobie broń. Pozostali uzbrojeni stali przy kilku wyjściach, prawdopodobnie do podobnych tuneli technicznych jaki dwójka Szczurów miała już okazję odwiedzić.
- To właśnie Charon - wyjaśniła Pandora wskazując zielonowłosą.
Wspomniana kobieta zauważyła ich i chwilę później dało się słyszeć donośne ,,FERA!" rozchodzące się echem po parkingu. Różowowłosa wyjrzała zza jednego z wozów. Pomachała do nich, po czym zawołała jeszcze Charon, by również do niej dołączyła. Elizejska przewodniczka wydawała się zdziwiona tą prośbą, ale nie wahała się właściwie wcale.
- Piękny dzień, nie sądzicie? - wypaliła dziwnie rozweselona Szczurzyca. Pandora i Sylve nie odpowiadali jednak, wpatrując się cały czas w jej twarz. - No co?
Coś się nie zgadzało. Erro widziała ją do tej pory tylko raz, ale była przekonana, że liderka Szczurów coś zrobiła...
- Zmieniłaś fryzurę, Różyczko - zauważył Francuz. - I... twoja twarz... nie świeci się.
- Twój zmysł dedukcji jest oszałamiający, Sylve - stwierdziła Szczurzyca.
Brazylijka przemilczała temat metamorfozy. Przypomniała sobie, że Fera - podobnie jak kilku innych sztucznych mutantów w Czterech Miastach - miała w przeszłości do czynienia z UNK32-1, albo jakimś podobnym do niego zamiennikiem. Potrafiła już sobie wyobrazić, co Meksykanka zrobiła ze swoimi tatuażami. Ciekawe, czy ktoś to posprzątał...
- Coś się stało? - do towarzystwa dołączyła Charon. Uśmiechnęła się jednym kącikiem ust do Pandory. - Cześć, Erro.
Ta odmachała jej tylko palcami i wpatrywała się wyczekująco w szefową. Jednak wszystko musiało jeszcze chwilę zaczekać, bo Sylve najwyraźniej był niezwykle zafascynowany nową twarzą.
- Co to za akcent? - zapytał z ciekawością nie mającą na celu nikogo obrazić. - Na pewno jakiś słowiański, ale nie chcę zgadywać.
- Polski - kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie.
- W Megalopolis nie ma dużo Polaków, co?
- Raczej się tutaj nie wybierają - Charon wzruszyła ramionami.
- Wy chyba nie mieliście jeszcze okazji się poznać - stwierdziła Fera. - Charon, to Sylvain Berthier, znany także jako Leviathan. Sylve, poznaj Helenę ,,Której-nazwiska-wypowiedzieć-nie-potrafię". Szerzej znaną jako Charon lub Hel.
- ,,Niewypowiedzialne nazwisko", mówisz? - Francuz zmrużył oczy, patrząc na Helenę niemal z wyzwaniem.
Zielonowłosa uśmiechnęła się, wydając się odpowiadać na rzuconą rękawicę, i odpowiedziała krótko:
- Sobieszczańska.
Mężczyzna najpierw zamrugał kilka razy. Potem poruszył ustami, jakby próbował sobie poukładać wszystkie sylaby. Spróbował powtórzyć, po czym przestąpił z nogi na nogę i oparł brodę na zaciśniętej dłoni. Powiedział pierwsze dwie sylaby, aż w końcu się poddał.
- Jeszcze się tego nauczę - poprzysiągł, unosząc do góry palec.
- Dobra, to skoro już tu jesteśmy... - wtrąciła się Pandora. - Co właściwie się tu dzieje?
Strzyga rozejrzała się wokół i parsknęła śmiechem.
- To nie ma nic wspólnego z nami - wyjaśniła. - Przyszłam tu tylko do Leny.
- Właśnie, co do tej ,,sprawy" - przypomniała jej Charon. - Nadal nie wyjaśniłaś mi o co chodzi.
Wendigo cały czas obserwowała zachowanie Fery Rosy. Jak już wcześniej powiedziała Leviemu, wszyscy wariaci porozumiewają się ze sobą tym samym językiem, niezrozumiałym dla reszty świata. Z miejsca więc dostrzegła, że coś się święci. Jej nowa szefowa wydawała się rozpierana przez energię, jakby coś w nią wstąpiło zeszłego wieczoru. Coś takiego nie brało się znikąd. Erro zaobserwowała to zjawisko niejednokrotnie wcześniej u samej siebie, a dzisiaj nawet u Sylve. To nie był byle zastrzyk energii - Fera miała plan. I już sama tego świadomość sprawiała, że na twarzy Brazylijki widniał uśmiech.
- Przede wszystkim potrzebuję tego wieczoru zebrać ABSOLUTNIE wszystkich w bazie. Wtedy omówimy szczegóły - zaczęła, po czym zrobiła teatralną pauzę... - W następnym tygodniu atakujemy yakuzę.
środa, 22 listopada 2017
Od Pandory (CD Sylvaina) - Bo było nudno
Erro bez wahania przybiła Sylvainowi piątkę i dwójka awanturników poświęciła jeszcze minutę na spoglądanie w stronę zamieszania. Nawet jako wyszkolony żołnierz, Wendigo lubiła chaos. Dym, gruz i wycie syren stanowiło lustrzane odbicie jej załamanej, popsutej części umysłu, tej, która naprawdę cieszyła się ze swojej reputacji pozbawionej skrupułów terrorystki. Kobieta od zawsze była przekonana, że człowiek musi od czasu do czasu coś umyślnie zniszczyć: powyginać agrafkę, rozłożyć długopis na części, zmiąć kartkę, wysadzić ścianę nośną - cokolwiek, byle tylko się wyżyć. W takich chwilach miała wrażenie, że cała zebrana w ostatnim czasie frustracja i gniew spłonęły razem z budynkiem, a ona czuła jedynie czystą radość i satysfakcję... chorobliwą, nieludzką, ale hej! Zawsze to jakaś odmiana!
W głowie Pandory dokonał się krótki, pozbawiony zbędnej matematyki bilans strat i zysków. Straty: dała się złapać (czym prawdopodobnie podkopała swoją karierę, ale o tym pogada jeszcze z cyborgiem, Niemcem i Isati) i podporządkować konkretnej organizacji. Jakkolwiek by jej to nie gryzło jeszcze przed kilkoma godzinami, teraz bez wątpienia wyszła na zero. Leviathan nie zawiódł jej oczekiwań, w co od samego początku nie wątpiła. Jeśli praca dla Szczurów oznaczała podobną rozrywkę, nie zamierzała narzekać.
- TAK! - wydarł się nagle Francuz. Erro drgnęła i spojrzała na niego pytająco. - Podpis! - Sylve wskazał jej palcem ocalałą część sporego hallu. Faktycznie, ściana za kontuarem, pomimo uszczerbku, nadal stała, a na niej widniał staranny malunek Berthiera, dumnie głoszący kto jest odpowiedzialny za ten piękny widok: Leviathan & Erro Company.
Brazylijka zaśmiała się głośno, jakby z tryumfem. Kilku gapiów spojrzało na nią z niepokojem i odsunęło się o krok. Sylve przejął się tym mniej - chyba już rozgryzł z kim ma do czynienia i podobne zachowanie nie robiło na nim większego wrażenia.
- To zdecydowanie lepsze od tamtej foki - powiedziała, gdy w końcu się uspokoiła. Jej głos zachrypł od wdychanego podczas eksplozji pyłu.
- To była foka? - Sylvain spróbował przypomnieć sobie stare logo, obecnie zakryte przez jego dzieło. - A nie delfin?
- Delifn, foka, manat, wszystko jedno - Erro splunęła na chodnik czując zbierające się po językiem drażniące drobinki. - Było paskudne.
- Oui - zgodził się z uśmiechem Levi. - Elizjum ma szczęście, że nie musi tego więcej oglądać.
Po tych słowach skinął głową w stronę martwej, zakorkowanej ulicy i ruszyli przed siebie. Nie ma większej przyjemności niż obserwowanie swojego dzieła w pełnej krasie, jednak ta drobna, podzielona między dwójką wariatów cząstka zdrowego rozsądku radziła im oddalić się na bezpieczną odległość, zanim zaczną się pytania. Dym z odcieni fioletu, zieleni i innych barw wrócił do normalnego stanu ciężkiej, burej mieszaniny dymu i pyłów. Zanim skręcili za róg, do ich uszu dotarł ostatni głuchy odgłos walącej się ściany.
- Moglibyśmy założyć spółkę renowacyjną - rzucił nagle Francuz. - Nazwę już mamy.
- Co rozumiesz przez ,,renowację"?
- No wiesz, odnowę wizualną. Place zabaw, parki miejskie, parkingi - mężczyzna wyliczył wszystko na palcach. - Miasto od czasu do czasu funduje odnowę takich obiektów. Ale zanim ktoś je odbuduje, ktoś je musi najpierw zburzyć. I to dokładnie, centymetr po centymetrze.
- Poważnie chciałbyś burzyć coś na zlecenie? Z podpisem urzędu? LEGALNIE? - w zachrypnięty głos Pandory wkradało się coraz większe niedowierzanie.
Leviathan zastanowił się chwilę, jakby dopiero teraz zwrócił na to uwagę.
- Faktycznie. Nie chciałbym - stwierdził. - Zakazy są zabawniejsze.
Szli przed siebie bez celu, wszak komu było coś podobnego potrzebne? Na pewno nie człowiekowi ich pokroju. Powrót do bazy odpadał, a przynajmniej nie w linii prostej - Pinheiro była zbyt nabuzowana sukcesem. Sylvain, prawdopodobnie nieumyślnie, uzbroił bombę. Destrukcja to było za mało, Pandora chciała od tego wypadu czegoś więcej. Wrażenie to potęgował fakt, że wszystko uszło im bezkarnie. Zakazy są zabawniejsze. Kobieta CHCIAŁA by ktoś ją ścigał. Ucieczka nie była tak satysfakcjonująca bez dyszących w kark psów chcących rozerwać cię na strzępy. Ale psiaki pomimo podpisu wcale nie szukały sprawców...
W którymś momencie minęły ich dwie furgonetki policyjne, ale Szczury chyba nie zwróciły na siebie zbytniej uwagi. Erro poczuła się lekko urażona, że budynek jest bardziej ważny od niej, ograniczyła się jednak tylko do odprowadzenia drugiego pojazdu wzrokiem i splunięcia za nim. Kiedy się zorientują? Kiedy ktoś ją rozpozna? Gardło zaczynało ją drapać, gdy wzięła kilka sfrustrowanych oddechów. Zirytowana ostatecznie stwierdziła, że poradzi sobie bez tlenu aż się czegoś napije. Pozostało jej jedynie pluć tynkiem zbierającym się w ślinie. Francuz oczywiście to zauważył i szybko połączył fakty.
- Mogłem wziąć jakąś drugą maskę zanim wyszliśmy - stwierdził.
- Po co? - zachrypiała, ironicznie do wypowiedzi.
- Domyślam się, że byle kurz cię nie zabije, ale to pewnie cholernie irytujące...
- A tam - Erro machnęła niedbale ręką. - Następnym razem po prostu zapamiętam, by nie oddychać. Z głupa musiałam wziąć kilka wdechów. Pewnie przez emocje.
- Słyszałem w życiu już sporo, ale chyba po raz pierwszy spotkałem się ze stwierdzeniem, że można wziąć oddech ,,z głupa" - Sylve uśmiechnął się lekko.
- Nawet chodzący trup ma prawo do błędów, tak? - uderzyła go po przyjacielsku w ramię. - Po prostu konsekwencje nie są takie poważne.
Konsekwencje. Słowo to zlało się w jedno z kolejnym radiowozem, torującym sobie powoli drogę przez zakorkowaną ulicę. Kierowcy widząc błysk świateł i słysząc syreny próbowali zgodnie z przepisami ustąpić policji miejsca, jednak szło im to topornie przez ciasnotę. Nic nie zapowiadało się na to, by policjanci mieli ich zatrzymać, bo niby za co? Ukryty pod mundurem pistolet zaciążył kusząco. Zerknęła kątem oka na Sylve. Dopiero co przekonała się, jak bardzo miał w nosie ryzyko i to chyba jej się najbardziej w nim podobało. Nie miał nic do stracenia, podobnie jak ona. Mieli ten wyjątkowo nie fair wobec reszty ludzkości immunitet co do ilości dopuszczalnych błędów, zanim zabiją się na dobre (o ile kiedykolwiek do tego dojdzie). Co im szkodzi...?
Zanim zorientowała się co właściwie robi, wyciągnęła broń i strzeliła trzy razy w stronę tylnej szyby. Levi zamarł w bezruchu, kilku przechodniów krzyknęło, zza rogu wychyliły się drony policyjne zaalarmowane wystrzałami, z radiowozu wysiedli policjanci, od razu szukający osłony za pojazdem. A na ustach Wendigo pojawił się zbójecki uśmiech.
- Nie wiem, czy zauważyłaś... - zwrócił jej uwagę Sylve. - Ale właśnie pociągnęłaś trzykrotnie za spust pistoletu. Celując w radiowóz.
Roboty ruszyły biegiem, ostrzegając przed wyciągnięciem własnej broni. Erro chwyciła Francuza za rękaw i ruszyła biegiem w górę ulicy. Zgodnie z groźbami, niedługo potem drony strzeliły, pudłując dla ostatecznego ostrzeżenia.
- Często najpierw strzelasz, a potem się tłumaczysz? - zapytał Leviathan, próbując wyciągnąć sens z zachowania towarzyszki.
- Gdybym tego nie zrobiła, nie miałabym się z czego tłumaczyć w pierwszej kolejności - odpowiedziała Pinheiro.
- Pewnie i tak nie zamierzasz tego robić, prawda?
- Zgadza się, querido - kobieta gwałtownie skręciła w bok, wpychając się do jakiejś restauracji.
Kelner sprawdzający rezerwację odruchowo chciał zaproponować gościom stolik, ale urwał w połowie zdania i zaklął po francusku, gdy Pandora przebiegła obok niego, potrącając jakąś kobietę. Sylvain przeprosił go, nie zwalniając kroku. Wolał nie zgubić w tym momencie Erro. Nagle Brazylijka odwróciła się w jego stronę niebezpiecznie unosząc pistolet. Krzyknęła jednak krótko ,,Na bok!" i mężczyzna instynktownie jej posłuchał. Strzeliła kilkakrotnie w robota policyjnego w drzwiach, który zatrzymał się, na chwilę spowalniając resztę. Szczury wpadły do kuchni, gdzie przeskoczyły dwa blaty, wystraszyły przy tym kucharzy i ostatecznie wbiegły do pierwszych drzwi na swojej drodze - chłodni.
Berthier słysząc wchodzące do kuchni roboty od razu schował się za ścianą przy framudze, a Erro za drzwiami. Bez większego namysłu trzasnęła nimi z całej siły, słysząc szczęk zamykanego automatycznie zamka... i równocześnie poczuła przeszywający ból w dłoni. Zmięła w ustach przekleństwo. Jej kciuk utknął, zatrzaśnięty przy zawiasie ciężkich drzwi. Pomimo tego kobieta nie zamierzała próbować ich uchylić, byłoby to co najmniej głupie. Sylve syknął boleśnie i chwycił się za własną dłoń.
- A mama mówiła: nie wpychaj... - zaczął.
- Daruj sobie, proszę - rzuciła z niepokojącym uśmiechem Pinheiro i bez dłuższego zastanowienia wyciągnęła składany nóż. Sylvain uniósł jedną brew. - Co? - spytała rozkładając ostrze.
- Nic, nic - stwierdził. - Poszukam jakiegoś wyjścia... już kilka razy zdarzyło mi się spędzić noc w chłodni. Nie takiej, ale i tak nie podoba mi się ten pomysł.
- Powinna być gdzieś tutaj ukryta klapa - poinstruowała go Erro, przymierzając się do cięcia.
- Byłaś już tutaj?
- Może. Szukaj nierównych kafelków. Ja mam pewien problem, nad którym muszę się teraz skupić zanim gliny wyważą te drzwi i rozwiążą go za mnie.
Francuz zasalutował i zaczął przepychać się między zwisającym z sufitu mięsem. Pandora wzięła tymczasem głęboki, drapiący w podrażnionym gardle wdech (bardziej odruchowo niż z potrzeby) i zaczęła ciąć. Oczywiście bolało. Nie tak mocno, jak normalnego człowieka - większość ludzi nie byłaby w stanie odciąć sobie samodzielnie palec i nie zemdleć. Wendigo znała co prawda zdolnych do tego twardzieli, ale oni mieli za sobą długie szkolenie, dłuższe od jej własnego. Byli przygotowani na podobne sytuacje, co nie umniejszało jednak podziwu mutantki. W przeciwieństwie do nich, jej tkanki były częściowo obumarłe, w tym i przecinające wszystko nerwy. Na dodatek ona nie żegnała się ze swoim palcem na zawsze.
- Coś tu mam! - zawołał Leviathan. Zza przeklętego metalu tymczasem dobiegały głuche, niepokojące odgłosy. Najwyższa pora...
Drzwi chłodni zatrzęsły się od uderzenia. Nóż zjechał przez to z kursu. Pandora zaklęła, tym razem na głos.
- Złaź na dół! - odpowiedziała. - Zaraz cię dogonię... jeszcze tylko... chwila... - przestała się już przejmować precyzją.
Sylvain odchylił klapę, upewnił się, że się nie zatrzaśnie za nim i zeskoczył w ciemny tunel. Wendigo tymczasem udało się już wjechać ostrzem w pękniętą kość. Nie miała czasu piłować palca, więc wykorzystała istniejące uszkodzenie. Nożem poszerzyła pęknięcie i w końcu przeszła przez połowę. Z resztą poradziła sobie dużo szybciej. W minutę, gdy drzwi zdążyły się zatrząść się jeszcze trzy razy, dobiegła do klapy i skoczyła w dół, zamykając ją za sobą. Gdy roboty wpadły do środka, zastały jedynie mrożone mięso.
W oczy kobiety zabłysła latarka.
- Wszystko w porządku, mon cher? - zapytał Sylve.
Z tym samym wariackim uśmiechem uniosła do góry lewy kciuk, dopiero po chwili orientując się, że to właśnie jego połowa została na górze.
- Odrośnie - machnęła niedbale ręką.
- Chodziło mi raczej o powód strzelania do policji...
- Pffft. Mi nie potrzeba powodów, by zacząć do kogoś strzelać.
- Czyli powodem jest brak powodu?
- Dokładnie - kobieta skinęła głową z całkowitą powagą. Po chwili zdecydowała się jednak doprecyzować: - Nudno się zrobiło.
- Wysadziliśmy w powietrze budynek. Wpakowałem w to najwięcej fajerwerków ile się dało, a ty się ZNUDZIŁAŚ? - w głosie Francuza zabrzmiała dogłębna uraza.
- No właśnie! Wybuchło i co dalej?
Mężczyzna westchnął wręcz z frustracją.
- Mam niepokojące wrażenie, że ciężko cię zabawić na dłuższą metę - stwierdził. - Ale przynajmniej miałem okazję zmierzyć nowy rekord w szybkości odcinania sobie kciuka.
- Był już złamany, więc się nie liczy - zauważyła Erro. - Mierzyłeś już wcześniej komuś czas, gdy odcinał sobie palec?
- Może - Francuz wzruszył ramionami, rozglądając się po dziwnym korytarzu przypominającym przejście techniczne. - Wiesz w ogóle gdzie jesteśmy?
- W jednym z wielu przejść ewakuacyjnych - wyjaśniła Wendigo. Ruszyli przed siebie spacerem, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. - Pod każdym miastem zbudowano podobną siatkę labiryntów. Niektóre łączą się z kanałami i zwykle są przejściami dla pracowników. Ogólnie jednak mało osób o nich jeszcze pamięta.
- A ty się o tym dowiedziałaś...?
- Od znajomej Polki - zatrzymała się na rozdrożu, zastanawiając się czy dobrze idzie. W końcu skręciła w lewo, a Sylve za nią. - Pomogła mi się dostać do Megalopolis bez papierów. Dalej nie mam pojęcia, jak ona to wszystko pamięta... Nie pamiętam, by miała przy sobie jakąś mapę.
- Podobno Polacy to cudotwórcy. Cholera wie, co potrafią - Levi wyciągnął telefon. - Może Kolczatka nas stąd wydostanie.
- Potrafisz mu opisać swoje położenie? Albo sprawić, by sygnał z telefonu przebił się na powierzchnię?
- To może ta twoja znajoma nam pomoże?
- Próbuję właśnie rozkminić, którędy trafimy do Nory - odparła Erro. - Stamtąd już sami damy sobie radę. Ale całkiem możliwe, że na nią trafimy.
- TEJ Nory? - Sylve uniósł powątpiewająco brew. - To nie tak, że od jakiegoś czasu nie należy do Fery i Szczurów? Że mogą nam tam wklepać za powiedzenie ,,Dzień dobry"?
Miał rację. Nora była od kilku miesięcy neutralnym gruntem. Co do samej istoty tego miejsca, nie było to nic innego jak spory podziemny garaż, służący jako kryjówka i punkt zborny. Kryli się tam głównie przemytnicy, razem z ciężarówkami czekającymi na transport nielegalnych towarów, oraz najemnicy liczący na pracę od tych pierwszych. Pandora osobiście była tam tylko trzy razy, zawsze w poszukiwaniu UNK32-1, więc nie kojarzyła tych wizyt zbyt dobrze. Nie miała pojęcia na kogo trafią tam tym razem. Miała cichą nadzieję, że ktokolwiek to będzie, będzie na łasce Heli. A przy tym liczyła na to, że Polka kojarzyła ją na tyle dobrze, by przeprowadzić ich bez problemu.
- Bez obaw, querido - uśmiechnęła się. - Przynajmniej nie jest nudno.
W głowie Pandory dokonał się krótki, pozbawiony zbędnej matematyki bilans strat i zysków. Straty: dała się złapać (czym prawdopodobnie podkopała swoją karierę, ale o tym pogada jeszcze z cyborgiem, Niemcem i Isati) i podporządkować konkretnej organizacji. Jakkolwiek by jej to nie gryzło jeszcze przed kilkoma godzinami, teraz bez wątpienia wyszła na zero. Leviathan nie zawiódł jej oczekiwań, w co od samego początku nie wątpiła. Jeśli praca dla Szczurów oznaczała podobną rozrywkę, nie zamierzała narzekać.
- TAK! - wydarł się nagle Francuz. Erro drgnęła i spojrzała na niego pytająco. - Podpis! - Sylve wskazał jej palcem ocalałą część sporego hallu. Faktycznie, ściana za kontuarem, pomimo uszczerbku, nadal stała, a na niej widniał staranny malunek Berthiera, dumnie głoszący kto jest odpowiedzialny za ten piękny widok: Leviathan & Erro Company.
Brazylijka zaśmiała się głośno, jakby z tryumfem. Kilku gapiów spojrzało na nią z niepokojem i odsunęło się o krok. Sylve przejął się tym mniej - chyba już rozgryzł z kim ma do czynienia i podobne zachowanie nie robiło na nim większego wrażenia.
- To zdecydowanie lepsze od tamtej foki - powiedziała, gdy w końcu się uspokoiła. Jej głos zachrypł od wdychanego podczas eksplozji pyłu.
- To była foka? - Sylvain spróbował przypomnieć sobie stare logo, obecnie zakryte przez jego dzieło. - A nie delfin?
- Delifn, foka, manat, wszystko jedno - Erro splunęła na chodnik czując zbierające się po językiem drażniące drobinki. - Było paskudne.
- Oui - zgodził się z uśmiechem Levi. - Elizjum ma szczęście, że nie musi tego więcej oglądać.
Po tych słowach skinął głową w stronę martwej, zakorkowanej ulicy i ruszyli przed siebie. Nie ma większej przyjemności niż obserwowanie swojego dzieła w pełnej krasie, jednak ta drobna, podzielona między dwójką wariatów cząstka zdrowego rozsądku radziła im oddalić się na bezpieczną odległość, zanim zaczną się pytania. Dym z odcieni fioletu, zieleni i innych barw wrócił do normalnego stanu ciężkiej, burej mieszaniny dymu i pyłów. Zanim skręcili za róg, do ich uszu dotarł ostatni głuchy odgłos walącej się ściany.
- Moglibyśmy założyć spółkę renowacyjną - rzucił nagle Francuz. - Nazwę już mamy.
- Co rozumiesz przez ,,renowację"?
- No wiesz, odnowę wizualną. Place zabaw, parki miejskie, parkingi - mężczyzna wyliczył wszystko na palcach. - Miasto od czasu do czasu funduje odnowę takich obiektów. Ale zanim ktoś je odbuduje, ktoś je musi najpierw zburzyć. I to dokładnie, centymetr po centymetrze.
- Poważnie chciałbyś burzyć coś na zlecenie? Z podpisem urzędu? LEGALNIE? - w zachrypnięty głos Pandory wkradało się coraz większe niedowierzanie.
Leviathan zastanowił się chwilę, jakby dopiero teraz zwrócił na to uwagę.
- Faktycznie. Nie chciałbym - stwierdził. - Zakazy są zabawniejsze.
Szli przed siebie bez celu, wszak komu było coś podobnego potrzebne? Na pewno nie człowiekowi ich pokroju. Powrót do bazy odpadał, a przynajmniej nie w linii prostej - Pinheiro była zbyt nabuzowana sukcesem. Sylvain, prawdopodobnie nieumyślnie, uzbroił bombę. Destrukcja to było za mało, Pandora chciała od tego wypadu czegoś więcej. Wrażenie to potęgował fakt, że wszystko uszło im bezkarnie. Zakazy są zabawniejsze. Kobieta CHCIAŁA by ktoś ją ścigał. Ucieczka nie była tak satysfakcjonująca bez dyszących w kark psów chcących rozerwać cię na strzępy. Ale psiaki pomimo podpisu wcale nie szukały sprawców...
W którymś momencie minęły ich dwie furgonetki policyjne, ale Szczury chyba nie zwróciły na siebie zbytniej uwagi. Erro poczuła się lekko urażona, że budynek jest bardziej ważny od niej, ograniczyła się jednak tylko do odprowadzenia drugiego pojazdu wzrokiem i splunięcia za nim. Kiedy się zorientują? Kiedy ktoś ją rozpozna? Gardło zaczynało ją drapać, gdy wzięła kilka sfrustrowanych oddechów. Zirytowana ostatecznie stwierdziła, że poradzi sobie bez tlenu aż się czegoś napije. Pozostało jej jedynie pluć tynkiem zbierającym się w ślinie. Francuz oczywiście to zauważył i szybko połączył fakty.
- Mogłem wziąć jakąś drugą maskę zanim wyszliśmy - stwierdził.
- Po co? - zachrypiała, ironicznie do wypowiedzi.
- Domyślam się, że byle kurz cię nie zabije, ale to pewnie cholernie irytujące...
- A tam - Erro machnęła niedbale ręką. - Następnym razem po prostu zapamiętam, by nie oddychać. Z głupa musiałam wziąć kilka wdechów. Pewnie przez emocje.
- Słyszałem w życiu już sporo, ale chyba po raz pierwszy spotkałem się ze stwierdzeniem, że można wziąć oddech ,,z głupa" - Sylve uśmiechnął się lekko.
- Nawet chodzący trup ma prawo do błędów, tak? - uderzyła go po przyjacielsku w ramię. - Po prostu konsekwencje nie są takie poważne.
Konsekwencje. Słowo to zlało się w jedno z kolejnym radiowozem, torującym sobie powoli drogę przez zakorkowaną ulicę. Kierowcy widząc błysk świateł i słysząc syreny próbowali zgodnie z przepisami ustąpić policji miejsca, jednak szło im to topornie przez ciasnotę. Nic nie zapowiadało się na to, by policjanci mieli ich zatrzymać, bo niby za co? Ukryty pod mundurem pistolet zaciążył kusząco. Zerknęła kątem oka na Sylve. Dopiero co przekonała się, jak bardzo miał w nosie ryzyko i to chyba jej się najbardziej w nim podobało. Nie miał nic do stracenia, podobnie jak ona. Mieli ten wyjątkowo nie fair wobec reszty ludzkości immunitet co do ilości dopuszczalnych błędów, zanim zabiją się na dobre (o ile kiedykolwiek do tego dojdzie). Co im szkodzi...?
Zanim zorientowała się co właściwie robi, wyciągnęła broń i strzeliła trzy razy w stronę tylnej szyby. Levi zamarł w bezruchu, kilku przechodniów krzyknęło, zza rogu wychyliły się drony policyjne zaalarmowane wystrzałami, z radiowozu wysiedli policjanci, od razu szukający osłony za pojazdem. A na ustach Wendigo pojawił się zbójecki uśmiech.
- Nie wiem, czy zauważyłaś... - zwrócił jej uwagę Sylve. - Ale właśnie pociągnęłaś trzykrotnie za spust pistoletu. Celując w radiowóz.
Roboty ruszyły biegiem, ostrzegając przed wyciągnięciem własnej broni. Erro chwyciła Francuza za rękaw i ruszyła biegiem w górę ulicy. Zgodnie z groźbami, niedługo potem drony strzeliły, pudłując dla ostatecznego ostrzeżenia.
- Często najpierw strzelasz, a potem się tłumaczysz? - zapytał Leviathan, próbując wyciągnąć sens z zachowania towarzyszki.
- Gdybym tego nie zrobiła, nie miałabym się z czego tłumaczyć w pierwszej kolejności - odpowiedziała Pinheiro.
- Pewnie i tak nie zamierzasz tego robić, prawda?
- Zgadza się, querido - kobieta gwałtownie skręciła w bok, wpychając się do jakiejś restauracji.
Kelner sprawdzający rezerwację odruchowo chciał zaproponować gościom stolik, ale urwał w połowie zdania i zaklął po francusku, gdy Pandora przebiegła obok niego, potrącając jakąś kobietę. Sylvain przeprosił go, nie zwalniając kroku. Wolał nie zgubić w tym momencie Erro. Nagle Brazylijka odwróciła się w jego stronę niebezpiecznie unosząc pistolet. Krzyknęła jednak krótko ,,Na bok!" i mężczyzna instynktownie jej posłuchał. Strzeliła kilkakrotnie w robota policyjnego w drzwiach, który zatrzymał się, na chwilę spowalniając resztę. Szczury wpadły do kuchni, gdzie przeskoczyły dwa blaty, wystraszyły przy tym kucharzy i ostatecznie wbiegły do pierwszych drzwi na swojej drodze - chłodni.
Berthier słysząc wchodzące do kuchni roboty od razu schował się za ścianą przy framudze, a Erro za drzwiami. Bez większego namysłu trzasnęła nimi z całej siły, słysząc szczęk zamykanego automatycznie zamka... i równocześnie poczuła przeszywający ból w dłoni. Zmięła w ustach przekleństwo. Jej kciuk utknął, zatrzaśnięty przy zawiasie ciężkich drzwi. Pomimo tego kobieta nie zamierzała próbować ich uchylić, byłoby to co najmniej głupie. Sylve syknął boleśnie i chwycił się za własną dłoń.
- A mama mówiła: nie wpychaj... - zaczął.
- Daruj sobie, proszę - rzuciła z niepokojącym uśmiechem Pinheiro i bez dłuższego zastanowienia wyciągnęła składany nóż. Sylvain uniósł jedną brew. - Co? - spytała rozkładając ostrze.
- Nic, nic - stwierdził. - Poszukam jakiegoś wyjścia... już kilka razy zdarzyło mi się spędzić noc w chłodni. Nie takiej, ale i tak nie podoba mi się ten pomysł.
- Powinna być gdzieś tutaj ukryta klapa - poinstruowała go Erro, przymierzając się do cięcia.
- Byłaś już tutaj?
- Może. Szukaj nierównych kafelków. Ja mam pewien problem, nad którym muszę się teraz skupić zanim gliny wyważą te drzwi i rozwiążą go za mnie.
Francuz zasalutował i zaczął przepychać się między zwisającym z sufitu mięsem. Pandora wzięła tymczasem głęboki, drapiący w podrażnionym gardle wdech (bardziej odruchowo niż z potrzeby) i zaczęła ciąć. Oczywiście bolało. Nie tak mocno, jak normalnego człowieka - większość ludzi nie byłaby w stanie odciąć sobie samodzielnie palec i nie zemdleć. Wendigo znała co prawda zdolnych do tego twardzieli, ale oni mieli za sobą długie szkolenie, dłuższe od jej własnego. Byli przygotowani na podobne sytuacje, co nie umniejszało jednak podziwu mutantki. W przeciwieństwie do nich, jej tkanki były częściowo obumarłe, w tym i przecinające wszystko nerwy. Na dodatek ona nie żegnała się ze swoim palcem na zawsze.
- Coś tu mam! - zawołał Leviathan. Zza przeklętego metalu tymczasem dobiegały głuche, niepokojące odgłosy. Najwyższa pora...
Drzwi chłodni zatrzęsły się od uderzenia. Nóż zjechał przez to z kursu. Pandora zaklęła, tym razem na głos.
- Złaź na dół! - odpowiedziała. - Zaraz cię dogonię... jeszcze tylko... chwila... - przestała się już przejmować precyzją.
Sylvain odchylił klapę, upewnił się, że się nie zatrzaśnie za nim i zeskoczył w ciemny tunel. Wendigo tymczasem udało się już wjechać ostrzem w pękniętą kość. Nie miała czasu piłować palca, więc wykorzystała istniejące uszkodzenie. Nożem poszerzyła pęknięcie i w końcu przeszła przez połowę. Z resztą poradziła sobie dużo szybciej. W minutę, gdy drzwi zdążyły się zatrząść się jeszcze trzy razy, dobiegła do klapy i skoczyła w dół, zamykając ją za sobą. Gdy roboty wpadły do środka, zastały jedynie mrożone mięso.
W oczy kobiety zabłysła latarka.
- Wszystko w porządku, mon cher? - zapytał Sylve.
Z tym samym wariackim uśmiechem uniosła do góry lewy kciuk, dopiero po chwili orientując się, że to właśnie jego połowa została na górze.
- Odrośnie - machnęła niedbale ręką.
- Chodziło mi raczej o powód strzelania do policji...
- Pffft. Mi nie potrzeba powodów, by zacząć do kogoś strzelać.
- Czyli powodem jest brak powodu?
- Dokładnie - kobieta skinęła głową z całkowitą powagą. Po chwili zdecydowała się jednak doprecyzować: - Nudno się zrobiło.
- Wysadziliśmy w powietrze budynek. Wpakowałem w to najwięcej fajerwerków ile się dało, a ty się ZNUDZIŁAŚ? - w głosie Francuza zabrzmiała dogłębna uraza.
- No właśnie! Wybuchło i co dalej?
Mężczyzna westchnął wręcz z frustracją.
- Mam niepokojące wrażenie, że ciężko cię zabawić na dłuższą metę - stwierdził. - Ale przynajmniej miałem okazję zmierzyć nowy rekord w szybkości odcinania sobie kciuka.
- Był już złamany, więc się nie liczy - zauważyła Erro. - Mierzyłeś już wcześniej komuś czas, gdy odcinał sobie palec?
- Może - Francuz wzruszył ramionami, rozglądając się po dziwnym korytarzu przypominającym przejście techniczne. - Wiesz w ogóle gdzie jesteśmy?
- W jednym z wielu przejść ewakuacyjnych - wyjaśniła Wendigo. Ruszyli przed siebie spacerem, jakby nigdy nic się nie wydarzyło. - Pod każdym miastem zbudowano podobną siatkę labiryntów. Niektóre łączą się z kanałami i zwykle są przejściami dla pracowników. Ogólnie jednak mało osób o nich jeszcze pamięta.
- A ty się o tym dowiedziałaś...?
- Od znajomej Polki - zatrzymała się na rozdrożu, zastanawiając się czy dobrze idzie. W końcu skręciła w lewo, a Sylve za nią. - Pomogła mi się dostać do Megalopolis bez papierów. Dalej nie mam pojęcia, jak ona to wszystko pamięta... Nie pamiętam, by miała przy sobie jakąś mapę.
- Podobno Polacy to cudotwórcy. Cholera wie, co potrafią - Levi wyciągnął telefon. - Może Kolczatka nas stąd wydostanie.
- Potrafisz mu opisać swoje położenie? Albo sprawić, by sygnał z telefonu przebił się na powierzchnię?
- To może ta twoja znajoma nam pomoże?
- Próbuję właśnie rozkminić, którędy trafimy do Nory - odparła Erro. - Stamtąd już sami damy sobie radę. Ale całkiem możliwe, że na nią trafimy.
- TEJ Nory? - Sylve uniósł powątpiewająco brew. - To nie tak, że od jakiegoś czasu nie należy do Fery i Szczurów? Że mogą nam tam wklepać za powiedzenie ,,Dzień dobry"?
Miał rację. Nora była od kilku miesięcy neutralnym gruntem. Co do samej istoty tego miejsca, nie było to nic innego jak spory podziemny garaż, służący jako kryjówka i punkt zborny. Kryli się tam głównie przemytnicy, razem z ciężarówkami czekającymi na transport nielegalnych towarów, oraz najemnicy liczący na pracę od tych pierwszych. Pandora osobiście była tam tylko trzy razy, zawsze w poszukiwaniu UNK32-1, więc nie kojarzyła tych wizyt zbyt dobrze. Nie miała pojęcia na kogo trafią tam tym razem. Miała cichą nadzieję, że ktokolwiek to będzie, będzie na łasce Heli. A przy tym liczyła na to, że Polka kojarzyła ją na tyle dobrze, by przeprowadzić ich bez problemu.
- Bez obaw, querido - uśmiechnęła się. - Przynajmniej nie jest nudno.
Sylve? Wybacz, że tak bez ładu i składu. Zupełna improwizacja > <
sobota, 3 czerwca 2017
Od Pandory (CD Matthiasa) - No cóż...bywa
Słońce zaszło. Zostawiło Erro samą ze swoimi zamiarami w wszechogarniającej ciemności. A przynajmniej w takim stanie znajdowała się na swoim obecnym stanowisku. Gdyby skręciła i przeszła kilkanaście metrów, zalałyby ją światła reflektorów samochodowych, eleganckich lamp ulicznych i gwar przechodniów. To nie było Elizjum czy Shangri-La - tutaj światła były białe, a turyści znikomi. Dawało to wrażenie typowej europejskiej metropolii, jak Budapeszt, może Monachium. W większości trafiało się więc na miejscowych, ale ponieważ to było Megalopolis - prawdopodobnie najbardziej zróżnicowana kulturowo aglomeracja na Ziemi - ktoś nowy i tak czuł się tu zagubiony, słysząc mieszaniny angielskiego, hiszpańskiego, włoskiego, francuskiego, a nawet niemieckiego, czyli pięć filarów Europy.
Pandora nigdy nie była w Europie. Budapeszt widziała tylko ze zdjęć, a o Monachium tylko słyszała gdy szukała pewnych istotnych dla siebie informacji. Jedyną okazję gdy mogła gdzieś wyjechać wykorzystała na wstąpienie do BOPE. Nie mogła przyznać, że był to czas zmarnowany, bo to kłamstwo niemiłosiernie gryzłoby ją w język. A teraz siedziała w Edenie, klejnocie koronnym europejskich miast, chociaż nawet nie leżał na tym swoim osławionym kontynencie. Skoro korona stworzenia ludzkiego wyglądała tak, a nie inaczej, wolała nie wiedzieć jaki syf był w tej właściwej Europie.
Trasą, którą ona obrała, nie kierował się prawie nikt - w bocznych uliczkach Edenu nie było nic bardziej fascynującego od głównych alei. Mijała jedynie takich samych jak ona samotników: zakapturzeni, wgapieni w ziemię, prawdopodobnie z pokątnymi zamiarami. Możliwe nawet, że jeszcze mniej szczytnymi niż zamiary Pinheiro. Ona przynajmniej miała w planach zamordować kogoś, kto na to w zupełności zasłużył, czego reszta Nieoficjalnego Związku Zaułkowiczów nie mogła zapewnić. Mogło im się wydawać, że robią coś dobrego. Mogli też doskonale zdawać sobie sprawę, iż wyrządzają samo zło. Trzecimi targały sprzeczne poglądy na temat własnego postępowania. Erro podobnych problemów nie posiadała. Gdyby przystanęła by przemyśleć ile dokładnie w tym co robi jest dobra, a ile zła, ruszyłaby się stąd dopiero rano, nie dochodząc do żadnych pomocnych wniosków. Ostatecznie i tak stwierdzała, że była po prostu szalona. To w dzisiejszym świecie tłumaczyło wszystko.
Ifryt ustawiła miejsce handlu w, logicznie zresztą, wyjątkowo rzadko uczęszczanym miejscu. Nic nowego, wszystkie podobne układy według niezmiennej reguły urządzano gdzieś, gdzie mało kto nos wciska. Pandora brała (nieproszony) udział w tylu już podobnych do siebie sytuacjach, że zaczynało ją już zastanawiać dlaczego policja dalej ma trudności z wyłapywaniem przestępców. Wszyscy popełniali te same błędy, szukali tych samych sposobów na rozwiązywanie swoich spraw - to było po prostu śmieszne. Jeszcze bardziej kobietę bawił fakt, że zrozumiała to dopiero gdy sama zajęła się nielegalną działalnością. To tak, jakby policyjną odznakę nosiło się na oczach, nie sercu. Idiotyczne, ale prawdziwe. W każdym razie, Erro nie miała innego wyboru, jak pójść tam i złożyć jej w końcu wizytę. Odwiedzanie obsadzonych ludźmi magazynów stało się już nudne. Ochrona nie miała zielonego pojęcia jak się za nią zabrać, zwłaszcza gdy brazylijka nie wykazywała żadnego zainteresowania faktem, że jest pod ostrzałem. Wariatom po prostu jest wszystko jedno, a Wendigo na dodatek doskonale zdawała sobie sprawę, iż wyjdzie z tego cało, prawdopodobnie jako jedyna.
Zbliżając się do punktu docelowego skręciła w stronę schodów przeciwpożarowych i zaczęła wspinać się na dach. Podchodzenie pod sam magazyn nie miało sensu - nawet żółtodziób nie zrobiłby tak idiotycznego błędu, a tym bardziej nie zamierzała tego zrobić profesjonalistka. Eden miał jedną zasadniczą przewagę nad resztą miast Megalopolis: dostanie się z jednego dachu na drugi nie stanowiło najmniejszego problemu dzięki piętrowej budowie metropolii. Między niektórymi budynkami budowano całe ulice, nie wspominając o niezliczonej ilości kładek, szerszych spacerniaków i tuneli dla przechodniów. Niektóre części miasta przypominały gigantyczną galerię handlową pod otwartym niebem, pozbawioną jakiegokolwiek ruchu ulicznego, biegnącego kilka pięter poniżej na prawdziwym, stałym gruncie. Pod względem ułatwiania mobilności dorównywało jedynie Dżannah ze swoimi słynnymi łukowymi mostami. Budynek, który teraz miała na myśli Pinheiro, nie był wysoki, jak na standardy Edenu, a z zewnątrz przypominał przybudówkę. Dach, na który wyszła po plątaniu się przez puste klatki schodowe aż do drabiny, przypominał więc balkon wielkości dwóch boisk do koszykówki. Pewnie w przyszłości gdy miastu znowu będzie grozić przeludnienie, zaczną tu budować kolejne piętra. Zaskakująco dużo wieżowców w przeszłości było niskimi blokami mieszkalnymi. Zaleta płaskich dachów - nie musisz koniecznie kończyć budowy dzisiaj. Dopiero gdy pułap sięgał wytyczonej jakiś czas temu przez władze granicy, oznaczano budynek jako ,,w pełni skończony”, czy też ,,niezdatny do dalszej rozbudowy”. Ale przecież można było jeszcze połączyć wyższe piętro z piętrem innego budynku o podobnej wysokości i stworzyć więcej miejsca. Eden był jak jedna wielka plansza do klocków Lego. Kiedyś miejsce się skończy, a wtedy miasto zacznie się rozbudowywać na terenach podmiejskich i rolniczych.
Oczywiście to miało zacząć się dopiero za kilkadziesiąt lat. Nie musimy się niczym przejmować, prawda? Kto inny będzie to miał na głowie.
Kobieta podeszła spokojnie do krawędzi dachu i spojrzała na lekko wypukły, gładki dach magazynu. Miała idealny widok na przód budynku z szerokim, półkolistym starym świetlikiem pod krawędzią dachu. Przez pozbawione kilku szyb okna widać było oświetlone wnętrze. Lampy nieco zaskoczyły Erro. Gdy jednak dojrzała rozstawionych przy przejściach uzbrojonych ludzi, w większości z zasłoniętymi twarzami, doszła do wniosku, że Isati najwyraźniej wzięła sobie wszystkie jej wybryki na poważnie i przyjęła więcej środków ostrożności. Urocze.
I tak jej nie pomogą, wyszeptała do siebie w myślach. Już dawno temu miała się wziąć za zabicie etiopskiej królowej. Obecnie bardzo żałowała, że nie zajęła się tym gdy jeszcze była w Megalopolis księżniczką. Ale wtedy nie zajmowała się handlem UNK32-1, czyli - w pojęciu Pandory - mogła jeszcze pożyć. Teraz sprawy miały się inaczej. Tym razem nie mogła liczyć na litość.
Jak można wnioskować po powyższym opisie, kobieta była niesamowicie pewna siebie przystępując do swojej roboty. W końcu miała przed sobą to samo zadanie co zawsze: pozbyć się celu i zamanifestować swoje zdanie na temat handlu jej zmutowanymi komórkami poprzez dalsze doprowadzanie cudzego imperium do kompletnej ruiny. Zabójstwo Ifryt miało być tylko początkiem. Za tym jednym strzałem ciągnęła się konieczność dopilnowania, by wielkie dzieło budzącej postrach cesarzowej upadło zanim ktoś podejmie się próby kontynuacji. A to znowu ciągnęło za sobą co najmniej kilka kolejnych kul do karabinu. Nie czekając na przyjazd swojego celu, przyklękła przy murku otaczającym krawędzie dachu, zdjęła z pleców karabin i sprawnym ruchem ustawiła lunetę równocześnie ustawiając broń do czystego strzału. Przez pozostały czas śledziła wszystko w dole przez celownik.
Pewność siebie nie zniknęła wraz z przyjazdem opancerzonej limuzyny. Nie zniknęła też gdy Pandora zobaczyła kto wyszedł z magazynu na spotkanie Isati. Średniego wzrostu facet w czarnym kombinezonie, w ręku nowoczesna strzelba, a na twarzy maska przeciwgazowa. W przestępczym świecie każdy szanowany kryminalista przynajmniej słyszał o tych bardziej szanowanych od reszty. A Jäger bez wątpienia zaliczał się do tej drugiej grupy. Wendigo uśmiechnęła się z niejaką dumą. Na temat Niemca znalazła wiele, a wszystko wskazywało na to, że przyszło jej stawić czoła drugiemu profesjonaliście, również z wojskowo-policyjnym przeszkoleniem. Żeby było jeszcze ciekawej, w roli mężczyzny z reguły leżało niszczenie planów ludzi pokroju Erro. Kobieta trafiła więc na swoje największe przeciwieństwo. To z kolei oznaczało, że Isati w jakiś sposób się jej obawiała. Miała więc niezaprzeczalne prawo czuć dumę z osiągnięcia jednego ze swoich podstawowych celów.
Ifryt wyszła z samochodu w asyście wysokiego blondyna. Ten jednak został przy wozie, a drogę do magazynu kobieta przebyła w towarzystwie Jägera. Jeden z najemników Niemca wyciągnął z bagażnika skrzynkę, przypominającą trochę pojemnik na butelki - ekstrawaganckie, cholernie drogie butelki, sądząc po zabezpieczonej pokrywie. Brazylijka uśmiechnęła się ponownie. Bingo.
Cały czas śledziła przez lunetę każdy krok Etiopki, aż zniknęła w magazynie. Mogła strzelić wcześniej. To nie był dla niej kłopot. Ale Pandora była cierpliwa. Po pierwsze: wolała nieco zwiększyć dystans, a po drugie: była ciekawa kto jest kupującym. Istniała bowiem spora szansa, że kupiec także babrał się w handlu UNK32-1. Od razu mogłaby ruszyć jego śladem i dręczyć go aż dotarłaby do takiej samej sytuacji jak ta. A potem znowu uczepiłaby się kolejnego kupca, i kolejnego, i tak aż do czasu, gdy z czarnego rynku zniknie jakakolwiek jej pozostałość. A jeszcze później...cóż, tak dalekosiężnych planów JESZCZE nie posiadała. Ale trzeba będzie coś sobie znaleźć. Potem. Potem, gdy skończy sprawę z Ifryt, powiedziała sobie stanowczo, jak zawsze sobie mówiła przy robocie.
Gdy uniosła celownik przez świetlik, ze zdumieniem odkryła, że przegapiła pojawienie się kupca. W środku na Isati czekała już...półnaga brunetka. Takich rzeczy raczej nie widuje się na co dzień, a przynajmniej jeśli nie posiadasz rozrywkowego stylu życia. Żeby dopełnić dzieła zaskoczenia Erro po całości, obok nieco za nią stał najprawdziwszy cybernetyczny żołnierz. W przeciwieństwie do brunetki, takich jak on akurat przychodziło jej niegdyś widzieć dosyć często. BOPE (jak każda z szanujących się organizacji antyterrorystycznych) zatrudniała podobnych mu zmechanizowanych żołnierzy. Miała nawet w swoim oddziale jednego z nich i pomimo stereotypów okazał się bardzo przyjemnym facetem. Co prawda nie potrafił normalnie żyć i raczej nie wychodził z kumplami na miasto, ale przynajmniej nie negował żadnych rozkazów i zawyżał średnią inteligencji całej ekipy. Ale czarny cyborg obecny w magazynie stanowczo różnił się od jej niegdysiejszego towarzysza. Nie znała się na blaszakach, ale podstawowa różnica chyba polegała na ,,modelu”. To nie był zwykły cyborg-żołnierz. Najbardziej zastanawiającym i niepokojącym był już sam fakt, że nie miał przy sobie żadnej broni palnej. Za to posiadał noże (na pewno te dwa przy udach nie były jedynymi)...oraz miecz. Świat chyba najwyraźniej nigdy nie przestanie sobie z Erro kpić.
Dalsza część była tylko oczekiwaniem. Oczekiwaniem przepełnionym niezdrową dla ludzkiego umysłu euforią spowodowaną wizją spełnienia upragnionego celu. Niezdrową pod względem tego, czym właściwie był cel Wendigo. Normalny człowiek nie powinien cieszyć się na myśl o morderstwie. To w końcu ,,nieludzkie”. I to właśnie było głównym powodem, dla którego w opinii publicznej Pandora nie była już przedstawicielką homo sapiens. Ale i człowiek w pewnym sensie jest zwierzęciem, a kobieta znała okrutną prawdę na temat podstawowej różnicy między tymi dwoma gatunkami: zwierzęta zabijają z potrzeby, a człowiek...człowiek może mieć różne powody. To czyni go potworem, bo według wszelkich wpajanych od dziecka bajek i legend tylko potwór mógł cieszyć się ze śmierci, która nie dawała mu żadnego pożytku. Erro BYŁA potworem. Jäger BYŁ potworem. A już zwłaszcza Ifryt BYŁA potworem. Co do tego Pandora nie miała najmniejszych wątpliwości. A skoro wszyscy są potworami, to brak jednego chyba może już tylko pomóc, co znowu nie oznaczało zabójstwa jako czegoś w jakimkolwiek stopniu dobrego. Tak sobie właśnie żyła w tym świecie paradoksów i bezsensu, a fakt, że wszystko i tak nie jest całkowicie dobre lub całkowicie złe, dostatecznie ją oddalał od prób rozmyślania na ten temat. Nie ma innego wyboru, jak się dostosować.
Utkwiony w tyle głowy Isati celownik musiał już chyba przewiercać ją na wylot. Tak przynajmniej czułaby się na jej miejscu Wendigo. Że też nic ją tam nie zaswędziało - stała pewnie, z słusznie przypisywaną jej dumą i pewnością siebie. Jak miło będzie patrzeć na jej upadek. Na bryzg krwi padający na jej rozmówczynię. Na panikę w postawie Jägera i podejrzanego cyborga...
Którego już tam nie było.
Umysł kobiety, skupiony na swoim celu, pominął wszelkie potencjalne inne. Liczyła się tylko śmierć Ifryt, która przysłoniła jej część horyzontu niczym klapki przy uździe konia pociągowego. Pomiędzy ,,zobaczeniem” czegoś, a ,,zauważeniem”, wbrew pozorom istnieje stanowcza różnica. Całkiem możliwe, że zobaczyła iż w miejscu cyborga stał teraz jeden z ludzi Jägera. Po prostu tej zmiany nie z a u w a ż y ł a. Jakaś część umysłu odpowiadająca za profesjonalizm musiała zwrócić na to uwagę, ale pozostałość dała się zaaferować ogromem przedsięwzięcia. Tak więc te kilka szarych komórek przejechało sobie ręką po twarzy z westchnieniem i pogodziła się z losem. Chłopaki, gwóźdź do trumny - na miejscu. Teraz czekamy na młotek.
Nadszedł, gdy brunetce przekazywano skrzynkę z UNK32-1. Wendigo ostatecznie przygotowana do strzału po raz ostatni uśmiechnęła się paskudnie. Żegnaj, Ifryt. Szkoda, że nie mogłyśmy tego omówić w cztery oczy, pomyślała biorąc wdech i wciskając spust...
W tej samej dokładnie chwili w jej dłoń wbił się ciśnięty z niebywałą wprawą nóż.
Erro bardziej z zaskoczenia niż bólu szarpnęła lekko w bok. Ciszę wokół niej przerwał głuchy od tłumika wystrzał, ale kula przebiła szybę zbaczając z trasy...i to bardziej niż powinna, jeśli prawa fizyki nadal stały po jej stronie.
- Co jest, do cholery - pomyślała na głos, niemal dostrzegając nienaturalną trajektorię lotu, zbytnio ściągniętą ku dołowi, ale wiedziała, że teraz nie powinna się tym przejmować. Zerwała się na nogi odrzucając na ziemię nóż i obracając lufę w stronę, z której nadleciał. Błyskający przytłumioną czerwienią cyborg spodziewał się tego, uskakując w bok tuż przed kolejnym strzałem, nie mniej jednak dalej biegnąc w jej kierunku.
Pinheiro zaklęła wyszarpując pistolet, z zupełnego już bliska ponownie naciskając spust, ale mężczyzna chwycił jej przegub i pociągnął w dół, po czym walnął ją bezpardonowo łokciem w twarz. Zadziałało - cofnęła się do tyłu, gubiąc broń i wpadła na murek. Słysząc ostrzegawczy, dobrze znany nożownikom odgłos wysuwanego z pochwy ostrza, uskoczyła w bok przed wprawnym cięciem lekko zakrzywionego bagnetu. Unik nie wytrącił cyborga z równowagi, na co odrobinę liczyła. Nie mając lepszych pomysłów, wyszarpnęła własny nóż. A co mi tam - pojedynek z profesjonalnym nożownikiem, wielkie halo, pomyślała. Jego palce są metalowe, a moje odrastają. Całkiem zabawne. Nie mogła z nim walczyć w nieskończoność, opcji pokonania cyborga nawet nie brała pod uwagę. Musiała uciec. Ifryt i Jäger musieli usłyszeć trzask szkła i za chwilę po klatce schodowej przebiegnie banda najemników. A skoro stojący jeszcze niedawno na dole ochroniarz kupca był tuż obok niej...
To była pułapka. Paskudna, cholernie udana zasadzka na Wendigo. A żeby cię piekło pochłonęło, Isati, albo cokolwiek jeśli już tam byłaś.
Teraz ucieczka była już jedyną opcją. Jednak odwrócenie się plecami w tym momencie biorąc pod uwagę celność rzutu jej przeciwnika była więcej niż głupotą. Musiała go wykiwać, znaleźć sposób, by na chwilę odwrócił od niej uwagę. Zerknęła mimowolnie w stronę porzuconego pistoletu, ale cyborg niedbale odkopnął go dalej za siebie, nawet na niego nie patrząc. Była niemal pewna, że rzucał jej w ten sposób wyzwanie. Wygra, jeśli odzyska broń. I wtedy ją olśniło - wszyscy ludzie Jägera i Ifryt poszli w jej stronę. Po co biec w tym samym kierunku, jeśli możesz skoczyć w przeciwnym? Wyjdą na dach, a jej już tu nie będzie.
Ale nadal stał przed nią ten przeklęty cyborg, który zrujnował wszystko. Najwyraźniej zamierzał popsuć jej także ucieczkę. Lepszego wyjścia niestety nie widziała. Uśmiechnęła się więc do niego, jakby brała udział w najzwyklejszym sparingu i rzuciła krótkie:
- Ładny nożyk. Prezent od kogoś ważnego?
Pytanie głupie i bynajmniej nie na miejscu, ale nawet te krótkie i pozbawione sensu mogą kupić ci odrobinkę przewagi, bo mózg przeciwnika mimowolnie się nad tym zastanowi na tą jedną, jedyną sekundkę zanim je odrzuci. Cyborg nie był w całości robotem, więc dalej myślał jak człowiek. Gdy więc wydawał się mrużyć mechaniczne oczy Pandora bez namysłu rzuciła się w jego stronę i cięła od dołu. Głupi ruch. Po prostu usunął się w bok, ale za jego śladem szybko podążyła zaciśnięta na rękojęści uniesiona do góry pięść. Znowu złapał ją za przedramię, ale tym razem się tego spodziewała. Przerzuciła nóż zanim jeszcze przymierzyła się do ciosu i dźgnęła wolną ręką. Mężczyzna nie miał innego wyboru jak znowu wykonać unik, jednak niemal natychmiast znowu go zaatakowała. W normalnej walce w życiu by sobie nie pozwoliła na taką ,,bezmyślną szarżę”, jednakże w przypadku jej obecnego przeciwnika było to jak najbardziej na miejscu. Nic tak nie frustruje profesjonalisty jak amator, który bezmyślnie brnie naprzód. Cyborg bez wątpienia posiadał taktyczny umysł, cenił bardziej odpowiednie rozpoznanie sytuacji i w pojedynku z kimś na podobnym poziomie szykował sobie na bieżąco możliwe scenariusze. Jednak Wendigo w tym momencie po prostu cięła raz za razem, nie dając mu czasu do namysłu. W ten sposób go nie pokona...ale powoli przemieszczała miejsce pojedynku w stronę krawędzi dachu. A cyborg, tak jak wcześniej ona, widział to, ale nie mógł zauważyć.
To najwyraźniej było jednak zbyt proste, by świat miał jej od tak przepuścić.
W pewnym momencie cyborg trącił nogą swój nóż, porzucony przed kilkoma minutami przez Erro. Doskonale wiedział, czym owy przedmiot był i już opracował plan wykiwania przeciwniczki. Nie spojrzał więc w jego stronę, a co za tym idzie ona też tam nie popatrzyła. Gdy następnym razem kobieta cięła od boku nieco szerzej, uchylił się pod jej ramieniem, zgarnął leżący nóż, po czym (po raz kolejny chwaląc się swoim niesamowitym obejściem wobec kobiet) ciął ją głęboko w zgięcie kolana. Zaskoczona Brazylijka zgodnie z wszelkimi prawami musiała uklęknąć, a wtedy wprawionym ruchem wykręcił jej ręce do tyłu i przygniótł kolanem do ziemi.
Pandora nie miała pojęcia co teraz ma zrobić. Zdecydowała się więc zaśmiać.
- Oj brzydko, nieładnie - skomentowała. - Podziwiam ostatnie zagranie, ale było bynajmniej nieuczciwe.
- A co ma uczciwość do ludzi naszego pokroju? - jej przeciwnik w końcu się odezwał. Miał spokojny głos, który kobiecie zupełnie do niego nie pasował.
- ,,Naszego”? - powtórzyła. - To nie tak, że ja jestem ,,tą złą”, a ty ,,tym dobrym”? Dobrzy grają fair.
- Dlatego nie jestem ,,tym dobrym” - odpowiedział z taką oczywistością, jakby opisywał kolor nieba.
- Akurat...już ci wierzę...
Nie kontynuował rozmowy. W tamtym bowiem momencie klapa na dach otworzyła się na zewnątrz wyszła po kolei trójka ludzi Jägera, a na koniec sam osławiony Myśliwy. Cyborg zmierzył sceptycznie obstawę.
- Trzech? - rzucił złośliwie. - Zasadzka już i tak nie jest wyrównaną walką.
- Zaufaj profesjonalistom. W tej chwili już nie możemy sobie pozwolić na żaden błąd - odpowiedział zniekształcony w masce głos. - A tak poza tym to wszyscy ci na dole kibicowali i wcale się nie myliłem co do tego jak się to wszystko skończy.
Cyborg podniósł Pinheiro na nogi. Kobieta początkowo zachwiała się na połowicznie pozbawionej czucia nodze. Jäger spojrzał na nią przekrzywiając lekko głowę.
- Miło cię poznać, Erro - powiedział. - Gorszy dzień?
- No co poradzisz? - odparła wzruszając ramionami, jakby chodziło o jedynkę z matmy, a nie kwestię pojmania. - Tak już bywa.
Pandora nigdy nie była w Europie. Budapeszt widziała tylko ze zdjęć, a o Monachium tylko słyszała gdy szukała pewnych istotnych dla siebie informacji. Jedyną okazję gdy mogła gdzieś wyjechać wykorzystała na wstąpienie do BOPE. Nie mogła przyznać, że był to czas zmarnowany, bo to kłamstwo niemiłosiernie gryzłoby ją w język. A teraz siedziała w Edenie, klejnocie koronnym europejskich miast, chociaż nawet nie leżał na tym swoim osławionym kontynencie. Skoro korona stworzenia ludzkiego wyglądała tak, a nie inaczej, wolała nie wiedzieć jaki syf był w tej właściwej Europie.
Trasą, którą ona obrała, nie kierował się prawie nikt - w bocznych uliczkach Edenu nie było nic bardziej fascynującego od głównych alei. Mijała jedynie takich samych jak ona samotników: zakapturzeni, wgapieni w ziemię, prawdopodobnie z pokątnymi zamiarami. Możliwe nawet, że jeszcze mniej szczytnymi niż zamiary Pinheiro. Ona przynajmniej miała w planach zamordować kogoś, kto na to w zupełności zasłużył, czego reszta Nieoficjalnego Związku Zaułkowiczów nie mogła zapewnić. Mogło im się wydawać, że robią coś dobrego. Mogli też doskonale zdawać sobie sprawę, iż wyrządzają samo zło. Trzecimi targały sprzeczne poglądy na temat własnego postępowania. Erro podobnych problemów nie posiadała. Gdyby przystanęła by przemyśleć ile dokładnie w tym co robi jest dobra, a ile zła, ruszyłaby się stąd dopiero rano, nie dochodząc do żadnych pomocnych wniosków. Ostatecznie i tak stwierdzała, że była po prostu szalona. To w dzisiejszym świecie tłumaczyło wszystko.
Ifryt ustawiła miejsce handlu w, logicznie zresztą, wyjątkowo rzadko uczęszczanym miejscu. Nic nowego, wszystkie podobne układy według niezmiennej reguły urządzano gdzieś, gdzie mało kto nos wciska. Pandora brała (nieproszony) udział w tylu już podobnych do siebie sytuacjach, że zaczynało ją już zastanawiać dlaczego policja dalej ma trudności z wyłapywaniem przestępców. Wszyscy popełniali te same błędy, szukali tych samych sposobów na rozwiązywanie swoich spraw - to było po prostu śmieszne. Jeszcze bardziej kobietę bawił fakt, że zrozumiała to dopiero gdy sama zajęła się nielegalną działalnością. To tak, jakby policyjną odznakę nosiło się na oczach, nie sercu. Idiotyczne, ale prawdziwe. W każdym razie, Erro nie miała innego wyboru, jak pójść tam i złożyć jej w końcu wizytę. Odwiedzanie obsadzonych ludźmi magazynów stało się już nudne. Ochrona nie miała zielonego pojęcia jak się za nią zabrać, zwłaszcza gdy brazylijka nie wykazywała żadnego zainteresowania faktem, że jest pod ostrzałem. Wariatom po prostu jest wszystko jedno, a Wendigo na dodatek doskonale zdawała sobie sprawę, iż wyjdzie z tego cało, prawdopodobnie jako jedyna.
Zbliżając się do punktu docelowego skręciła w stronę schodów przeciwpożarowych i zaczęła wspinać się na dach. Podchodzenie pod sam magazyn nie miało sensu - nawet żółtodziób nie zrobiłby tak idiotycznego błędu, a tym bardziej nie zamierzała tego zrobić profesjonalistka. Eden miał jedną zasadniczą przewagę nad resztą miast Megalopolis: dostanie się z jednego dachu na drugi nie stanowiło najmniejszego problemu dzięki piętrowej budowie metropolii. Między niektórymi budynkami budowano całe ulice, nie wspominając o niezliczonej ilości kładek, szerszych spacerniaków i tuneli dla przechodniów. Niektóre części miasta przypominały gigantyczną galerię handlową pod otwartym niebem, pozbawioną jakiegokolwiek ruchu ulicznego, biegnącego kilka pięter poniżej na prawdziwym, stałym gruncie. Pod względem ułatwiania mobilności dorównywało jedynie Dżannah ze swoimi słynnymi łukowymi mostami. Budynek, który teraz miała na myśli Pinheiro, nie był wysoki, jak na standardy Edenu, a z zewnątrz przypominał przybudówkę. Dach, na który wyszła po plątaniu się przez puste klatki schodowe aż do drabiny, przypominał więc balkon wielkości dwóch boisk do koszykówki. Pewnie w przyszłości gdy miastu znowu będzie grozić przeludnienie, zaczną tu budować kolejne piętra. Zaskakująco dużo wieżowców w przeszłości było niskimi blokami mieszkalnymi. Zaleta płaskich dachów - nie musisz koniecznie kończyć budowy dzisiaj. Dopiero gdy pułap sięgał wytyczonej jakiś czas temu przez władze granicy, oznaczano budynek jako ,,w pełni skończony”, czy też ,,niezdatny do dalszej rozbudowy”. Ale przecież można było jeszcze połączyć wyższe piętro z piętrem innego budynku o podobnej wysokości i stworzyć więcej miejsca. Eden był jak jedna wielka plansza do klocków Lego. Kiedyś miejsce się skończy, a wtedy miasto zacznie się rozbudowywać na terenach podmiejskich i rolniczych.
Oczywiście to miało zacząć się dopiero za kilkadziesiąt lat. Nie musimy się niczym przejmować, prawda? Kto inny będzie to miał na głowie.
Kobieta podeszła spokojnie do krawędzi dachu i spojrzała na lekko wypukły, gładki dach magazynu. Miała idealny widok na przód budynku z szerokim, półkolistym starym świetlikiem pod krawędzią dachu. Przez pozbawione kilku szyb okna widać było oświetlone wnętrze. Lampy nieco zaskoczyły Erro. Gdy jednak dojrzała rozstawionych przy przejściach uzbrojonych ludzi, w większości z zasłoniętymi twarzami, doszła do wniosku, że Isati najwyraźniej wzięła sobie wszystkie jej wybryki na poważnie i przyjęła więcej środków ostrożności. Urocze.
I tak jej nie pomogą, wyszeptała do siebie w myślach. Już dawno temu miała się wziąć za zabicie etiopskiej królowej. Obecnie bardzo żałowała, że nie zajęła się tym gdy jeszcze była w Megalopolis księżniczką. Ale wtedy nie zajmowała się handlem UNK32-1, czyli - w pojęciu Pandory - mogła jeszcze pożyć. Teraz sprawy miały się inaczej. Tym razem nie mogła liczyć na litość.
Jak można wnioskować po powyższym opisie, kobieta była niesamowicie pewna siebie przystępując do swojej roboty. W końcu miała przed sobą to samo zadanie co zawsze: pozbyć się celu i zamanifestować swoje zdanie na temat handlu jej zmutowanymi komórkami poprzez dalsze doprowadzanie cudzego imperium do kompletnej ruiny. Zabójstwo Ifryt miało być tylko początkiem. Za tym jednym strzałem ciągnęła się konieczność dopilnowania, by wielkie dzieło budzącej postrach cesarzowej upadło zanim ktoś podejmie się próby kontynuacji. A to znowu ciągnęło za sobą co najmniej kilka kolejnych kul do karabinu. Nie czekając na przyjazd swojego celu, przyklękła przy murku otaczającym krawędzie dachu, zdjęła z pleców karabin i sprawnym ruchem ustawiła lunetę równocześnie ustawiając broń do czystego strzału. Przez pozostały czas śledziła wszystko w dole przez celownik.
Pewność siebie nie zniknęła wraz z przyjazdem opancerzonej limuzyny. Nie zniknęła też gdy Pandora zobaczyła kto wyszedł z magazynu na spotkanie Isati. Średniego wzrostu facet w czarnym kombinezonie, w ręku nowoczesna strzelba, a na twarzy maska przeciwgazowa. W przestępczym świecie każdy szanowany kryminalista przynajmniej słyszał o tych bardziej szanowanych od reszty. A Jäger bez wątpienia zaliczał się do tej drugiej grupy. Wendigo uśmiechnęła się z niejaką dumą. Na temat Niemca znalazła wiele, a wszystko wskazywało na to, że przyszło jej stawić czoła drugiemu profesjonaliście, również z wojskowo-policyjnym przeszkoleniem. Żeby było jeszcze ciekawej, w roli mężczyzny z reguły leżało niszczenie planów ludzi pokroju Erro. Kobieta trafiła więc na swoje największe przeciwieństwo. To z kolei oznaczało, że Isati w jakiś sposób się jej obawiała. Miała więc niezaprzeczalne prawo czuć dumę z osiągnięcia jednego ze swoich podstawowych celów.
Ifryt wyszła z samochodu w asyście wysokiego blondyna. Ten jednak został przy wozie, a drogę do magazynu kobieta przebyła w towarzystwie Jägera. Jeden z najemników Niemca wyciągnął z bagażnika skrzynkę, przypominającą trochę pojemnik na butelki - ekstrawaganckie, cholernie drogie butelki, sądząc po zabezpieczonej pokrywie. Brazylijka uśmiechnęła się ponownie. Bingo.
Cały czas śledziła przez lunetę każdy krok Etiopki, aż zniknęła w magazynie. Mogła strzelić wcześniej. To nie był dla niej kłopot. Ale Pandora była cierpliwa. Po pierwsze: wolała nieco zwiększyć dystans, a po drugie: była ciekawa kto jest kupującym. Istniała bowiem spora szansa, że kupiec także babrał się w handlu UNK32-1. Od razu mogłaby ruszyć jego śladem i dręczyć go aż dotarłaby do takiej samej sytuacji jak ta. A potem znowu uczepiłaby się kolejnego kupca, i kolejnego, i tak aż do czasu, gdy z czarnego rynku zniknie jakakolwiek jej pozostałość. A jeszcze później...cóż, tak dalekosiężnych planów JESZCZE nie posiadała. Ale trzeba będzie coś sobie znaleźć. Potem. Potem, gdy skończy sprawę z Ifryt, powiedziała sobie stanowczo, jak zawsze sobie mówiła przy robocie.
Gdy uniosła celownik przez świetlik, ze zdumieniem odkryła, że przegapiła pojawienie się kupca. W środku na Isati czekała już...półnaga brunetka. Takich rzeczy raczej nie widuje się na co dzień, a przynajmniej jeśli nie posiadasz rozrywkowego stylu życia. Żeby dopełnić dzieła zaskoczenia Erro po całości, obok nieco za nią stał najprawdziwszy cybernetyczny żołnierz. W przeciwieństwie do brunetki, takich jak on akurat przychodziło jej niegdyś widzieć dosyć często. BOPE (jak każda z szanujących się organizacji antyterrorystycznych) zatrudniała podobnych mu zmechanizowanych żołnierzy. Miała nawet w swoim oddziale jednego z nich i pomimo stereotypów okazał się bardzo przyjemnym facetem. Co prawda nie potrafił normalnie żyć i raczej nie wychodził z kumplami na miasto, ale przynajmniej nie negował żadnych rozkazów i zawyżał średnią inteligencji całej ekipy. Ale czarny cyborg obecny w magazynie stanowczo różnił się od jej niegdysiejszego towarzysza. Nie znała się na blaszakach, ale podstawowa różnica chyba polegała na ,,modelu”. To nie był zwykły cyborg-żołnierz. Najbardziej zastanawiającym i niepokojącym był już sam fakt, że nie miał przy sobie żadnej broni palnej. Za to posiadał noże (na pewno te dwa przy udach nie były jedynymi)...oraz miecz. Świat chyba najwyraźniej nigdy nie przestanie sobie z Erro kpić.
Dalsza część była tylko oczekiwaniem. Oczekiwaniem przepełnionym niezdrową dla ludzkiego umysłu euforią spowodowaną wizją spełnienia upragnionego celu. Niezdrową pod względem tego, czym właściwie był cel Wendigo. Normalny człowiek nie powinien cieszyć się na myśl o morderstwie. To w końcu ,,nieludzkie”. I to właśnie było głównym powodem, dla którego w opinii publicznej Pandora nie była już przedstawicielką homo sapiens. Ale i człowiek w pewnym sensie jest zwierzęciem, a kobieta znała okrutną prawdę na temat podstawowej różnicy między tymi dwoma gatunkami: zwierzęta zabijają z potrzeby, a człowiek...człowiek może mieć różne powody. To czyni go potworem, bo według wszelkich wpajanych od dziecka bajek i legend tylko potwór mógł cieszyć się ze śmierci, która nie dawała mu żadnego pożytku. Erro BYŁA potworem. Jäger BYŁ potworem. A już zwłaszcza Ifryt BYŁA potworem. Co do tego Pandora nie miała najmniejszych wątpliwości. A skoro wszyscy są potworami, to brak jednego chyba może już tylko pomóc, co znowu nie oznaczało zabójstwa jako czegoś w jakimkolwiek stopniu dobrego. Tak sobie właśnie żyła w tym świecie paradoksów i bezsensu, a fakt, że wszystko i tak nie jest całkowicie dobre lub całkowicie złe, dostatecznie ją oddalał od prób rozmyślania na ten temat. Nie ma innego wyboru, jak się dostosować.
Utkwiony w tyle głowy Isati celownik musiał już chyba przewiercać ją na wylot. Tak przynajmniej czułaby się na jej miejscu Wendigo. Że też nic ją tam nie zaswędziało - stała pewnie, z słusznie przypisywaną jej dumą i pewnością siebie. Jak miło będzie patrzeć na jej upadek. Na bryzg krwi padający na jej rozmówczynię. Na panikę w postawie Jägera i podejrzanego cyborga...
Którego już tam nie było.
Umysł kobiety, skupiony na swoim celu, pominął wszelkie potencjalne inne. Liczyła się tylko śmierć Ifryt, która przysłoniła jej część horyzontu niczym klapki przy uździe konia pociągowego. Pomiędzy ,,zobaczeniem” czegoś, a ,,zauważeniem”, wbrew pozorom istnieje stanowcza różnica. Całkiem możliwe, że zobaczyła iż w miejscu cyborga stał teraz jeden z ludzi Jägera. Po prostu tej zmiany nie z a u w a ż y ł a. Jakaś część umysłu odpowiadająca za profesjonalizm musiała zwrócić na to uwagę, ale pozostałość dała się zaaferować ogromem przedsięwzięcia. Tak więc te kilka szarych komórek przejechało sobie ręką po twarzy z westchnieniem i pogodziła się z losem. Chłopaki, gwóźdź do trumny - na miejscu. Teraz czekamy na młotek.
Nadszedł, gdy brunetce przekazywano skrzynkę z UNK32-1. Wendigo ostatecznie przygotowana do strzału po raz ostatni uśmiechnęła się paskudnie. Żegnaj, Ifryt. Szkoda, że nie mogłyśmy tego omówić w cztery oczy, pomyślała biorąc wdech i wciskając spust...
W tej samej dokładnie chwili w jej dłoń wbił się ciśnięty z niebywałą wprawą nóż.
Erro bardziej z zaskoczenia niż bólu szarpnęła lekko w bok. Ciszę wokół niej przerwał głuchy od tłumika wystrzał, ale kula przebiła szybę zbaczając z trasy...i to bardziej niż powinna, jeśli prawa fizyki nadal stały po jej stronie.
- Co jest, do cholery - pomyślała na głos, niemal dostrzegając nienaturalną trajektorię lotu, zbytnio ściągniętą ku dołowi, ale wiedziała, że teraz nie powinna się tym przejmować. Zerwała się na nogi odrzucając na ziemię nóż i obracając lufę w stronę, z której nadleciał. Błyskający przytłumioną czerwienią cyborg spodziewał się tego, uskakując w bok tuż przed kolejnym strzałem, nie mniej jednak dalej biegnąc w jej kierunku.
Pinheiro zaklęła wyszarpując pistolet, z zupełnego już bliska ponownie naciskając spust, ale mężczyzna chwycił jej przegub i pociągnął w dół, po czym walnął ją bezpardonowo łokciem w twarz. Zadziałało - cofnęła się do tyłu, gubiąc broń i wpadła na murek. Słysząc ostrzegawczy, dobrze znany nożownikom odgłos wysuwanego z pochwy ostrza, uskoczyła w bok przed wprawnym cięciem lekko zakrzywionego bagnetu. Unik nie wytrącił cyborga z równowagi, na co odrobinę liczyła. Nie mając lepszych pomysłów, wyszarpnęła własny nóż. A co mi tam - pojedynek z profesjonalnym nożownikiem, wielkie halo, pomyślała. Jego palce są metalowe, a moje odrastają. Całkiem zabawne. Nie mogła z nim walczyć w nieskończoność, opcji pokonania cyborga nawet nie brała pod uwagę. Musiała uciec. Ifryt i Jäger musieli usłyszeć trzask szkła i za chwilę po klatce schodowej przebiegnie banda najemników. A skoro stojący jeszcze niedawno na dole ochroniarz kupca był tuż obok niej...
To była pułapka. Paskudna, cholernie udana zasadzka na Wendigo. A żeby cię piekło pochłonęło, Isati, albo cokolwiek jeśli już tam byłaś.
Teraz ucieczka była już jedyną opcją. Jednak odwrócenie się plecami w tym momencie biorąc pod uwagę celność rzutu jej przeciwnika była więcej niż głupotą. Musiała go wykiwać, znaleźć sposób, by na chwilę odwrócił od niej uwagę. Zerknęła mimowolnie w stronę porzuconego pistoletu, ale cyborg niedbale odkopnął go dalej za siebie, nawet na niego nie patrząc. Była niemal pewna, że rzucał jej w ten sposób wyzwanie. Wygra, jeśli odzyska broń. I wtedy ją olśniło - wszyscy ludzie Jägera i Ifryt poszli w jej stronę. Po co biec w tym samym kierunku, jeśli możesz skoczyć w przeciwnym? Wyjdą na dach, a jej już tu nie będzie.
Ale nadal stał przed nią ten przeklęty cyborg, który zrujnował wszystko. Najwyraźniej zamierzał popsuć jej także ucieczkę. Lepszego wyjścia niestety nie widziała. Uśmiechnęła się więc do niego, jakby brała udział w najzwyklejszym sparingu i rzuciła krótkie:
- Ładny nożyk. Prezent od kogoś ważnego?
Pytanie głupie i bynajmniej nie na miejscu, ale nawet te krótkie i pozbawione sensu mogą kupić ci odrobinkę przewagi, bo mózg przeciwnika mimowolnie się nad tym zastanowi na tą jedną, jedyną sekundkę zanim je odrzuci. Cyborg nie był w całości robotem, więc dalej myślał jak człowiek. Gdy więc wydawał się mrużyć mechaniczne oczy Pandora bez namysłu rzuciła się w jego stronę i cięła od dołu. Głupi ruch. Po prostu usunął się w bok, ale za jego śladem szybko podążyła zaciśnięta na rękojęści uniesiona do góry pięść. Znowu złapał ją za przedramię, ale tym razem się tego spodziewała. Przerzuciła nóż zanim jeszcze przymierzyła się do ciosu i dźgnęła wolną ręką. Mężczyzna nie miał innego wyboru jak znowu wykonać unik, jednak niemal natychmiast znowu go zaatakowała. W normalnej walce w życiu by sobie nie pozwoliła na taką ,,bezmyślną szarżę”, jednakże w przypadku jej obecnego przeciwnika było to jak najbardziej na miejscu. Nic tak nie frustruje profesjonalisty jak amator, który bezmyślnie brnie naprzód. Cyborg bez wątpienia posiadał taktyczny umysł, cenił bardziej odpowiednie rozpoznanie sytuacji i w pojedynku z kimś na podobnym poziomie szykował sobie na bieżąco możliwe scenariusze. Jednak Wendigo w tym momencie po prostu cięła raz za razem, nie dając mu czasu do namysłu. W ten sposób go nie pokona...ale powoli przemieszczała miejsce pojedynku w stronę krawędzi dachu. A cyborg, tak jak wcześniej ona, widział to, ale nie mógł zauważyć.
To najwyraźniej było jednak zbyt proste, by świat miał jej od tak przepuścić.
W pewnym momencie cyborg trącił nogą swój nóż, porzucony przed kilkoma minutami przez Erro. Doskonale wiedział, czym owy przedmiot był i już opracował plan wykiwania przeciwniczki. Nie spojrzał więc w jego stronę, a co za tym idzie ona też tam nie popatrzyła. Gdy następnym razem kobieta cięła od boku nieco szerzej, uchylił się pod jej ramieniem, zgarnął leżący nóż, po czym (po raz kolejny chwaląc się swoim niesamowitym obejściem wobec kobiet) ciął ją głęboko w zgięcie kolana. Zaskoczona Brazylijka zgodnie z wszelkimi prawami musiała uklęknąć, a wtedy wprawionym ruchem wykręcił jej ręce do tyłu i przygniótł kolanem do ziemi.
Pandora nie miała pojęcia co teraz ma zrobić. Zdecydowała się więc zaśmiać.
- Oj brzydko, nieładnie - skomentowała. - Podziwiam ostatnie zagranie, ale było bynajmniej nieuczciwe.
- A co ma uczciwość do ludzi naszego pokroju? - jej przeciwnik w końcu się odezwał. Miał spokojny głos, który kobiecie zupełnie do niego nie pasował.
- ,,Naszego”? - powtórzyła. - To nie tak, że ja jestem ,,tą złą”, a ty ,,tym dobrym”? Dobrzy grają fair.
- Dlatego nie jestem ,,tym dobrym” - odpowiedział z taką oczywistością, jakby opisywał kolor nieba.
- Akurat...już ci wierzę...
Nie kontynuował rozmowy. W tamtym bowiem momencie klapa na dach otworzyła się na zewnątrz wyszła po kolei trójka ludzi Jägera, a na koniec sam osławiony Myśliwy. Cyborg zmierzył sceptycznie obstawę.
- Trzech? - rzucił złośliwie. - Zasadzka już i tak nie jest wyrównaną walką.
- Zaufaj profesjonalistom. W tej chwili już nie możemy sobie pozwolić na żaden błąd - odpowiedział zniekształcony w masce głos. - A tak poza tym to wszyscy ci na dole kibicowali i wcale się nie myliłem co do tego jak się to wszystko skończy.
Cyborg podniósł Pinheiro na nogi. Kobieta początkowo zachwiała się na połowicznie pozbawionej czucia nodze. Jäger spojrzał na nią przekrzywiając lekko głowę.
- Miło cię poznać, Erro - powiedział. - Gorszy dzień?
- No co poradzisz? - odparła wzruszając ramionami, jakby chodziło o jedynkę z matmy, a nie kwestię pojmania. - Tak już bywa.
Tooooo kto teraz? Sem? :>
piątek, 24 marca 2017
Od Pandory - Trochę satysfakcji
Erro przyjrzała się pod słońce przezroczystemu szklanemu pojemnikowi. Był mały. Aż śmiesznie mały, biorąc pod uwagę fakt, jak potężną zawartość przechowywał. Wielkością i kształtem przywodził na myśl klej w sztyfcie. Szczelnie zamknięta zielona ciecz nie była klarowna, raczej mętna, a kobieta odważyłaby się ku stwierdzeniu...brudna. Raczej nie powinno się mówić tak o fragmencie samego siebie, zwłaszcza jeśli jesteś szanującym się człowiekiem, dumnym ze swojego ciała i wszystkich jego niedoskonałości. ,,Niedoskonałości" Pandory szczególnie nie mogły być dla niej powodem do narzekań - bez nich dawno gryzłaby piach. Swoje ciało trzeba szanować. Ale chociaż zawartość fiolki niepodważalnie zawdzięczała swoje istnienie nikomu innemu jak Wendigo, Brazylijka nie umiała okazywać mu należytego szacunku. To była tylko podróbka. Plagiat. Zakręciła lekko pojemnikiem obserwując wirującą ciecz. Przetrzymywany w niej gen, pomimo podobnego działania, nie umywał się do swojego krewniaka, wirusa UNK32, szczęśliwie (czy też wręcz przeciwnie) zamieszkującego tylko jej organizm. Jej jedynej na całym globie.
Kobieta uśmiechnęła się do UNK32-1, marnej namiastki jej mikroskopijnego sojusznika. Ludzie naprawdę byli skłonni zapłacić za niego kosmiczne sumy? Tak bardzo obawiali się śmierci? W sumie nie mogła im się dziwić. Sama nie wyobrażała sobie swojego obecnego życia bez pomocy UNK32. Ale ta podróbka? Falsyfikat mógł leczyć, ale nie uratować przed śmiercią. Pełna nieśmiertelność wymagała jednak pewnych poświęceń. Wystarczająco dużo w życiu wycierpiała z powodu swojej inności, ale patrząc na to teraz...było warto.
Ostatni raz spojrzała na fiolkę. Po czym wystawiła rękę za barierkę i wypuściła towar warty tysiące dolarów na łaskę grawitacji oraz chodnika dziesiątki metrów poniżej.
Spod knebla przywiązanego do obrotowego krzesła handlarza pod ścianą wyrwał się jęk boleści. Erro uśmiechnęła się paskudnie, sięgając po kolejną fiolkę z wyłożonej gąbką walizki. Sześć wgłębień było już pustych.
- Spokojnie, amigo - powiedziała przyjacielskim tonem. Gdyby nie sytuacja, jej głos mógłby idealnie maskować zamiary. - Zostały jeszcze cztery, połowa już za nami.
Mężczyzna wybełkotał coś przecząco.
- Musisz mówić WY-RAŹ-NIEJ - droczyła się wybierając następną szklaną ofiarę (jakby istniała jakakolwiek różnica). - Nie idzie cię zrozumieć.
Wzięła kolejny pojemnik i tym razem, dla urozmaicenia, wstała i wyjrzała zza barierki, szukając jakiegoś celu. Dostrzegła nadlatujący niżej turbolot ciągnący baner reklamowy jakiejś pasty do zębów. Uśmiechnęła się do siebie, odczekała chwilę i wzięła zamach.
- A teraz za trzy! - zawołała rzucając fiolką. Trafiła wyszczerzoną blondynkę na reklamie prosto w jedynki.
Handlarz szarpnął się we więzach, mrucząc coś niezrozumiale.
- Co tam szepczesz? - kobieta teatralnie przyłożyła dłoń do ucha. - Za łatwe to było? Niech ci będzie - wzruszyła ramionami i rozejrzała się za lepszym celem.
Jak na życzenie na głowie pojmanego dealera usiadł gołąb. Mężczyzna potrząsnął głową, ale leniwe ptaszysko nie miało zamiaru się ruszać. Zamachało jedynie skrzydłami dla zachowania równowagi i klapnęło sobie z powrotem. Pandora zmrużyła oczy wpatrując się w pierzastego szczura. Na jej ustach powoli wykwitał zbójecki uśmiech. Dealer dostrzegł to i zaczął gwałtownie kręcić głową w akcie protestu.
- Ani mi się waż ruszyć... - zaczęła ostrzegawczo Wendigo, mierząc się już do rzutu.
Cisnęła kilkoma tysiącami dolarów niczym zawodowy gracz baseballa. Ptak dostrzegł gwałtowny ruch i zerwał się do lotu. Fiolka trafiła więc w ścianę tuż nad głową mężczyzny, opryskując go kawałkami szkła i zieloną cieczą. Oparła ręce na kolanach dysząc ze śmiechu.
- Powinnam zacząć robić wam wszystkim zdjęcia - stwierdziła. - Wasze miny za każdym razem są zgoła cenniejsze od tego świństwa.
Handlarz zirytowany już do granic możliwości w końcu wypluł poluzowywany od dłuższego czasu knebel.
- Po co to wszystko?! - wydarł się.
- O, a jednak umiesz mówić - Pandora ze złośliwym uśmiechem oparła się o barierkę.
- Po cholerę ta cała szopka?! - upierał się mężczyzna. - Nie jestem głupi, doskonale wiem co mnie czeka. Nie możesz mnie po prostu zastrzelić, a potem robić z tym badziewiem co tylko zechcesz?
- Mogłabym - stwierdziła wzruszając ramionami. - Ale gdzie w tym zabawa?
- Zabawa?
- Pewnie! Chyba sobie zasłużyłam na odrobinę satysfakcji po tym, jak mnie tak paskudnie okradziono - kobieta podeszła niebezpiecznie blisko.
- O czym ty mówisz? - facet mówił już ciszej, najwyraźniej jednak obawiając się o swoje życie.
- Co? Liczysz na łzawą historyjkę? - uśmiechnęła się lekko. Z maniakalnym błyskiem w oku robiło to nie najlepsze wrażenie. - Nie za dużo filmów się naoglądałeś? Ten zły zawsze musi się czymś tłumaczyć? Czekaj, nie odpowiadaj. Mam lepsze pytanie: które z nas jest tym złym?
Nie odpowiedział. Jakby nagle stracił język w gębie. Oczywiście, że nie umiał na to odpowiedzieć. Brazylijka również. Co mogło być gorsze: znęcanie się nad bezbronnymi ludźmi, czy sprzedawanie dzieciakom narkotyków? Pozbawione skrupułów morderstwa, czy oszukiwanie uczciwych ludzi? Pandora zaśmiała się wisielczo i wróciła na swoje miejsce obok walizki. Zostały dwie fiolki. Dwie ostatnie i będzie mogła uznać swoją normę miesięczną na wyrobioną. A potem może pobije swój rekord? Nie taki głupi pomysł. Najpierw musiałaby jednak namierzyć jakiś cel. Magazyny Ifryt chyba już zupełnie opustoszały z UNK32-1, grzebanie tutaj zaczynało tracić sens. Zwłaszcza, że królowa czarnego rynku chyba zdała sobie sprawę iż za czynami Erro nie stała żadna przypadkowość. A przynajmniej można było to wywnioskować ze wzmocnionej ochrony i coraz większym środkom bezpieczeństwa w rozgłaszaniu przez nią informacji. Gdzieś jednak tliło się w niej przekonanie, że coś jeszcze przed nią ukryła. Ostatki UNK23-1, czekające na nieuchronne nadejście mściwego żywego trupa.
Nagle komórka Pandory zawibrowała. Wyciągnęła ją z kieszeni z uniesioną brwią. Pisać do niej mogła tylko jedna osoba, a mianowicie jej anonimowy informator, do tej pory niezawodnie pomagający jej wyśledzić wszelkie transakcje Isati. I faktycznie, numer był ten sam. O wilku mowa, pomyślała Wendigo, z zaciekawieniem czytając zawartość, wedle której sama Ifryt miała przekazać kupcowi ostatnie pojemniki ze znienawidzonym genem...dzisiejszego wieczoru. Erro zagryzła wargę. Wiedziała, po prostu wiedziała, że coś jednak przeoczyła! Jak mogła do tego dopuścić?! Wszystko w niej krzyczało, by iść tam i dokończyć dzieła. Na dodatek miała na tacy królową przestępczego półświatka. Jednak tyle dobra w jednej chwili wydawało jej się aż podejrzane. Ale w sumie, jakby nie patrzeć, ludzie z desperacji robili różne głupoty. Może Ifryt po prostu chciała się pozbyć przeklętego towaru jak najszybciej, przekazać ciężar dalej? W końcu nawet rekin biznesu jest jedynie człowiekiem. Strach był rzeczą całkowicie ludzką.
Uśmiechnęła się, już zdecydowana. Co jej szkodzi? I tak jej nie zabiją, rodziny nie skrzywdzą, przyjaciół nie zastraszą. Nie miała nic do stracenia. Mogła jedynie zyskać.
Stanowczym ruchem wywaliła obie z pozostałych fiolek i odkopnęła pustą walizkę. Musiała się sprężyć jeśli chciała zdążyć na imprezę u Isati. Spojrzała z namysłem na pojmanego dealera. Nie mając lepszych pomysłów, wyciągnęła nóż.
- Ciekawe z ciebie towarzystwo. Aż żałuję, że nie mam dla ciebie więcej czasu - rzuciła z westchnieniem, kierując się w jego stronę. - Final do jogo, amigo.
Kobieta uśmiechnęła się do UNK32-1, marnej namiastki jej mikroskopijnego sojusznika. Ludzie naprawdę byli skłonni zapłacić za niego kosmiczne sumy? Tak bardzo obawiali się śmierci? W sumie nie mogła im się dziwić. Sama nie wyobrażała sobie swojego obecnego życia bez pomocy UNK32. Ale ta podróbka? Falsyfikat mógł leczyć, ale nie uratować przed śmiercią. Pełna nieśmiertelność wymagała jednak pewnych poświęceń. Wystarczająco dużo w życiu wycierpiała z powodu swojej inności, ale patrząc na to teraz...było warto.
Ostatni raz spojrzała na fiolkę. Po czym wystawiła rękę za barierkę i wypuściła towar warty tysiące dolarów na łaskę grawitacji oraz chodnika dziesiątki metrów poniżej.
Spod knebla przywiązanego do obrotowego krzesła handlarza pod ścianą wyrwał się jęk boleści. Erro uśmiechnęła się paskudnie, sięgając po kolejną fiolkę z wyłożonej gąbką walizki. Sześć wgłębień było już pustych.
- Spokojnie, amigo - powiedziała przyjacielskim tonem. Gdyby nie sytuacja, jej głos mógłby idealnie maskować zamiary. - Zostały jeszcze cztery, połowa już za nami.
Mężczyzna wybełkotał coś przecząco.
- Musisz mówić WY-RAŹ-NIEJ - droczyła się wybierając następną szklaną ofiarę (jakby istniała jakakolwiek różnica). - Nie idzie cię zrozumieć.
Wzięła kolejny pojemnik i tym razem, dla urozmaicenia, wstała i wyjrzała zza barierki, szukając jakiegoś celu. Dostrzegła nadlatujący niżej turbolot ciągnący baner reklamowy jakiejś pasty do zębów. Uśmiechnęła się do siebie, odczekała chwilę i wzięła zamach.
- A teraz za trzy! - zawołała rzucając fiolką. Trafiła wyszczerzoną blondynkę na reklamie prosto w jedynki.
Handlarz szarpnął się we więzach, mrucząc coś niezrozumiale.
- Co tam szepczesz? - kobieta teatralnie przyłożyła dłoń do ucha. - Za łatwe to było? Niech ci będzie - wzruszyła ramionami i rozejrzała się za lepszym celem.
Jak na życzenie na głowie pojmanego dealera usiadł gołąb. Mężczyzna potrząsnął głową, ale leniwe ptaszysko nie miało zamiaru się ruszać. Zamachało jedynie skrzydłami dla zachowania równowagi i klapnęło sobie z powrotem. Pandora zmrużyła oczy wpatrując się w pierzastego szczura. Na jej ustach powoli wykwitał zbójecki uśmiech. Dealer dostrzegł to i zaczął gwałtownie kręcić głową w akcie protestu.
- Ani mi się waż ruszyć... - zaczęła ostrzegawczo Wendigo, mierząc się już do rzutu.
Cisnęła kilkoma tysiącami dolarów niczym zawodowy gracz baseballa. Ptak dostrzegł gwałtowny ruch i zerwał się do lotu. Fiolka trafiła więc w ścianę tuż nad głową mężczyzny, opryskując go kawałkami szkła i zieloną cieczą. Oparła ręce na kolanach dysząc ze śmiechu.
- Powinnam zacząć robić wam wszystkim zdjęcia - stwierdziła. - Wasze miny za każdym razem są zgoła cenniejsze od tego świństwa.
Handlarz zirytowany już do granic możliwości w końcu wypluł poluzowywany od dłuższego czasu knebel.
- Po co to wszystko?! - wydarł się.
- O, a jednak umiesz mówić - Pandora ze złośliwym uśmiechem oparła się o barierkę.
- Po cholerę ta cała szopka?! - upierał się mężczyzna. - Nie jestem głupi, doskonale wiem co mnie czeka. Nie możesz mnie po prostu zastrzelić, a potem robić z tym badziewiem co tylko zechcesz?
- Mogłabym - stwierdziła wzruszając ramionami. - Ale gdzie w tym zabawa?
- Zabawa?
- Pewnie! Chyba sobie zasłużyłam na odrobinę satysfakcji po tym, jak mnie tak paskudnie okradziono - kobieta podeszła niebezpiecznie blisko.
- O czym ty mówisz? - facet mówił już ciszej, najwyraźniej jednak obawiając się o swoje życie.
- Co? Liczysz na łzawą historyjkę? - uśmiechnęła się lekko. Z maniakalnym błyskiem w oku robiło to nie najlepsze wrażenie. - Nie za dużo filmów się naoglądałeś? Ten zły zawsze musi się czymś tłumaczyć? Czekaj, nie odpowiadaj. Mam lepsze pytanie: które z nas jest tym złym?
Nie odpowiedział. Jakby nagle stracił język w gębie. Oczywiście, że nie umiał na to odpowiedzieć. Brazylijka również. Co mogło być gorsze: znęcanie się nad bezbronnymi ludźmi, czy sprzedawanie dzieciakom narkotyków? Pozbawione skrupułów morderstwa, czy oszukiwanie uczciwych ludzi? Pandora zaśmiała się wisielczo i wróciła na swoje miejsce obok walizki. Zostały dwie fiolki. Dwie ostatnie i będzie mogła uznać swoją normę miesięczną na wyrobioną. A potem może pobije swój rekord? Nie taki głupi pomysł. Najpierw musiałaby jednak namierzyć jakiś cel. Magazyny Ifryt chyba już zupełnie opustoszały z UNK32-1, grzebanie tutaj zaczynało tracić sens. Zwłaszcza, że królowa czarnego rynku chyba zdała sobie sprawę iż za czynami Erro nie stała żadna przypadkowość. A przynajmniej można było to wywnioskować ze wzmocnionej ochrony i coraz większym środkom bezpieczeństwa w rozgłaszaniu przez nią informacji. Gdzieś jednak tliło się w niej przekonanie, że coś jeszcze przed nią ukryła. Ostatki UNK23-1, czekające na nieuchronne nadejście mściwego żywego trupa.
Nagle komórka Pandory zawibrowała. Wyciągnęła ją z kieszeni z uniesioną brwią. Pisać do niej mogła tylko jedna osoba, a mianowicie jej anonimowy informator, do tej pory niezawodnie pomagający jej wyśledzić wszelkie transakcje Isati. I faktycznie, numer był ten sam. O wilku mowa, pomyślała Wendigo, z zaciekawieniem czytając zawartość, wedle której sama Ifryt miała przekazać kupcowi ostatnie pojemniki ze znienawidzonym genem...dzisiejszego wieczoru. Erro zagryzła wargę. Wiedziała, po prostu wiedziała, że coś jednak przeoczyła! Jak mogła do tego dopuścić?! Wszystko w niej krzyczało, by iść tam i dokończyć dzieła. Na dodatek miała na tacy królową przestępczego półświatka. Jednak tyle dobra w jednej chwili wydawało jej się aż podejrzane. Ale w sumie, jakby nie patrzeć, ludzie z desperacji robili różne głupoty. Może Ifryt po prostu chciała się pozbyć przeklętego towaru jak najszybciej, przekazać ciężar dalej? W końcu nawet rekin biznesu jest jedynie człowiekiem. Strach był rzeczą całkowicie ludzką.
Uśmiechnęła się, już zdecydowana. Co jej szkodzi? I tak jej nie zabiją, rodziny nie skrzywdzą, przyjaciół nie zastraszą. Nie miała nic do stracenia. Mogła jedynie zyskać.
Stanowczym ruchem wywaliła obie z pozostałych fiolek i odkopnęła pustą walizkę. Musiała się sprężyć jeśli chciała zdążyć na imprezę u Isati. Spojrzała z namysłem na pojmanego dealera. Nie mając lepszych pomysłów, wyciągnęła nóż.
- Ciekawe z ciebie towarzystwo. Aż żałuję, że nie mam dla ciebie więcej czasu - rzuciła z westchnieniem, kierując się w jego stronę. - Final do jogo, amigo.
niedziela, 12 marca 2017
Niektóre kobiety są po prostu niezniszczalne - wrzucisz taką do wulkanu, to jeszcze ci pamiątkę przyniesie
![]() |
| terrorwatt |
Nazwisko: Jak większość Brazylijczyków, Pandora posiada aż trzy nazwiska. W pełni przedstawia się więc jako ,,Pandora Pinheiro Reis Nascimento" i większość ludzi reaguje właściwie identycznie - ,,Możesz powtórzyć?". Kobieta jednak odkryła szybko plusy posiadania kilku nazwisk, mianowicie może sobie korzystać z tego, które akurat w tej chwili jej pasuje i żaden wykrywacz kłamstw nie zarzuci jej oszustwa.
Pseudonim: Zapomnijmy, że większość uznaje samo ,,Pandora" za przykrywkę i skupmy się na innych przydomkach, które nazbierała. Ze wszystkich najbardziej upodobała sobie Wendigo, nawiązujące do ludożerczego demona z indiańskich legend. Zaraz po nim używa również bardziej złośliwego przezwiska Erro, które przylgnęło do niej już w dzieciństwie (z portugalskiego ,,pomyłka"). Gdy nabrała trochę dystansu do siebie przestała już na nie tak krzywo patrzeć.
Płeć: Kobieta
Wiek: Wygląda na późną dwudziestkę, ale biorąc pod uwagę możliwości jej organizmu, to faktycznej liczby nie idzie odgadnąć. Możesz jedynie sam zapytać, aczkolwiek pamiętajmy, że ,,kobiety o wiek się nie pyta", a Pandora na pewno nie wygląda na kobietę cierpliwie znoszącą upierdliwe pytania.
Rasa: Wendigo nie jest człowiekiem, ale ciężko ją też nazwać mutantem. Prędzej można by użyć terminu ,,zarażona", ale to kojarzy się zbyt negatywnie. W jej ciele krąży pewien egoistyczny, nie roznoszący się samoistnie wirus opatrzony mianem UNK32, odpowiedzialny za niezwykle potężny czynnik gojący. Co ciekawe, może żerować tylko na martwych tkankach, w wyniku czego Pandory nie da się nazwać inaczej niż ,,żywy trup".
Narodowość: Brazylia
Obywatelstwo: Elizjum lub Eden - zależy, które nazwisko poda.
Rodzina: Erro jakoś nie umie ich sobie przypomnieć. Głosy - owszem, te słyszała na okrągło, ale wygląd czy imiona zupełnie się zatarły. Nie ma za czym rozpaczać. Kiedyś wręcz marzyła, by pozbyć się swoich wspomnień.
Miłość: A i owszem, ktoś jej się podoba. Ciężko tylko stwierdzić, czy to powód do radości, czy też przeciwnie, bo Pandora potrafi być nieco...napastliwa. Ale bacząc na to, że Sylvainowi i tak nic na dłuższą metę nie zaszkodzi, to chyba nie ma się czego obawiać. Jeden żywy trup drugiemu żywemu trupowi i tak nic nie zrobi.
Aparycja: Ma prawie metr siedemdziesiąt wzrostu i sylwetkę, którą można uznać za całkiem atrakcyjną. I faktycznie, smukła, wyprostowana Brazylijka z warkoczem ciemnych włosów często ściąga na siebie uwagę mężczyzn. Gdy jednak obróci się w ich stronę, jakoś nagle tracą zainteresowanie. Jej twarz pokrywa nałożony na trwałe wzór czaszki, który podkreśla ciemne oczy i zniekształca rysy tak, że ciężko stwierdzić jak właściwie kobieta mogła kiedyś wyglądać. Nie budzi na ulicy większej sensacji - w tych czasach już nie takie dziwadła chodzą po ulicach. Nosi na sobie wojskowy mundur, z marynarką odsłaniającą ręce aż po łokcie, luźnymi spodniami moro, wysokimi glanami i beretem z logiem brazylijskiej jednostki specjalnej BOPE. Przez aktualne wciąż umundurowanie i broń przy pasku cywile biorą ją za wojskową, co bardzo jej odpowiada. Jednak to nie jej wygląd zewnętrzny niegdyś budził powszechną sensację w mediach. Gdy uda ci się poznać Erro bliżej, odkryjesz, że jest...martwa. Inaczej nie da się tego nazwać. Jej skóra w dotyku jest lodowata, jakby zmartwiała, a jednak dalej posiada naturalny kolor. Nie idzie wyczuć u niej żadnego pulsu, ani bicia serca. Jeśli spróbujesz ją zranić, nie zobaczysz żadnej krwi, a jedynie nieco ciemniejszy, nienaturalny kolor tkanki mięśniowej. Czasem może się nawet zdarzyć, że zapomni oddychać, a gdy głupio zwrócisz jej na to uwagę, odpowie coś w stylu ,,No tak, zapomniałam" i nabierze kilka kontrolnych wdechów. Wbrew pozorom, ożywione trupy jednak potrafią biegać. Porusza się z typową jej osobie pewnością, niemal widoczną w każdym kroku, i osobliwym, unikalnym wdziękiem. Co ciekawe, zawsze roznosi za sobą ostry zapach, przywodzący na myśl zmielone igliwie sosny. Nazwisko ,,Pinheiro", oznaczające w tłumaczeniu owe drzewo iglaste, okazuje się więc niesamowicie adekwatne.
Charakter: Jak na zombie, Pandora jest całkiem żywotnym trupem. Niektórzy sądzą, że odkąd odkryła pełne możliwości swojego wirusowego przyjaciela, to po prostu jej odbiło. Nie ma czemu się dziwić - gdybyś pewnego dnia normalnie wstał z łóżka, chociaż poprzedniego wieczoru ktoś strzelił ci w głowę, nie poczułbyś się...inaczej? Odkrycie regeneracji w sporym stopniu wpłynęło na psychikę Erro. Świadomość, że jest się teoretycznie niezniszczalnym, posuwa często do czynów powszechnie uznawanych za karygodne i nie do przyjęcia. I Pandora nie ma z tym najmniejszych problemów - bez wahania złamie każdy istniejący zakaz, wystarczy, że grzecznie poprosisz. Albo powiesz, że to niewykonalne. Wtedy to już na pewno spróbuje, chociażby po to, by udowodnić ci brak racji. Dla Wendigo nie istnieją rzeczy niemożliwe. Jakby nie było, każdy naukowiec na świecie wyklucza istnienie czegoś takiego jak ona, a skoro możliwe jest życie z martwym ciałem, to co może być tak naprawdę nie do wykonania? Ciągnie to za sobą niesamowite jak na człowieka pokłady pewności siebie i nieco rozdęte ego. Kobieta nie boi się stanąć naprzeciw żadnemu zagrożeniu. Ba, dźgnie je w pierś wytykając mu wszystko czego w nim nienawidzi. To ta słynna skrajność odwagi i głupoty, w której właściwie nie da się już odróżnić jednego od drugiego. Nie boi się posunąć o jeden czy dwa kroki za daleko. Jeśli grupa ludzi stoi przed trudnym wyborem, to możesz być pewien, że pierwszą osobą, która podejmie jakiekolwiek działanie, będzie właśnie ona. Jest osobą wyjątkowo gwałtowną i bezpośrednią. Nie da się ukryć, że brakuje jej cechy popularnie nazywanej ,,taktem". Nie rozumie pojęcia ,,nieodpowiedniej rzeczy w nieodpowiednim czasie", nie wspominając, że jej kultura pozostawia sporo do życzenia. Język ma aż paskudnie cięty i nieco zbyt wyszczekany. Dodajmy do tego wielorakie wiązanki przekleństw i oto macie burdę na zawołanie. Z tym, że Wendigo nierzadko zapomina, że nie wszyscy są tak trudni do ukatrupienia jak ona i nie zwraca uwagi na ostrzeżenia rzucane jej przez tych jak najbardziej ukatrupialnych towarzyszy. Pozostało jej jednak coś z wojskowej dyscypliny. Potrafi zaakceptować jakąś konkretną osobę nad sobą, a rozkazy wykonuje bez mrugnięcia okiem, nieważne czym by to nie było. Daje to pewne solidne wyobrażenie o moralności Erro. Nie bez przyczyny zyskała miano pozbawionej skrupułów wariatki. Trzeba jednak zwrócić uwagę na typy ludzi, którzy najczęściej padają jej ofiarą. Niektórzy - ci, którzy faktycznie to sprawdzili - śmieliby nawet uznać kobietę za mścicielkę-bohatera. To pierwsze przyjmie bez problemu, bo owszem, jej głównym motywem życia tutaj dalej pozostaje zemsta za kradzież jakby nie było części niej samej, niedostępnej dla nikogo innego. Jednak przez to drugie słowo nawet trup byłby w stanie udławić się na śmierć ze śmiechu. Ciężko jednak nie zwrócić uwagi, że chociaż z reguły działa dla własnego interesu, to jednak istnieją osoby dla których w jednym momencie rzuciłaby wszystko. To zaskakująca doza lojalności jak na kogoś jej pokroju, ale najwyraźniej nawet najgorsze ścierwa mają swój honor. Obraź ją, a splunie ci w twarz. Obraź któregoś z jej przyjaciół, a będziesz zbierał zęby (i wszystko inne co można przeliczyć) z podłogi. Jedyną rzeczą, jaka przychodzi jej z niesamowitym trudem jest wybaczanie. Trudno ją do siebie zrazić, ale jeśli już dopniesz celu, to gratulacje: zyskałeś wroga do końca życia i jeszcze dalej. Wendigo ma niesamowitą pamięć do urazów i niezwykle niski współczynnik litości do osób, które darzy czystą nienawiścią.
Song theme: Gun In My Hand - Dorothy // I Am The Enemy - All Good Things
Zarys przeszłości: Rządy Edenu i pozostałych miast od zawsze zadają sobie pytanie ,,Skąd się biorą terroryści?". Co sprawia, że w człowieka uderza chęć siania przypadkowego chaosu? Dlaczego wszyscy nie mogą być dobrzy, szczęśliwi, et cetera. Odpowiedź jest banalnie prosta, a jednak ciągle umyka opinii publicznej. Dla nich terrorysta to człowiek bez żadnych skrupułów, który jest albo fanatykiem religijnym, albo najzwyklejszym psychopatą, któremu ktoś dał do ręki nożyczki i inne zabawki masowej zagłady. Ale terroryści nie biorą się znikąd. Cholera, nic nie bierze się znikąd! Wszystko można logicznie wyjaśnić, w tym i pochodzenie zjawiska terroryzmu. Nie oszukujmy się - stanowcza większość to faktycznie powody religijne, kolejny wysoki procent to polityka i konflikty zbrojne. Nie zapomnijmy również o pieniądzach (będących, de facto, odpowiedzią na wszelkie pytania ludzkości). A wśród tego figuruje pewien odsetek ludzi zajmujących się terroryzmem tylko dlatego, bo wszyscy im wmówili, że się do tego nadają. Mieliśmy idealny przykład naszego monachijskiego policjanta wrobionego w zamach, a teraz oto jawi się wam kolejny...
Jakiś czas temu (nie powiem dłuższy czy krótszy, bo każdy inaczej odczuwa upływ lat) w Pôrto Alegre urodziła się dziewczynka. Na pierwszy rzut oka nic niezwykłego, w końcu codziennie rodzą się tysiące dzieci. Gdy dodam, że ta jedna urodziła się martwa, również ciężko o jakąś niesamowitą reakcję, bo to również, niestety, zupełnie naturalne. Może jedynie przykro się zrobi na myśl o wszystkich młodych rodzicach tak okrutnie wyśmianych przez los. Dziecko to było martwe, bez dwóch zdań. Serce nie biło, płuca nie wzięły pierwszego oddechu, skóra nienormalnie szybko oziębła. Gdy jednak doktor próbował jakoś delikatnie przekazać smutną wiadomość, jedna z pielęgniarek wrzasnęła i wybiegła z sali w przerażeniu, a druga zemdlała - dziecko się ruszało. Ba, po kilku minutach zaczęło normalnie płakać. I co tu zrobić? Dziewczynkę przebadano póki rodzice się nie upomnieli (szpital nie mógł sobie odpuścić przegapienia takiej okazji) i, tak jak z każdym porodem, po tygodniu wróciła z matką do domu. Wszystko było dokładnie tak, jak powinno być. Poza samym dzieckiem.
Cała historia stała się pożywką mediów na długi czas. Małą Pandorę dręczono kamerami i naukowcami jeszcze kilka lat, aż w końcu rodzina zaczęła grozić każdemu wchodzącemu na posesję dziennikarzowi. Nie chcieli nagłaśniać całej sprawy. Sąsiedztwo już i tak zaczęło wyciągać jakieś durne teorie zahaczające o strefę boską. Jedna część sądziła, że to błogosławieństwo - oto martwe dziecko nagle ożyło, to musi być ręka Boga. Druga część uznawała to raczej za przekleństwo, karę albo - jakże słynny argument - pomyłkę. Nie bez powodu dostała na imię Pandora: ją także wszyscy wokół obwiniali za wszelkie nieszczęścia. Nietrudno więc domyślić się jak ciężko było dziewczynie wychylać głowę z domu, bez napotykania się na nieprzyjemności. Im była starsza, na tym więcej sobie pozwalano. Gdy zaczęła na dodatek pięknieć, rówieśnicy zrobili się paskudnie napastliwi, dorzucając do tego złośliwe komentarze, czy w środku też jest taka zimna jak na zewnątrz. W domu nie było lepiej. Krok w krok wmawiano jej, że nie nadaje się do niczego innego poza rujnowaniem cudzego życia. Że jest Erro, błędem, pomyłką. Jej tu w ogóle nie powinno być.
A więc zrobiła to, czego chcieli wszyscy: zniknęła. Śledząc jej nazwisko, można jeszcze trafić na zapisy z archiwów BOPE (Batalhão de Operações Policiais Especiais), czyli elitarnej jednostki żandarmerii wojskowej w stanie Rio de Janeiro. Stąd wzięło się jej obeznanie w korzystaniu z broni i umiejętności skrytobójcze. Tam nie była nieszczęściem, tylko czymś wyjątkowym, asem w rękawie brazylijskiego wojska. Okazało się, że to, co robiło z niej chodzącego trupa, dawało jej niesamowite zdolności regeneracyjne oraz niejaką wytrzymałość na ból. Dzięki temu znów zrobiło się o niej głośno i do Brazylii ściągnęli naukowcy z całego świata, domagając się pozwolenia na zbadanie próbek DNA Pandory. Kobieta w końcu uznała, że sama właściwie chciałaby się dowiedzieć o sobie czegoś bardziej konkretnego od wyjaśnień religijnych. Udzieliła więc zgody ekipie z Megalopolis. Wtedy właśnie udało się odnaleźć źródło niecodziennych umiejętności. Ku zaskoczeniu naukowców, nie była to mutacja, tylko wirus, któremu szybko wymyślono dźwięczną nazwę UNK32. Pandorze więcej nie trzeba było - podziękowała im za pomoc i wyprosiła za drzwi, wracając do swojego codziennego życia. Trwało ono do momentu, w którym podczas jednej z akcji trafiła na swoje lustrzane odbicie - terrorystę posiadającego podejrzanie podobny czynnik gojący. Po wybadaniu sprawy okazało się, że w jego ciele również znajdował się UNK32, ale w zmienionej formie. Ktoś wszczepił wirusa w postaci genu, przez co efekty nie były tak drastyczne jak w przypadku Pandory, u której krążył on sobie beztrosko po organizmie. Wyjaśnienie było jedno: ktoś dorwał się do próbek zabranych przez typów z Megalopolis. A nieświadomej dawczyni wcale nie podobał się fakt, że po słynnych Czterech Miastach krążyła część niej w formie jakiegoś pieprzonego produktu na sprzedaż.
Ponownie zniknęła, tym razem na dobre. Następne wiadomości dotyczą już trupów dealerów i szmuglerów odnajdywanych w Megalopolis. Powieszeni, z poderżniętymi gardłami, zastrzeleni w ciągu dnia na środku ulicy. Z pozoru zupełnie przypadkowe ofiary jakiegoś maniaka okrzykniętego mianem Wendigo. Jedynym co ich łączyło były wzmianki o nielegalnym handlu sztucznie wyhodowanym genem UNK32-1. I gdy tylko ktoś głośniej zareklamuje obecność tego towaru w swojej ofercie, w przeciągu kilku dni jest martwy, a jego magazyny kończą w płomieniach. Dealerzy genami już przywykli do tego, by nie rozgłaszać informacji o posiadaniu jakichkolwiek czynników gojących. Zaczęto nawet mawiać, że UNK32-1 jest w jakiś sposób przeklętym towarem. A Pandora przecież nie chce niczyjej krzywdy. Po prostu chce się upomnieć o to, co należy do niej.
Oficjalnie: Samo nazwisko i imię nie powiedzą przypadkowemu przechodniowi nic. Ale Erro, czy też Wendigo to groza czarnorynkowych handlarzy genów. Ktokolwiek wyściubi wyżej nos, będzie musiał się kiedyś z nią policzyć i nie wyjdzie z tego cało. Ściganie handlujących UNK32-1 uznaje za swój główny cel pobytu w Megalopolis.
Rola w gangu: Jako snajper stanowi idealne wsparcie w sytuacjach, w których pojawienie się z obstawą byłoby...,,nietaktowne". Tak więc gdy któryś z członków gangu będzie musiał prowadzić niepewną rozmowę, Pandora będzie cierpliwie czekała w ukryciu z celownikiem na potencjalnym zagrożeniu. Jeden sygnał i będzie pierwszą, która odda strzał. Co za tym idzie, jest też dobrą skrytobójczynią.
Umiejętności: Zacznijmy od ludzkich zdolności. Erro to z wykształcenia skrytobójczyni. Nieobce jest jej więc słowo dyskrecja i zawsze stara się wykonywać swoją robotę najciszej jak się tylko da. Z niesamowitą wprawą walczy bagnetem, którym także całkiem nieźle rzuca. Świetnie radzi sobie także w walce na dystans. Zawsze ma przy sobie pistolet z wydłużoną lufą (zwiększającą zasięg broni) i tłumikiem. Drugą, niemniej lubianą przez nią bronią, jest nietypowy rosyjski karabin snajperski OTs-03. Ma daleki zasięg, jak snajperce przystało, ale dzięki odsuwanej na bok lunecie nadaje się także do ostrzału na terenie zamkniętym. Ta nienaturalna część umiejętności Pandory opiera się na działaniu wirusa UNK32. Dzięki niemu kobieta posiada niespotykany nigdzie indziej czynnik gojący, pozwalający jej wyleczyć nawet odciętą dłoń, chociaż do tej pory sprawdzała to tylko na palcach (i raz przypadkiem na uchu. Długa historia). Siniaki i zacięcia to kwestie sekund, poważne obrażenia zajmują trochę dłużej. Jej największym osiągnięciem zdecydowanie była regeneracja niemal połowy odstrzelonej głowy i to nawet z włosami (również długa historia...mina faceta, który jej to zrobił była bezcenna). Co ciekawe, tak jak można wstrzymać oddech, tak Pandora potrafi się nie leczyć. Oczywiście również może to robić tylko przez określoną ilość czasu, dopóki się nie ,,udusi". Wirus ma też mniej przyjemną stronę. Jej ciało jest właściwie w zupełności martwe. Serce to po prostu nieruchomy mięsień, przez co Wendigo nie krwawi. Dzięki temu także jej skóra jest zupełnie zimna, oszukując skanery termowizyjne. Jej nerwy również wydają się szwankować, bo wszystko czuje jakby przez warstwę grubych rękawic kuchennych, w tym i ból. Oddychać również nie musi (niedotlenione komórki mózgu szybko są zastępowane przez żywe), robi to dla pozorów. Przy tym wszystkim pytanie czy musi jeść to czysta głupota. Jedynie sen się do czegoś przydaje - idealny czas na zregenerowanie wszelkich drobiazgów, które mózg przeoczył wcześniej.
Przyjaciele: To na pewno trudne przyzwyczaić się do towarzystwa zombie. Ale jednak wykonalne.
Wrogowie: Każdy człowiek powiązany z handlem jej własnymi tkankami. Niezależnie od wieku czy płci.
Autor: Nyan Cat
Subskrybuj:
Posty (Atom)
