Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Echo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Echo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 stycznia 2019

Od Echo (CD Kasumi) - ,,London bridge is falling down..."

        Echo nie przepadał za Shangri-la - miało za dużo niekonwencjonalnych kształtów. Elizjum i Eden były wspaniałe do poruszania się po ścianach, bo wystarczyło zmusić do przyciągania płaską powierzchnię, po której łatwo dało się przebiec. Jeśli jednak zmuszało się do czegoś podobnego budynek o kształcie kolumny, samo lądowanie zaczynało sprawiać problemy. Siła przyciągania rozchodziła się promieniście i chodzenie po cienkiej iglicy przypominało spacer po linie, z której nie można spaść, co nawet istotę pokroju Kreatora mogło przyprawić o zawrót głowy. Patrząc na Hermesa z boku ciężko było to zauważyć, bo chłopak wydawał się poruszać równie zwinnie co zawsze. W myślach jednak klął za każdym razem, gdy rozpęd w połączeniu z kolistym polem grawitacyjnym niemal wytrącał go z równowagi. ,,Koleś manipulujący prawami fizyki potknął się i upadł" - to by dopiero był temat do docinek. Całe szczęście na tej wysokości raczej nie powinien trafić na żadnego znajomego, który mógłby mu potem coś podobnego wypomnieć.
    Kasumi zadzwoniła około trzech godzin temu do Felixa z nadzieją, że Echo był gdzieś w pobliżu. Na jej szczęście Merkury całą noc spędził w bazie i nie zamierzał wychodzić do kolejnego wieczora. Tak mu poleciła Fera - po akcji w Shangri-la powinien przez jakiś czas się nie wychylać, bo o ile Sylve nikt nie zdążył się przyjrzeć, o tyle świecący nibyczłowiek zdołał zwrócić na siebie uwagę całej shangrilaskiej placówki wojskowej. Trop do Elizjum nadal był świeży i mundurowi mogli już zacząć dyskretnie węszyć w poszukiwaniu zaginionego śmigłowca. A mimo to (a może właśnie dlatego) chłopak już następnego dnia ruszył z powrotem w stronę azjatyckiego miasta, by znowu siać zamęt, który tym razem będzie o wiele trudniej zatuszować.
    Dotarcie do Shagri-la trudne nie było. Nie zamierzał korzystać z niczyjej oferty podwózki (resztka godności zabraniała mu ponownie dać się zamknąć w metalowej puszce), skorzystał więc ze swojego sprawdzonego sposobu: ,,przykleił się" do pociągu. Taka metoda podróży była dla niego o wiele bardziej zabawna, a przy okazji nie musiał się martwić, że ktoś go wypatrzy z daleka. Zeskoczył z dachu zanim srebrna tuba wtoczyła się na stację i rozpoczął swoją walkę z krzywiznami w drodze do dystryktu industrialnego.
    Zwój łańcucha na ramieniu nie za bardzo mu w tym pomagał. Nie był ciężki - raczej dziwnie lekki - tylko czasem się zsuwał i Echo musiał pilnować, by go nie zgubić gdzieś po drodze, nie rozbić nim czegoś lub, co gorsza, nie zahaczyć się o coś w pędzie. Nie lubił myśleć podczas lotu o czymkolwiek innym poza tym, gdzie przyciągnąć się w następnej kolejności. Ale nie zwykł odmawiać na prośby, a Kas potrzebowała swojego poczerniałego łańcucha. Nie wiedział do czego i nie miał też powodu, by cokolwiek kwestionować. Był po prostu ciekaw. Wśród Szczurów widział tyle różnych osób, że minie jeszcze sporo czasu, zanim którykolwiek z członków gangu go znudzi.
    Zatrzymał się na ścianie magazynu nad kanałem. Przed sobą widział dwa podświetlone mosty, a za nimi ciemność - słońce zaszło już jakiś czas temu i morski horyzont przy oślepiającym mieście zlewał się z niebem w granatową pustkę. Echo ruszył dalej, robiąc wielki skok nad ulicą prowadzącą do bliższego mostu. Pod nim (a właściwie po jego prawej) przejeżdżały co jakiś czas samochody, ale ostatni most był całkowicie martwy. Dzielnica industrialna żyła głównie za dnia i nocą mało kto udawał się w jej kierunku, co sprzyjało planowi Kasumi. To był jedyny argument, który mógł skłonić pacyfistycznie nastawionego Hermesa do udziału w tej akcji. Teraz, gdy już na własne oczy zobaczył, że faktycznie nikt postronny nie musi ucierpieć, wróciło mu więcej pogodnego nastroju.
    W parę sekund dotarł na przeciwległy kraniec mostu, gdzie nie było przechodniów mogących zaniepokoić się widokiem dwójki Szczurów. Kas co prawda nie wyglądała specjalnie niebezpiecznie w dresach do łydki, sportowym obuwiu, kurtce i czapce z daszkiem, ale Ghan za to nie dość, że był w swoim standardowym ,,umundurowaniu" koreańskich NAVY, to na dodatek sprawdzał jeszcze po raz ostatni broń. Echo przykucnął na lampie latarni ulicznej.
    - Wspaniały wieczór na spacer - rzucił wesoło, chcąc zwrócić na siebie uwagę towarzyszy.
    Oboje spojrzeli do góry. Snajper upewniwszy się szybko, że to tylko wspomniany wcześniej ,,niebieski przyjaciel" Kas, wrócił do swoich spraw. Japonka natomiast uśmiechnęła się.
    - Jeszcze lepszy na zrujnowanie czyichś interesów - odpowiedziała. - Masz coś może dla mnie?
    - Oczywiście! - chłopak zsunął z ramienia czarny łańcuch i rzucił do niej. Kobieta złapała go, po czym sprawnie owinęła wokół przedramienia.
    - Wiesz co masz robić? - zapytała patrząc z powrotem na Merkurego.
    - Zawalić most tak, by statek się zatrzymał.
    - Wystarczy jedna połowa - wtrącił się Ghan, połowicznie skupiony na obracanym w ręku magazynku. - Kanały również obowiązuje ruch lewostronny.
    Hermes zastanowił się chwilę. Spojrzał na swoje dłonie, próbując sobie przypomnieć, która to lewa i którą stroną powinny jeździć samochody, czym skonfundował się jeszcze bardziej.
    - Czekaj, a ludzie nie jeżdżą prawym pasem? - spytał.
    Koreańczyk spojrzał w jego stronę, ale chłopak nie był w stanie wyczytać, czy cisza zapadła z zażenowania, czy też mężczyzna również zaczął się nad czymś zastanawiać. Kasumi pospieszyła z odpowiedzią na nurtujące biednego Kreatora pytanie:
    - Nie każdy kraj ma takie same przepisy drogowe. W Japonii obowiązuje ruch lewostronny. Tak samo jest w Shangri-la, bo Japończycy mieli najwięcej wkładu we władzy miasta.
    - A-haaa… - pokiwał głową ze zrozumieniem. - To głupie - dodał po chwili ciszy. - Czemu w całym Megalopolis nie jeździ się tak samo?
    - Przypłynęli na czas - Ghan przerwał nieistotny temat, wskazując w stronę świateł nadciągających od strony morza.
    Kas podeszła do barierki i odetchnęła głęboko.
    - No to do roboty - stwierdziła i zwróciła się do Hermesa: - Zatrzymaj się nieco przed połową i czekaj aż most się podniesie. Jeśli opuścisz go zbyt wcześnie, załoga zorientuje się, że coś jest nie w porządku. Ja zaczekam tutaj i wskoczę na pokład, gdy już zatrzymamy statek. Ghan będzie nas ubezpieczał stąd - jakby na potwierdzenie jej słów, chłopak usłyszał kliknięcie rozkładanego dwójnogu karabinu snajperskiego. Syknął pod nosem patrząc na maszynę śmierci dalekiego zasięgu i jej małomównego operatora. Nie chciał, by ktoś zginął, choćby nawet bardzo zły ktoś.
    - Dobra, a co potem? - zapytał szybko, zwracając myśli z powrotem na odpowiednie tory.
    - Upewnię się, że nikt na mostku nie wezwie pomocy ani policji - odparła Feniks. - A ty postaraj się zrzucić jak najwięcej kontenerów do kanału.
    - Nie mówiłaś wcześniej przypadkiem o wrzucaniu do wody broni?
    - Po co mamy wrzucać do wody kilka konkretnych ładunków, skoro wrzucenie wszystkich ściągnie więcej uwagi? Jeśli na dnie kanału będzie leżeć kilka zrzuconych na siebie kontenerów, mogą zacząć grozić uszkodzeniem przepływających łodzi. Miasto będzie musiało je wyłowić, a gdy to zrobi, wyjdzie na jaw zawartość niektórych z nich. Broń w Origami Hare już narobiła sporo zamieszania w mediach, teraz jeszcze dodamy do tego to i Takahachi będzie miał sporo papierkowej roboty na najbliższy miesiąc.
    - O ile w ogóle się tym razem z tego wymiga - dodał Godoghan. - To może być już za dużo jak na jego ubezpieczenie. A nawet jeśli, to i tak straci poparcie yakuzy. Może nawet uda nam się podrzucić policji adresy, o których sami nie mieliśmy pojęcia.
    - Dokładnie jak Fera tego chciała - podsumowała Kasumi, nie spuszczając oka ze zbliżającego się statku.
    Echo spojrzał na most. Nie wyglądał specjalnie. W zamyśle nigdy nie był atrakcją turystyczną i nie musiał być ładny. To był prosty most, który miał się unosić i opadać, nic więcej. Dzielnica industrialna miała działać, a nie robić wrażenie. Jedynym specjalnym dodatkiem były wmontowane w jezdnię, równo oddalone od siebie lampki rozłożone w białym pasie na środku - na moście zwodzonym nie dało się zamontować normalnych latarni do oświetlenia drogi - i podświetlone barierki. I chociaż to nie było nic specjalnego, Merkuremu nie było przyjemnie na myśl, że zaraz to wszystko zrzuci do rzeki... o ile w ogóle mu się to uda. Wcześniej nie chciał psuć Kasumi humoru, ale teraz, gdy patrzył na rozmiar mostu, zaczął wątpić we własne możliwości. Jak potężny musiał być mechanizm unoszący coś takiego? I ile siły będzie wymagało jego przeciążenie?
    Może nie zemdleję, stwierdził optymistycznie w myślach i zeskoczył z lampy na barierkę. A jeśli już, to przynajmniej wystarczająco się świecę, by ktoś w końcu mnie zauważył na dnie kanału i wyłowił.
    Usiadł prawie na środku, tak jak mu poleciła Kas, mając szeroką na dwadzieścia centymetrów przerwę w barierce po swojej lewej. Chociaż siedział w pozycji pionowej zgodnie z przyciąganiem ziemskim, nadal instynktownie przyciągał samego siebie do podłoża. To był już chyba wyuczony odruch, ale dzięki niemu przynajmniej zawsze miał kontrolę nad swoją równowagą. Echo czasem zastanawiało, czy ziemska grawitacja ma na niego jakikolwiek wpływ. Lubił myśleć, że tak nie jest, że w tym wypadku sam panuje nad wszystkim. Nikt mu nie będzie mówił, jak ma żyć i po jakiej powierzchni chodzić. Chyba właśnie dlatego przyciąganie się do każdej powierzchni, po której aktualnie się poruszał, było dla niego równie naturalne, co oddychanie dla istot żywych. Mógł umyślnie przestać to robić w każdej chwili, a gdy to robił, nie musiał się nad tym zastanawiać.
    To było nic w porównaniu do zniszczenia mostu.
    Patrząc na zbliżające się powoli światła, przypomniał sobie jedną ludzką piosenkę, którą zwykle śpiewały dzieci w przedszkolu. Miała prosty rytm, który łatwo utykał w głowie. Bezwiednie zaczął kiwać się na boki i nucić:
    - London bridge is falling down, falling down, falling down. London bridge is falling down, my fair lady...
    Była to chyba najprostsza wśród najstarszych ludzkich piosenek jakie usłyszał. Mimo to szybko odkrył, że nawet pośród Anglików - autorów oryginalnego tekstu - bardzo mało osób znało całość.
    - Build it up with wood and clay, wood and clay, wood and clay. Build it up with wood and clay, my fair lady.
    Wood and clay will wash away, wash away, wash away. Wood and clay will wash away, my fair lady...
    To bardzo stara piosenka, skoro pamięta czasy, gdy mosty były drewniane. Most Echo nie był niestety z drewna, a statek zbliżał się coraz bardziej...
    - Build it up with bricks and mortar, bricks and mortar, bricks and mortar. Build it up with bricks and mortar, my fair...
    Nagle chłopak poczuł drżenie. Rozejrzał się na boki. Sygnalizacja świetlna po obu stronach zaczęła ostrzegać, że most zaraz się uniesie. Echo zacisnął palce mocniej na poręczy i nucił dalej. Każda zwrotka dodawała mu otuchy.
    - Bricks and mortar will not stay, will not stay, will not stay. Bricks and mortar will not stay, my fair lady...
    Po chwili czasu poświęconej samochodom i ludziom na opuszczenie mostu (gdyby ktokolwiek poza Echo był w tamtej chwili na moście obecny), machina w końcu ruszyła i Hermes poczuł, że zaczyna się unosić do góry. Podniósł się z pozycji siedzącej w kucki, wbijając wzrok w transportowiec.
    - Build it up with iron and steel, iron and steel, iron and steel. Build it up with iron and steel, my fair lady...
    Echo spojrzał w stronę Kasumi i Godoghana. Kobieta czekała już na murku, tuż nad krawędzią kanału, a snajper obserwował cierpliwie statek nie wychylając się. Z pozycji Hermesa widać było, że trzyma w rękach swój karabin i jest gotów go rozstawić. Most w pewnym momencie szarpnął lekko, po czym zamarł uniesiony do granic. Wtedy Kas spojrzała w stronę Merkurego, uniosła w górę dłoń i opuściła ją gwałtownie. Sygnał był jasny: czas zacząć działać.
    Kreator zacisnął więc dłonie na barierce i zaczął napierać.
    Mechanizm odpowiedział mu natychmiast. Blokada utrzymująca most w niemal pionowej pozycji była niczym mur, który chłopak próbował zawalić siłą woli.
    - Iron and steel will bend and bow… bend and bow… bend and bow… - śpiewał sobie dalej, zaczynając wkładać w swój napór więcej siły.
    ,,Napór" to w sumie nie najlepsze słowo. Echo nie pchał mostu, tylko przyciągał go do dna kanału. Grawitacja dla tej połowy mostu musiała stać się silniejsza od mocy, z jaką mechanizm bezpieczeństwa trzymał ją w powietrzu. Ale uparciuch nie chciał dać się przeciążyć, zupełnie jakby zbudowano go z myślą o małych nadnaturalnych istotach, które chciałyby go zniszczyć.
    Kasumi tymczasem zaczęła się martwić. Statek płynął dalej, a most nie opadał. Ghan już zaczynał wątpić, że jej plan dojdzie do skutku, ale kobieta nadal wierzyła w zdolności Hermesa. Jeśli teraz im się nie uda, nie dostaną już drugiej szansy i będą musieli szukać innego sposobu na ostateczne pogrążenie Takahachiego. Most musiał runąć.
    Echo również zwrócił uwagę na statek. Za bardzo się zbliżał. Jeśli most opadnie za późno, wbije się w środek pokładu. Wtedy ucierpi wiele ludzi, a tego chłopak nie chciał.
    - No dalej... - wystękał. Dziób statku znalazł się już po nim. - Puśćże, ty wredna...
    I wtedy blokada się poddała.
    Część mostu, na której siedział Echo, najpierw opadła gwałtownie o parę metrów, a potem runęła z całą możliwą siłą. Merkury w ostatniej chwili przyciągnął się do drugiej połowy, nadal uniesionej w górę i stamtąd patrzył, jak pierwsza wbija się w dziób. Zgrzyt wyginającego się metalu był niemal przerażający. Statek przechylił się do przodu tak, że ster niemal cały się wynurzył. Do uszu Hermesa szybko dotarły zaskoczone okrzyki ludzi, którzy akurat byli na pokładzie i w momencie uderzenia prawie wylecieli za burtę. Kilka kontenerów zaczęło się przesuwać, grożąc zmiażdżeniem. Syknął, odwracając na chwilę wzrok. Nie taki był plan.
    Ale przynajmniej się zatrzymał, pomyślał, po czym przypomniał sobie o następnym etapie akcji. Odepchnął się od nadal stabilnej części mostu i przyciągnął w stronę pokładu.

Kasumi? Twoja kolej > <

wtorek, 10 lipca 2018

Od Echo (CD Sylvaina) - Skok

        Sylvain słysząc propozycję pomocy wyszczerzył się jeszcze bardziej i spojrzał wyzywająco na Chiena. Ten natomiast zerknął na siedzącego na suficie Echo w niemym ,,I coś ty najlepszego zrobił?”. Chłopak nie za bardzo zrozumiał o co chodziło w tym wyrzucie. Przecież chciał tylko pomóc, a wnioskując po szczęściu wymalowanym na twarzy Francuza trafił w dziesiątkę. Felix od usłyszenia słów ,,uzbrojony śmigłowiec” (podkreślmy: padających z ust Berthiera) przysłuchiwał się pilnie rozmowie i również nie wyglądał na przekonanego.
    - Sylve, nie chcę ci niszczyć marzeń - zaczął ostrożnie - ale chyba obejmuję stanowisko Duonga: jak ty chcesz ukraść śmigłowiec z bazy wojskowej i ujść z tym bez zwrócenia na siebie uwagi?
    - Po pierwsze: uwagę to ja na siebie na pewno zwrócę, Kolczatko. Przecież o to mi właśnie chodzi. Chyba, że nie słyszeliście wcześniej słowa ,,atencjonalny”... - szatyn zmarszczył brwi.
    Cup wyjechała spod biurka z zamiarem wyrecytowania odpowiedniej definicji, ale Jekyll, tylko połowicznie skupiona na swojej pracy, delikatnie wsunęła ją z powrotem.
    - Po drugie - kontynuował Leviathan, w przerwie zakładając ręce na piersi. - Czy ty, Brutusie, właśnie powiedziałeś, że wolisz stanąć po stronie faceta, przed którym wczoraj trzeba było cię ratować?
    - Wcale nie! - obruszył się natychmiast Ćwiek. - Znaczy, nie, że trzeba mnie było ratować, a nie, że nie staję po... - chłopak zaplątał się we własnej myśli. Potrząsnął głową i zmienił temat: - Chodzi mi o to, że jeśli teraz, w początkowej fazie wielkiego planu Fery, coś trafi szlag, to wszyscy będziemy mieli przesrane. A ZWŁASZCZA ci, którym szefowa tymczasowo nadała więcej władzy niż reszcie. I ty do nich należysz, Sylve. Nie mówimy tu o kradzieży zabawki, tylko cholernego śmigłowca! Jeśli ktoś połączy jego zniknięcie z nami, Fujiyama może zacząć mieć się na baczności. Mieliśmy uśpić jego czujność, a nie ją nakręcać!
    Jekyll westchnęła pod nosem, decydując się w końcu wtrącić do rozmowy. Odepchnęła się od swojej części biurka i przejechała na obrotowym krześle aż do stolika, zatrzymując się twarzą do dyskutujących.
    - Skąd pewność, że skojarzą kradzież z nami? - zapytała wprost, wyczekująco patrząc bursztynowymi oczami na Felixa.
    Chyba wybiła go z rytmu. Australijczyk nie za bardzo wiedział jak odpowiedzieć.
    - Kradliście już wcześniej podobną artylerię, że z miejsca trafilibyście na listę podejrzanych? - kontynuowała dziewczyna. - Z tego co wiem, to do tej pory Szczury nie prowadziły działalności takiego kalibru. Uprowadzenie śmigłowca podchodzi pod działalność terrorystyczną. To byłaby pierwsza taka akcja w wykonaniu zwykłego gangu.
    - Jak na ,,zwykły gang”, to całkiem sporo tutaj mutantów i ludzi po wykształceniu wojskowym... - zauważył Chien.
    - I tego nikt o nas nie wie - Violet skinęła Wietnamczykowi głową. - Zastanów się, Fel: to pierwsza taka sytuacja w historii Szczurów, gdy nad jedną akcją pracuje tylu ludzi o tak zróżnicowanych zdolnościach. Policja na pewno już zorientowała się po pozostawionych przez was ,,śladach”, że Fera ma pod swoją komendą nietypowe zbiorowisko, ale nie spodziewają się przecież, że mogłaby skłonić do współpracy AŻ tyle ,,dziwadeł”. Patrząc na nowego mutanta lub cyborga pierwszym pytaniem jakie sobie zadają musi być ,,Co to jest i jak to powstrzymać?”, a dopiero potem ,,Czy dla kogoś pracuje?”. Poza tym, zamierzamy okraść wojsko...
    - Zamierzamy?! - ucieszył się Levi.
    - ... które skupi się na bezpieczeństwie całej wyspy i nie będzie chciało podawać nikomu szczegółów, dopóki samo ich nie wyjaśni. Podejrzenia w pierwszej kolejności padną na jakiekolwiek grupy terrorystyczne działające w pobliżu Megalopolis lub nawet kraje słynące z agresji, a nie na gang, który nigdy nie próbował czegokolwiek graniczącego z zamachem stanu.
Ćwiek i Chien patrzyli na Violet ze sporym niedowierzaniem.
    - Skąd się znasz na procedurach podejmowanych w przypadku kradzieży pojazdów wojskowych? - zapytał pierwszy.
    - To chyba oczywiste, że wojsko będzie stawiało w pierwszej kolejności na najgorsze - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Nie trzeba być żadnym specjalistą, wystarczy spojrzeć na podobne sytuacje z ostatnich lat. W tych czasach zamachy terrorystyczne są na porządku dziennym i każdy chce im zapobiec. Atak na Fujiyamę może się okazać jeszcze mniej oczywisty w obliczu zagrożenia międzynarodowego.
    - Sugerujesz, że akcja w bazie wojskowej mogłaby wręcz odwrócić uwagę od gangu? - Felix wrócił do przerwanego tematu.
    - Na pewno będzie na tyle głośna, że przysłoni serię morderstw w pozostałych miastach - wtrącił się Legion, a Jekyll posłała mu dziękczynny uśmiech.
    - Na naszą korzyść działają dodatkowo usilne starania Fujiyamy, by o jego handlarzach nikt nie wiedział - podkreśliła. - Jeśli nie mają w Megalopolis bliskich przyjaciół lub rodziny, zanim ktoś zauważy ich zniknięcie minie kilka dni. A przez ten czas na głowie przywódcy triady klanów będą siedziały jeszcze inne zmartwienia, jak choćby Osoku i obiecany przez Martin przewrót na rynku narkotykowym. Wobec zmartwień dotykających go bezpośrednio, wiadomość o zniknięciu śmigłowca z bazy wojskowej nie będzie dla niego tak istotna.
    - Przypomni sobie o tym dopiero wtedy, gdy Takahachi zobaczy go w akcji... - haker spojrzał na Sylve. - Bo zgaduję, że właśnie po to potrzebujesz okradać bazę wojskową.
Berthier wyszczerzył się ponownie.
    - Czytasz mi w myślach, mon ami - odparł krótko.
    Lafresque spojrzała po kolei na wszystkich i uznając, że nikt już nie zamierza się kłócić, uśmiechnęła się tryumfalnie.
    - No, to ja wracam do swoich spraw - ogłosiła i odepchnęła się z powrotem w stronę biurka. - Ty Fel też powinieneś! - rzuciła oddalając się.
    Przy stoliku został Chien i Sylvain. Częściowo można byłoby do tego grona zaliczyć także Hermesa, chociaż teoretycznie nie siedział ,,przy” stoliku, a raczej nad nim, wciąż pilnie przysłuchując się wymianie zdań z sufitu. Ze swojej pozycji patrzył na wszystkich wyginając głowę do góry i tkwił już tak właściwie od rana, czasem tylko obracając się w stronę czegoś bardziej interesującego. Violet już zdążyła go zapytać przed przyjściem Sylve, czy nie boli go szyja, ale chłopak tylko spojrzał na nią pytająco. Całe swoje ziemskie życie patrzył na świat z przeróżnych kątów i ani razu nic go nie bolało.
    Większy problem mogli mieć jego rozmówcy, jak Sylve, który odchylił głowę całkiem do tyłu, chcąc porozmawiać z Echo oko w oko. Mimo niewygody nadal się uśmiechał.
    - Błękitny przyjacielu! - zaczął. - Przekonaj mnie teraz dlaczego miałbym wcielić cię w swój plan.
Kreatora niezmiernie ucieszyło nazwanie go przyjacielem. Pojaśniał wesoło i bez dłuższego zastanowenia przeszedł do wyjaśnień:
    - Potrafię manipulować grawitacją...
    Te trzy słowa wystarczyły, by na twarzy Francuza odmalowały się najpierw zaskoczenie, jakby właśnie uświadomił sobie coś oczywistego, a potem wyraz człowieka, który właśnie wpadł na genialny plan. Podniósł do góry palec na znak, że usłyszał wystarczająco, co Merkurego nieco zdziwiło.
    - Jeśli dobrze myślę... to może być nieoceniona pomoc - mężczyzna pochylił się z powrotem do przodu kierując wzrok kombintora na Wietnamczyka. - Czy baza wojskowa niedaleko Shangri-La wygląda jak większość baz wojskowych?
    - Co masz na myśli? - żołnierz zmarszczył brwi.
    - Wiesz, kompleks budynków na zadupiu otoczony grubą siatką z jakimś drutem kolczastym.
    - Wszystko by się zgadzało, poza jednym - naprostował Chien. - Na płoty natkniesz się właściwie wszędzie wewnątrz, ale główną linią zabezpieczeń jest mur wysoki na dwa piętra, obłożony monitoringiem. I drutem kolczastym na szczycie - dodał, uprzedzając malujące się na twarzy Francuza pytanie.
    - Czyli ,,Park Jurajski” - mruknął do siebie Sylve, jakby był przygotowany na podobny scenariusz. Spojrzał z powrotem do góry. - Echo, tak czysto hipotetycznie, dałbyś radę wyrzucić siebie i dorosłego człowieka wyżej niż dwa piętra w górę?
    Hermes prychnął oburzony i założył ręce na persi.
    - Jeszcze się pytasz. Patrzysz na gościa, który wskoczył na dach Messiah Union - oświadczył dumnie, wskazując kciukiem na siebie.
    Chien zmarszczył brwi, jakby nie do końca mu wierzył. Kreatora wcale to nie dziwiło. Przyzwyczaił się do faktu, że ludzie uznają jakiekolwiek jego relacje za bajki. I tym razem mówił prawdę, oczywiście. Echo nie należał do osób lubiących chwalić się na prawo i lewo bez najmniejszego sensu. Naprawdę kiedyś z nudów sprawdzał jak wysoko mógłby wyskoczyć, ale nie zatrzymał się wtedy od razu na wierzowcu. Po prostu przekręcił własne przyciągnie o sto osiemdziesiąt stopni i leciał do góry do momentu, w którym miasto nad jego głową miało rozmiar mapy ściennej. Dopiero spadając zdecydował się wylądować na Messiah Union. Nie było jednak potrzeby dzielić się całą historią - Sylvainowi bez wątpienia wystarczało porównanie do konkretnego budynku. Na dodatek chłopak nie był do końca pewien, czy poradziłby sobie równie dobrze, gdyby musiał przy okazji pilnować drugiej osoby. Nie, żeby jej nie dał rady unieść... gorzej by było z pamiętaniem o ściągnięciu bezpiecznie na dół dwóch obiektów zamiast jednego.
    - Nie mam pojęcia, kto mi cię tutaj zesłał - zaczął Leviathan - ale chyba odstrzelę mu tutaj ołtarzyk. Może dostalibyśmy więcej takich Echo.
    - Hej! Ja jestem jedyny w swoim rodzaju - chłopak znowu się naburmuszył. - DOSŁOWNIE - dodał po kilku sekundach przerwy.
    - Dobra, wróćmy do twojego ,,planu” - wtrącił się Legion. - Chcesz zakraść się pod mur bazy wojskowej, przeskoczyć przez niego prosto na widoku kamer...
    - Hej, od czegoś mamy kolegę Kolczatkę, prawda? - Francuz uśmiechnął się w stronę Ćwieka. Ten obrócił się z zamyśloną miną.
    - Tia... to chyba najmniejszy problem - stwierdził, po czym wstał i zajrzał do swojego małego warsztatu za monitorami. Gdy wrócił rzucił Sylve jakieś urządzenie wielkości i kształtu krążka do hokeja. Berthier doskonale wiedział co to jest...
    - Zagłuszacz. Pierwszorzędnej, australijskiej roboty - oświadczył tryumfalnie, pokazując przedmiot Wietnamczykowi.
    - Obszar działania powinien wam wystarczyć. Tylko uważajcie przy montażu: któraś z kamer może was zauważyć zanim dotrzecie do muru - uprzedził haker wracając na swoje miejsce.
    - Tym się nie martw, Fel - mężczyzna machnął niedbale ręką. - Mam już pomysł co z tym zrobić...
    - To nie rozwiązuje ostatniej luki - naciskał Chien. - Gdzie ty zamierzasz ukryć śmigłowiec aż do finału planu Fery?
    - Mam już jedno miejsce na myśli - Sylvain pochylił się lekko do przodu, łącząc palce dłoni. - Ślicznotka miłym zbiegiem okoliczności pokazała mi wczoraj Norę. A tam, żeby było jeszcze lepiej, mamy już wpływowego człowieka, którego nikt nie odważy się zapytać o sens ukrywania machiny latającej w środku miasta.
    - Byliście w Norze? - Felix znowu obrócił głowę w ich stronę. - To dlatego wróciliście w towarzystwie Charon.
    - Skoro już o niej mowa, masz może jej numer telefonu? - zapytał Levi.
    - Pfft, za kogo ty mnie masz? - chłopak odblokował telefon i znalazł odpowiedni kontakt. - O co mam pytać?
    - Czy w drzwiach garażowych do Nory zmieści się ciężarówka wioząca śmigłowiec - podyktował Francuz.
    Ćwiek zamarł na chwilę z palcem wiszącym nad przyciskiem ,,Zadzwoń”. W końcu westchnął i przyłożył komórkę do ucha.
    - To chyba jakiś Dzień Dziwnych Rozmów Telefonicznych... - mruknął do siebie.

        Echo zwykle nie używał takich słów, ale ocena Sylvaina była wyjątkowo trafna: bazę otaczało zadupie.
    Nie takie straszne, co prawda, bo do Shangri-La było jakieś dziesięć minut samochodem - przemysłowe przedmieścia widać było nawet w oddali. Charon okazała się na tyle miła, że poza przetrzymaniem u siebie śmigłowca (jakkolwiek jej ta prośba nie zdziwiła) zaproponowała, że przewiezie Sylve i Echo z Elizjum na miejsce. Hermes normalnie pewnie nadążyłby za samochodem, zwłaszcza, że drogę techniczną, którą się poruszali, otaczały drzewa. Przeskakiwanie z jednego na drugie nie byłoby niczym trudnym, ale zanim to zaproponował, przypominał sobie, że nie powinien rzucać się w oczy aż Sylve nie uzna tego za stosowne. W końcu nawet w popołudniowym słońcu chłopak byłby z daleka widoczny. Dlatego też wsiadł na tylne siedzenie... i z miejsca stwierdził, iż nigdy nie polubi podróżowania w taki sposób.
    Po dwóch godzinach jazdy (czyli gdzieś koło czwartej po południu) Lena skręciła w bardziej ,,udeptaną” drogę i chwilę potem trójka Szczurów wysiadła. Gdy Echo stanął w końcu na własnych nogach z pewnym zaskoczonieniem stwierdził, że zatrzęsły mu się kolana. Wyraźny sygnał, by nie wsiadać potem z Sylve do ciężarówki, stwierdził w myślach, po czym dołączył do reszty.
    Z łagodnego zbocza mieli całkiem dobry widok na mur - drzewa wokół bazy ścięto, by nic nie utrudniało kamerom namierzenia kogokolwiek lub czegokolwiek wyłaniającego się z lasu. Za nim również było sporo pustego miejsca, aż do o połowę niższej drucianej siatki. Dopiero tam zaczynał się wybetonowany plac. Przynajmniej ruch wewnątrz nie był wielki. Mimo to Lena skrzywiła się lekko i podała lornetkę Sylve.
    - Jesteś pewien, że dacie radę tam w ogóle podejść, zanim was zauważą? - zapytała sceptycznie. - Jeśli wszystko jest jeszcze dodatkowo zautomatyzowane, to nie będziecie mieli nawet pięciu minut na dotarcie pod mur i skok.
    - MAM. PLAN. Ile razy muszę wam to jeszcze powtórzyć? - odparł Sylvain i zaczął grzebać w kieszeniach.
    Hela zerknęła tylko kątem oka na Echo, jakby u niego też spodziewała się zobaczyć coś na kształt zwątpienia. Chłopak jednak był zbyt podekscytowany, by się czymkolwiek martwić. To nie będzie największy skok w jego karierze, ale i tak zapowiadał się świetnie. W końcu rzadko miał okazję latać z kimś, kto tego faktycznie chciał. A zabawa za murem zapowiadała się jeszcze ciekawiej.
W końcu kobieta wzruszyła ramionami.
    - W sumie to nie mój problem - stwierdziła ruszając z powrotem w stronę swojego samochodu. - Wracam do Elizjum przygotować miejsce w Norze. Dajcie znać wieczorem zanim dojedziecie.
    Merkury pomachał jej ręką gdy odjeżdżała. Sylve również do niego dołączył. Gdy zniknęła między drzewami, Francuz przeciągnął się i zatarł dłonie.
    - Teraz nie ma odwrotu, niebieski świtliku - powiedział. - Jeśli wrócimy do bazy z niczym, wystawimy się na pośmiewisko i udowodnimy rację żołnierskiemu pieskowi. Tak być nie może. Obiecałem też ślicznotce rozróbę w Akai Hari i nie zamierzam jej zawieść. Jesteś gotowy?
    - Palce mnie świerzbią - chłopak niemal podskakiwał w miejscu. - To dobry znak?
    - Jak najbardziej - zapewnił go Sylve z uśmiechem.
    Zagłębili się w las. Tym razem Hermes już nie mógł się powstrzymać i wlazł na najbliższe drzewo. Niektóre były na tyle wysokie, by mógł zatrzymywać się na ich pniach. Przeskakiwał więc co jakiś czas nad Sylvainem, na tyle nisko, by korony dalej go kryły. Jedno musiał przyznać: ściganie samochodu na takiej wysokości byłoby cholernie ciężkie. Nie cierpiał być ograniczany w jakikolwiek sposób.
    Po kilku minutach dotarli do granicy wyciętego terenu. Berthier rozejrzał się i zaklął pod nosem.
    - Za daleko - stwierdził. - Niemożliwe, by wszędzie byli tak dokładni... w którymś miejscu musi być bliżej do muru.
    Merkury wskoczył z powrotem na pień i wspiął się ostrożnie na tyle wysoko, by mógł obserwować mur ponad koroną niższych drzew. Sylve miał rację - niedaleko od nich znajdował się róg, przy którym z lasu wystawał cypel z młodszych drzew. Zeskoczył bezgłośnie na dół i wskazał Francuzowi kierunek.
    Gdy podeszli do muru tak blisko, jak tylko pozwala im na to osłona i zasięg kamer, Levi wyjął zagłuszacz Felixa. Sylve sprawnie odczepił orignalne mocowania i w ich miejscu zamontował urzędzenie przypominające przyssawkę.
    - Co to takiego? - zapytał Echo.
    - Bardzo mocna przyssawka - wyjaśnił w skrócie Berthier, potwierdzając początkowe przypuszczenia Kreatora. - Jest automatyczna, więc nie musimy zakradać się pod mur, by przyczepić do niego zagłuszacz.
    Po tym krótkim wyjaśnieniu wstał i ocenił na oko dobre miejsce pod półkulistymi kamerami - dwoma wiszącymi po obu stronach rogu. Następna była dopiero dziesięć metrów dalej i mogła ich jeszcze zobaczyć. Merkury jednak był pewien, że będą w stanie przeskoczyć tuż przy rogu, minimalnie poza zasięgiem działających kamer.
    - To będzie najpiękniejszy rzut w mojej karierze - stwierdził Leviathan. Włączył zagłuszacz, pocałował jego krawędź na szczęście, wziął mocny zamach i rzucił urządzeniem.
    Krążek przeleciał dystans dzielący dwójkę Szczurów od muru, lądując tuż przy jego podstawie. Przyczepił się do ściany mniej więcej na wysokości jednego metra. Czerwone światełka kamer zgasły, zwiastując sukces pierwszego etapu planu.
    - ZA TRZY! - rzucił tryumfalnie Sylve.
    - Ładny rzut - skomentował Echo.
    - Dziękuję - mężczyzna uśmiechnął się. - A teraz powiedz mi, co potrzebuję wiedzieć, by polecieć w górę i wylądować po drugiej stronie.
    - Po prostu biegnij przede mną - odpowiedział Hermes. - I postaraj się nie zwrócić zawartości żołądka po drugiej stronie... mogę tobą trochę zakręcić przy lądowaniu - dodał.
    - W imię nauki zrobię wszystko - zapewnił go Levi pewien siebie. Założył na twarz maskę i uniósł kciuk do góry.
    Merkury skinął głową i ruszyli biegiem w stronę muru. Chłopak pilnie śledził oldegłość dzielącą Francuza od ściany. Widział już oczami wyobraźni trajektorię lotu nad dwupiętrowym murem i zdobiącym go drutem kolczastym. W końcu skupił się na samym Sylve. Odwrócił grawitację najpierw jego, a potem własną. Mężczyzna mając wrażenie, jakby spadał, odruchowo obrócił się nogami do góry. Echo normalnie też by to zrobił (uwielbiał robić fikołki w powietrzu), ale tym razem musiał skupić się na bezpiecznym postawieniu Berthiera z powrotem na ziemi. Na odpowiedniej wysokości grawitacja stopniowo zaczęła ciągnąć ich w dół, ponownie obracając Levim. Tuż przed samym lądowaniem Echo poderwał go delikatnie jeszcze raz do góry i z powrotem przyciągnął do ziemi, by złagodzić upadek. Francuz wylądował na miękkich nogach, ratując się wymachiwaniem rąk przed upadkiem na kolana. Ostatni szybki obrót - nie widoczny, ale na pewno odczuwalny - musiał zadziałać na niego zdecydowanie gorzej od samego skoku. Merkury sekundę później stanął obok niego. Zadowolony, poklepał towarzysza po plecach.
    - Gratulacje! - powiedział wesoło. - Właśnie zrobiłeś perfekcyjne salto do tyłu nad dwupiętrowym murem.

Sylve? Jak wrażenia? :3

sobota, 24 lutego 2018

Od Echo (CD Piaskuna) - Niosąc pomoc (tym razem na czas)

        Echo śledził technologiczne poczynania ludzkości właściwie od antyku. Widział powstawanie wielu cudownych rzeczy... oraz tych nieco mniej pięknych. Ludzkość była dla niego niezrozumiała długie lata głównie przez jej dualizm duchowy. Człowiek, jak większość tych inteligentniejszych zwierząt, potrafił tworzyć. Jednak miał równocześnie coś, czego taki pająk tkający sieć czy ptak budujący gniazdo nie posiadały - wizję, kreatywność, wyobraźnię. Na dodatek spory odsetek gatunku ludzkiego nie tworzył z potrzeby, a z chęci samej kreacji. Ciężko o uczucie podobne tej dumie, którą odczuwa się patrząc na skończoną rzeźbę czy rysunek. Możliwe, że tak naprawdę nie zrobiłeś nic użytecznego, jeśli to nie jest szkic techniczny ani fragment budynku. Stworzyłeś to po to, by było. Spędziłeś nad tym godziny, bo wiedziałeś, że będzie warto i że ta garstka rozumiejących cię ludzi na pewno doceni piękno twojego dzieła. Człowiek, jako jedyna na Ziemi istota rozwijająca swoje dziedzictwo i kulturę, od zarania dziejów czuł potrzebę tworzenia...
    Dlaczego więc równie wielka ilość ludzi odczuwała satysfakcję z destrukcji? Hermes nie potrafił tego pojąć. Kłóciło się to z wszelkim ideałami w jakie wierzył. Po co ludzkość przeczyła sama sobie? Po co im były machiny oblężnicze, narzędzia tortur, trucizny? Na co te wojny? Czemu skupiali się na wymyślaniu coraz paskudniejszej i skuteczniejszej broni?
    Tak, to powstanie broni palnej zdecydowanie było punktem zapalnym, w którym najmłodszy z Kreatorów zaczął wątpić. Po raz pierwszy w życiu w ogóle nie był pewien, czy coś powinno było powstać, a uwierzcie mi, rzadko wcześniej zadawał sobie to pytanie. Kreacja z natury kojarzyła mu się z czymś dobrym, ale gdy służyła do tworzenia narzędzi zniszczenia, jego umysł wydawał się łamać w połowie. I chyba nic tak nie utkwiło w jego pamięci, jak pojawienie się broni palnej. Ledwo weszła w użycie i cały świat zwariował. Konflikty zbrojne już nigdy więcej nie miały wyglądać tak samo. Na całym świecie zaczęto odchodzić od tradycyjnych pojedynków twarzą w twarz, zamiast tego strzelając do siebie na odległość, często nawet nie mając pojęcia, czy ktoś faktycznie zginął od twojej kuli. Gdy krew przestała brudzić człowiekowi ręce, zabijanie stało się prostsze. Śmierć była tam - kilkadziesiąt metrów stąd w obcym okopie. Nie stała przed tobą, gratulując ci sukcesu w odebraniu komuś życia.
    W czasach współczesnych sprawa zrobiła się jeszcze bardziej paskudna. Równocześnie z powstawaniem nowych służb bezpieczeństwa, stopniowo rosła ilość przestępstw. Coraz więcej ludzi miało przy sobie broń palną. Przez to następni czuli się niespokojni i bezbronni, więc kupowali własną. I tak w kółko i w kółko. A nie każdemu człowiekowi powinno się ją dawać do ręki...
    Merkury z bólem stwierdził, że wcale go nie dziwi wystrzał w środku nocy. Nie zaskoczył go również widok jaki zastali z Piaskunem u źródła dawno ucichłego dźwięku. Nowy znajomy Kreatora dotarł na miejsce pierwszy. Był to najnormalniejszy sklep spożywczy, otwarty całą dobę. Chłopak westchnął smutno, już przez witrynę dostrzegając otwartą kasę wyczyszczoną z pieniędzy i leżącego na ziemi mężczyznę w średnim wieku.
    - Czemu mnie to nie dziwi? - stwierdził Jack, ze znudzeniem spoglądając na bez wątpienia martwego człowieka. Już miał iść dalej, kiedy zorientował się, że Echo już nie stał obok niego.
    Merkury - chociaż sklep był otwarty, a pracownik zdecydowanie nie miałby już teraz do niego pretensji o nic - przeszedł na palcach przez przewrócony stojak, obszedł dookoła kontuar kasy i przyklęknął obok trupa. Chociaż nie miał czego sprawdzać, obrócił mężczyznę na plecy, jakby mimo wszystko potrzebował zapewnienia, że nie może tutaj nic zrobić. Materiał flanelowej koszuli w kratę nasiąknął krwią na wysokości mostka, zostawiając ślady na jasnych kafelkach. Echo dostrzegł jednak coś jeszcze: na nosie pracownika zostały złamane (pewnie w chwili uderzenia w ziemię) okulary, z jedną rozbitą soczewką.
    Hermes nie cierpiał być bezsilny. W pojęciu ludzkim był przez kilka wieków bóstwem, a i teraz potrafił dokonywać rzeczy niemożliwych. Gdy więc pojawiał się na miejscu strzelaniny, morderstwa czy włamania, czuł się potwornie. Mógł załamywać rzeczywistość, ale nie potrafił nic zrobić, jeśli najgorsze już się wydarzyło. Obrócił w rękach okulary. Nie zastanawiając się nad tym długo, spróbował je naprawić. Pęknięcie w soczewce zaczęło znikać, jakby sztuczne szkiełko samo się zrastało, a złamana oprawka wyprostowała się nagle, gdy wszystkie elementy wskoczyły na swoje właściwe miejsce.
    - I po co to robisz?
    Chłopak wzdrygnął się, słysząc głos Piaskuna tuż nad sobą. Czerwona peleryna pojawiła się za nim bez żadnego ostrzegawczego dźwięku, do czego nadal się nie przyzwyczaił. Echo zerknął w stronę twarzy Pierwszego. Jego pytanie nie brzmiało złośliwie. Zadał je raczej z czystej ciekawości.
    - Nie lubię bezczynności - odparł krótko Hermes nietypowym sobie markotnym tonem.
    - Wiesz, że to nic nie zmieni - zauważył Jack.
    - Odkąd tylko na siebie trafiliśmy próbujesz się mnie pozbyć - zmienił temat Kreator. - Ale gdy daję ci ku temu okazję, idziesz za mną, zamiast pójść w swoją stronę.
    Przez chwilę Jack w ogóle się nie odezwał. Echo już był pewien, że zdecydował się zignorować tą uwagę, ale wtedy usłyszał odpowiedź:
    - Powiedzmy, że zaciekawiło mnie czego bóg może szukać u trupa.
    Chłopak zaśmiał się wisielczo pod nosem i wstał.
    - Nie jestem niczyim bogiem. Nigdy nie byłem - powiedział. - Czy prawdziwy bóg pozwoliłby w swoim świecie na coś takiego?
    - To nie twój świat, Echo. A jego bóg - Piaskun wskazał brodą martwego mężczyznę - najwyraźniej jest równie zagubiony co ty.

        Wczesne etapy dnia w Czterech Miastach miały pewien swój urok. A raczej fakt bycia ich obserwatorem, a nie uczestnikiem. Hermes mógł przesiadywać spokojnie z boku, patrząc na spieszących się ludzi. Jedni biegli do pracy, inni do szkoły, najmniejsza zaś liczba po prostu spacerowała, nie czując pośpiechu. Przecież sklep nie ucieknie, kawę jeszcze zdąży się wypić przed południem, a do umówionego ważnego spotkania masa czasu. Echo przybiłby z takim przechodniem piątkę, gdyby tylko nie straszyłby wszystkich samym swoim widokiem. Najwyraźniej przeciętny człowiek niecodziennie słyszał ,,Miłego dnia!" od gościa siedzącego po turecku na ścianie, pomijając już sam fakt, jak owy gość wygląda.
    - Tak właśnie spędzasz każdy dzień? - zapytał zrezygnowany Piaskun.
    Merkury zeskoczył ze ściany, po raz pierwszy w ostatnim czasie ,,po ludzku" opierając się o nią obok stojącego niczym posąg towarzysza.
    - Już ci mówiłem: fascynują mnie ludzie - odpowiedział wzruszając ramionami.
    - Poważnie? Ta ewolucja małpy fascynuje cię do tego stopnia, że poświęcasz każdy dzień swojego nieśmiertelnego życia, by dowiadywać się o niej w kółko tego samego?
    - Ej, przełom nie dzieje się w ciągu dni - poprawił go Kreator. - Pierwsza wydrukowana książka nie oznaczała, że na następny dzień cały świat nauczy się czytać.
    - I liczysz, że stojąc na ulicy będziesz świadkiem początku nowego przełomu?
    - Zadziałało dziesięć razy wcześniej, to dlaczego nie miałoby zadziałać po raz jedenasty?
    Pierwszy nie kontynuował tematu. Miał przeczucie, że nie doprowadziłoby to do niczego nowego. Optymizmu Echo nic nie było w stanie złamać na stałe. Jack był pewien, iż wczorajszej nocy był świadkiem prawdziwego załamania duchowego, jednakże chłopak wyzbierał się z niego niesamowicie szybko. Wątpił, by jego smutek był jedynie grą aktorską, wobec tego jedynym rozwiązaniem pozostawało całkowite odrzucenie dołującego wspomnienia. Możliwe, że gdyby w tym momencie zapytał go o wydarzenia poprzedniej nocy, opowiedziałby mu o nieumówionym wyścigu, przestraszeniu jakiegoś gościa i Piaskunie przełażącym przez słup, ale sklepu nie wspomniałby aż do momentu, w którym zostałby mu on bezpośrednio przypomniany.
    - Też widzisz roześmianą kulkę? - odezwał się nagle Hermes.
    - Co proszę? - Jack uniósł nieistniejącą brew.
    - Nie wiem jak ty, ale ja widzę po drugiej stronie ulicy metalowe półkule z cienkimi łapkami - wyjaśnił chłopak... niejako. - Czekaj... chyba nas zauważyło...
    - Nie ruszaj się, to może cię przeoczy - rzucił złośliwie Pierwszy.
    - A może ma dobry węch? Czekaj... jeśli tak, to jak pachnie zabytek prehistoryczny? Jak JA pachnę?!
    - Obawiam się, że na żadne z tych pytań nie jestem w stanie ci odpowiedzieć - odpowiedział Jack. - Łącznie z tym, czy jakikolwiek robot na tej planecie posiada zmysł powonienia.
    - CZEEEŚĆ!
    Merkury odskoczył do tyłu, z niczego słysząc dziewczęcy głosik tuż przed sobą. Spojrzał w dół na kulistego robota z ogromnymi, błękitnymi oczami. Przysięgał, że jeszcze sekundę temu widział ją dziesięć metrów dalej i szczerze wątpił, by przypadkowy ludzki wynalazek posiadał możliwości panowania nad materią dorównujące Piaskunowi. Wspomniany chuderlak w czerwonej pelerynie również wydawał się zaskoczony prędkością, z jaką mała kulka pojawiła się tuż obok nich.
    - WIEDZIAŁAM, że mi się nie przywidziałeś, panie świecący ludku! - ucieszyła się patrząc na Merkurego. - A Felix mi nie wierzył! Wmawiał mi, że to jakaś awaria i że to jego wina!
    - Nie do wiary - zgodził się z nią Jack powoli kręcąc głową.
    - Wiesz, o czym ona mówi? - zdziwił się Echo.
    - Ani trochę.
    - Widziałam cię kilka ulic stąd! - pochwaliła się dziewczyna kierując swoje słowa do Kreatora. - Dlaczego pan chodził po ścianach? To nie jest niebezpieczne?
    - Powoli! - zaoponował. - Zanim mnie przesłuchasz możesz mi powiedzieć kim jesteś i dlaczego za nami idziesz?
    - H11-CUP, do usług! - wyrecytował robot.
    - Echo, i nie zrozumiałem nic poza ,,usługami"! - odpowiedział równie podekscytowanym tonem chłopak. Przez kilka sekund zapanowało niezręczne milczenie, aż zorientował się, że w tym miejscu powinna paść wypowiedź Pierwszego. - To jest Jack - wyręczył kolegę.
    - Czeeeść! - powtórzyła swoją (jak widać) ulubioną frazę H11-CUP, jakby do tej pory nie zauważyła Piaskuna. - Przyjaciele mówią mi Hiccup!
    - Nie mieliśmy zapytać dlaczego nas śledzi? - przypomniał.
    - Bo... ja... - dziewczyna nagle wydała się strasznie skonfundowana. - Szukałam... światełek? No i chciałam udowodnić Feli... O NIE!
    - Coś się stało? - zmartwił się Echo.
    Hiccup okręciła się kilkakrotnie w miejscu z taką prędkością, że nawet Kreatorowi zakręciłoby się w głowie. Spojrzała w każdy możliwy kierunek skrzyżowania, po czym ze śmiertelną powagą i przerażeniem oznajmiła:
    - Felix się zgubił!
    - Potworne - stwierdził Piaskun.
    - Co nie? - zgodził się Merkury uznając, że jego towarzysz powiedział to na poważnie. - Musimy jej pomóc!
    - Co proszę?
    - O-o-o! Tak, bardzo proszę! - ucieszyła się Cup.
    - Dobra! - chłopak usiadł po turecku na chodniku, żeby móc pogadać z nią oko w oko. - Zacznijmy od początku: gdzie ostatni raz widziałaś swojego przyjaciela?
    Dziewczyna znowu posmutniała.
    - Nie pamiętam... - odpowiedziała.
    - Hej hej, nie ma co się smucić! - powiedział szybko Hermes. - A wiesz, gdzie mogłabyś go na pewno znaleźć?
    - Hmmm... - robot zastanowił się chwilę. - Pewnie w bazie.
    - A gdzież jest ta ,,baza"?
    - Też nie wiem.
    Piaskun przejechał sobie dłonią po twarzy. Miał wrażenie, jakby oglądał dwójkę przedszkolaków o identycznym ilorazie wiedzy, z czego jeden próbuje pouczać drugiego.
    - Znaczy, wiem! - poprawiła się Hiccup widząc jego reakcję. - Po prostu nie znam dokładnego adresu.
    - To może pamiętasz coś charakterystycznego w okolicy? - zaproponował Kreator.
    - Pola Elizejskie! - wypaliła niemal natychmiast. - Taki duży kolorowy neon!
    - O! Ja wiem gdzie to jest! - Echo klasnął w dłonie podekscytowany.
    - Zaprowadzisz mnie tam? - poprosiła Cup. - Jeśli Felix jeszcze nie wrócił, to może ktoś inny tam już będzie i go znajdzie. Bo jeśli coś mu się stanie przez moją nieuwagę...
    - Nie bój nic, przyjaciółko! - chłopak dosłownie skoczył na równe nogi. - Dotrzesz tam cała i zdrowa, a Felix też się na pewno znajdzie.
    - Jeeee...! - robocik zaczął kołować wokół niego, nieprzerwanie wydając identyczny dźwięk. Merkury nie miał pojęcia, czy to oznaczało jakiś błąd systemowy, czy najzwyklejszą radość, ale wolał obstawić to drugie. W wypadku pierwszego nie miałby zielonego pojęcia co zrobić.
    Spojrzał przepraszająco na Piaskuna. Wyraz twarzy jego nowego kolegi, jeszcze mniej ekspresyjny niż zwykle, wydawał się jasno mówić ,,W co ja się najlepszego wpakowałem?".

Piasek? Cup? Kto chętny?

piątek, 14 kwietnia 2017

Od Echo (CD Piaskuna) - Trochę szacunku

        Echo roześmiał się szczerze rozbawiony. Piaskun najwyraźniej jego dobrego humoru nie podzielał. Zatrzymał się z bolesnym westchnieniem, do którego tym razem wdarła się jednak nuta irytacji. Ktoś nie będący Hermesem - przykładowo jakiś człowiek z choćby zalążkiem zdrowego rozsądku - mógłby nawet uznać to za ostrzeżenie, taką drobną sugestię, że chyba zbliża się do granicy której dla własnego dobra nie powinno się przekraczać. Ale błękitny z człowieka jedynie posiadał sylwetkę i pewne cechy charakteru. Instynkt samozachowawczy najwyraźniej nie zagrzał sobie u niego miejsca, jakby chłopak dalej nie zdawał sobie sprawy, że pomimo nieśmiertelności jest jak najbardziej ,,do unieszkodliwienia".
  - Słyszałem, że olimpijscy bogowie mieli całkiem sadystyczne podejście do swoich wyznawców - zaczął uszczypliwie Jack - ale po Merkurym podobnej satysfakcji z cudzego cierpienia bym się nie spodziewał.
  - Ja? Sadystą? - kreator uderzył się pięścią w pierś w teatralnym niedowierzaniu. - Skądże, mnie tylko wyjątkowo bawią wasze reakcje...
  - Mam rozumieć, że nie tylko mi przypadł zaszczyt chodzenia po ścianach?
  - I nie ty pierwszy narzekasz - błękitny założył ręce na piersi obruszony. - Ja na waszym miejscu bym się cieszył - na co dzień tak nie możecie, ale gdy już ktoś wam robi przysługę i pokazuje jak to jest, to tylko marudzić i się czepiać!
  Tym razem to w oczach Piaskuna błysnęło coś na kształt rozbawienia. Błysnęło i znikło jednak zanim Echo miałby to zauważyć. Zachowanie rzekomego boga przypominało bardziej reakcję nierozumianego przez dorosłego dziecka, niż kogoś faktycznie ważnego. Jego logika pojmowania ludzkich zachowań dawała wiele do życzenia.
  - Ile czasu spędziłeś wśród ludzi? - zapytał.
  - No nareszcie jakieś pytania! Już myślałem, że nic z tej rozmowy nie będzie - ucieszył się Merkury. - Trafiłem tu u początków czasów nazywanych obecnie ,,antykiem".
  - I dalej fascynuje cię dlaczego to przeszkadza im gwałtowna zmiana kierunku przyciągania ziemskiego? - Piaskun ruszył z powrotem w dół, ku dalej nie osiągalnej mu normalnej grawitacji.
  Błękitny zmrużył oczy w namyśle i podparł brodę pięścią, na wzór myśliciela. Po chwili jakby zauważył, że zgubił nowego kolegę i ruszył za nim biegiem.
  - W sumie to nigdy się nad tym zagadnieniem nie zastanawiałem - stwierdził gdy już dogonił mężczyznę w pelerynie. - To chyba kwestia ograniczenia ludzkich umysłów.
  - To nie jest tak jak powiedział jeden z ludzkich uczonych: ,,Dwie rzeczy są nieskończone - wszechświat i ludzka wyobraźnia"?
  - ,,Wyobraźnia", a ,,umysł" to zupełnie osobne definicje, mój nieśmiertelny przyjacielu - Jack lekko skrzywił się słysząc ostatnie słowo, ale chłopak jakby tego nie zauważył. - Wyobrażenie sobie chodzenie po ścianie, a faktyczne tego doświadczenie, jak widać na twoim przypadku, najwyraźniej jest pewną różnicą. Ludzie nie umieją otwierać się na nowe doświadczenia. Ich umysły przyjmują tylko jeden stan jako ,,normalny", inne mogą sobie istnieć, ale nie dla nich.
  - A potem tych, których umysły faktycznie się otworzyły palili na stosie, topili, a w dzisiejszych HUMANITARNYCH czasach wysyłali do szpitali psychiatrycznych - dokończył myśl Pierwszy z grobowym westchnieniem.
  - Dokładnie! Połowa moich ludzkich znajomych tak skończyła...znaczy, nie żebym się czymś chwalił, to paskudne! - poprawił się szybko Echo uświadamiając sobie, że włożył w swoją wypowiedź za dużo wesołości. Spojrzał przed siebie i dostrzegł sposobną sytuację do odrobiny rozrywki. - Patrz na to!
  Wskazał przed siebie. Tuż ,,pod" nimi szła właśnie jakaś kobieta z piankowym kubkiem na kawę. Wypiła ostatni łyk napoju i nie odwracając ani na chwilę wzroku od telefonu bez wahania rzuciła na ziemię pusty pojemnik. Kosz był kilka metrów dalej.
  - Paskudne - skomentował Hermes. - Kiedy oni się nauczą?
  Zanim jednak kubek dotknął płytek chodnikowych, poszybował nagle w górę w stronę wyciągniętej ręki kreatora. Błękitny złapał go, trzymając jednak od góry - przedmiot napierał w stronę nieba, nie ziemi. Gdyby teraz mu wypadł, zatrzymał by się dopiero przy osiągnięciu stanu nieważkości. Chłopak przeszedł z nim kilka metrów, wyprzedzając śmiecącą kobietę, odczekał kilka sekund i odwrócił kierunek ciążenia kubka. Spadł dziesięć metrów w dół, trafiając nieznajomą w czubek głowy. Ta wzdrygnęła się zaskoczona i podniosła z ziemi kubek, oglądając się za siebie. Pokręciła jednak głową, po czym tym razem wrzuciła go do mijanego kosza na śmieci. Echo zachichotał. Piaskun posłał mu natomiast pytające, lekko powątpiewające spojrzenie, posyłane tylko komuś robiącemu właśnie coś niesamowicie głupiego i pozbawionego sensu.
  - Kiedyś jeszcze ich nauczę dbać o to miasto - stwierdził błękitny.
  - Jakby było o co - mężczyzna uparcie wznowił marsz w stronę ziemi. To tylko dziesięć metrów do wolności...na to przynajmniej liczył. Tymczasem musiał jeszcze chwilę zająć czymś świecącego natręta. - Czemu akurat ty musisz się tym przejmować?
  - No nie powiesz mi, że nie ma w tym widoku czegoś pięknego - chłopak machnął szeroko ręką nad sobą. - Każde czasy mają swój urok. Nawet obecne. Za sto lat budowle będą równie piękne co te sto lat wcześniej. Tylko materiały się zmienią. Jak tu zaśmiecać dzieło sztuki?
  - To zależy od gustu. Coś będące sztuką dla ciebie dla kogoś innego będzie nic nie warte - odparł Jack. - Więc uznajesz za swój obowiązek pilnowanie dosłownego porządku?
  - Oj tam, ,,obowiązek". Mógłbym przestać to robić i niewiele by się zmieniło, doskonale zdaję sobie z tego sprawę - Merkury pokręcił głową. - Powiedzmy, że doskonale wiem jak czuje się artysta, którego dzieła nie są należycie szanowane. W końcu przecież ktoś kiedyś to miasto budował. Ktoś kiedyś musiał wykonać szkic techniczny. A jeszcze przed tym kimś inny ktoś namalował swoją wizję tego miasta. Myślisz, że malował na niej także walające się wszędzie śmieci? Nie sądzę.
  - Skoro już mówimy o porządku na świecie... - zaczął Pierwszy zatrzymując się nagle i obracając w stronę swojego rozmówcy. - Postaw. Mnie. Z powrotem. Na ziemi.
  Błękitny zorientował się nagle, że są już jakieś dwa metry nad chodnikiem. Na ich szczęście nie było tu już żadnych przechodniów. Widok dwójki nietypowo wyglądających facetów stojących bez żadnego wspomagania na ścianie mógłby wywołać niezłą sensację.
  - Aaaaa więęęęc.... - zaczął Echo, z chorobliwą satysfakcją przeciągając głoski. - Chcesz wrócić na ziemię?
  - Tak - skwitował stanowczo Piaskun.
  - Jesteś tego W ZUPEŁNOŚCI pewien, Czerwony Kapturku?
  - Owszem - w głosie mężczyzny zabrzmiała ostrzegawcza nuta.
  - Wcale nie chcesz tutaj zostawać?
  Jack przejechał sobie dłonią po twarzy z bezsilnym westchnieniem.
  - Bo wiesz, skoro już tu jesteś może docenisz zalety tej sytuacji... - kontynuował chłopak.
  - Słuchaj, jak zaraz... - zaczął jego przymusowy towarzysz, gdy nagle poczuł, że podłoga ponownie usuwa mu się spod nóg. Tym razem jednak był na to lepiej przygotowany i bez problemu wylądował o własnych nogach na chodniku. Posłał mordercze spojrzenie w stronę zadowolonego z siebie przerośniętego dzieciaka.
  - Nie musisz dziękować - rzucił ten wesoło w odpowiedzi.
  Piaskun jedynie mruknął coś pod nosem i ruszył przed siebie spokojnym krokiem. Nie trudno się domyślić, że Merkury nie zamierzał go od tak zostawić własnemu losowi. Jack usilnie starał się ignorować idącego obok chłopaka. Co najlepsze, błękitny nawet nie zeszedł na ziemię, dalej trzymając się stopami ściany budynku.
  - Zawsze tak robisz? - zapytał Pierwszy, gdy docierali do zakrętu.
  - W sensie?
  - Jak już się mnie uczepiłeś, to może zejdź do norm...ludzkiej grawitacji. To mogłoby nam oszczędzić zbędnych wyjaśnień.
  - A widzisz, by ktoś teraz tu szedł? - chłopak obejrzał się do tyłu, jakby chcąc jeszcze się upewnić w swoim przekonaniu.
  Właśnie wtedy jak na życzenie zza rogu budynku wyszedł jakiś facet, również nie patrzący przed siebie. Odwrócił głowę w tym samym momencie co Hermes. Oboje krzyknęli zaskoczeni, równocześnie wykonując unik - niebieski uchylił się, przechodzień natomiast próbował uskoczyć w bok. Dopiero po fakcie dostrzegł idącego obok Piaskuna i już przygotował się na to, że się z nim kompromitująco zderzy. Jednak mężczyzna w czerwonej pelerynie stał się nagle półprzezroczysty i Bogu ducha winny gość przeleciał przez niego jakby w ogóle nie istniał. Facet obejrzał się na dwójkę dziwnych obcych z przerażeniem.
  - Przepraszam! Moja wina! - powiedział szybko zażenowany kreator.
  Mężczyzna jednak jedynie wrzasnął i ruszył biegiem przed siebie. Echo syknął pod nosem.
  - I tak oto ludzie stają się wariatami - rzucił z lekkim rozbawieniem kolega w pelerynie. Bardziej chyba jednak bawił go sam Hermes niż biedny nieznajomy.

Piaskun? Nie wiem, czy dobrze się posługuję twoją postacią Apo >.< Zgań jak coś jest źle

niedziela, 26 marca 2017

Od Echo - Perspektywa

        Perspektywa. Fascynujące pojęcie. Wynalazek artystów renesansu, nadający sztuce więcej realizmu, pozwalający oglądającemu niemal wtopić się w obserwowany widok. Obecnie była dla ludzi czymś pewnym, niezmiennym i takim samym dla każdego. Perspektywę widzisz wszędzie - linie chodnika przed tobą zbiegają się w stożek, mijający cię samochód maleje w oddali, takiego samego rozmiaru drzewka ozdobne optycznie różnią się wielkością. Tyle by było w dziedzinie sztuki. Językowo słowo ,,perspektywa" kojarzono jako ,,widok". ,,Spojrzeć na świat z cudzej perspektywy" w przenośni znaczy tyle co zrozumieć danego człowieka.
  Perspektywę Echo ciężko było osiągnąć. Nic więc dziwnego, że tak mało ludzi umiało go zrozumieć.
  W obecnym położeniu błękitnego chłopaka ludzie byli punktami na ścianie naprzeciwko, a szklany budynek pod nim zbiegał się jak wspomniany wcześniej chodnik. Dla niego było to całkiem normalne, że grawitacja ciągnęła jego w jednym kierunku, a wszystko pozostałe w drugim. Za to z perspektywy kogokolwiek na tyle znudzonego, by patrzeć w górę, Hermes siedział na ścianie i to dziesięć metrów nad ziemią. Mogłoby to wywołać niezłe zamieszanie. W sumie mogłoby być nawet śmiesznie. Całe szczęście na eleganckim, dobrze oświetlonym placyku poniżej trwała wystawa zdjęć. Na białych parkanach wisiały prace uczestników jakiegoś konkursu, a oglądający spacerowali między nimi ciesząc się przyjemnym, nocnym chłodem. Ludzie mieli na co patrzeć, Echo nie groziło więc wykrycie. Tym bardziej, że budynek na którym siedział przedzielony był co piętro pasem neonowego, błękitnego światła. Kreator czuł się na jednym z nich niemal jak kameleon.
  Podwinął pod siebie nogi, siadając po turecku. Z nudów kołysał się lekko na boki niczym rozmarzone dziecko. Widząc go w takiej pozycji ciężko było pogodzić się z faktem, że oto masz przed sobą istotę w ludzkim pojęciu boską. A przynajmniej kiedyś mógłby być ludzkim bogiem. On i jego rodzeństwo. Teraz był tylko on.
  Znowu uderzyła go świadomość samotności. Każdy człowiek uznałby, że kilka tysięcy lat to wystarczająco długo, by zapomnieć o stracie. Ale czym były tysiące lat dla kogoś żyjącego dłużej niż sam ziemski czas? Chłopak nie przeżył odpowiedniej żałoby zaraz po fakcie, dlatego teraz jego sumie dręczyło go nią co jakiś czas. Jakby to powiedział człowiek, Merkury nie zapłacił należnej kwoty i teraz musiał borykać się ze spłacaniem tego w ratach. Razem z odsetkami.
  Nie wątpił, że każdy inny Kreator na jego miejscu czułby się szczęśliwy. W końcu nie ma żadnej konkurencji. Jego moc nie może być słabsza od niczyjej innej, bo nikogo innego mogącego się z nim równać już nie ma. Nareszcie jest tylko on sam...no właśnie. Sam. Nawet mając liczne starsze rodzeństwo, Echo nigdy nie czuł się tak mały i nieistotny. Ironicznie, dopiero teraz naprawdę zdał sobie sprawę, że jest tym najmłodszym, bezradnym i niedoświadczonym z całej rodzinki. Nie miał absolutnie nikogo mogącego go w jakikolwiek sposób zrozumieć. Wątpił, by istniał jakikolwiek ludzki psycholog umiejący postawić się na jego miejscu.
  Ciężko zrozumieć nieśmiertelnego. Ciężko spojrzeć na świat z jego perspektywy.
  Ludzie na dole nagle się ożywili. Zbiegli się na środku placu, oblegając jakiegoś człowieka z garniturze. Echo zmrużył oczy, ale szybko stracił zainteresowanie. Mało obchodziło go kulturalne życie miasta, a przynajmniej zbyt mało by rozpoznawać co ważniejsze persony. Wystawa opustoszała - jak widać wszyscy chcieli się znaleźć jak najbliżej celebryty, ratowanego stratowaniem przez dwójkę ochroniarzy. Hermes zachichotał pod nosem. Podobny widok zawsze przywodził mu na myśl starożytność oraz czasy wiary w proroków i posłańców bożych. Tamci czynili uzdrawiali nieuleczalnie chorych, ci dzisiejsi z pomocą portfela czynili jeszcze większe cuda. Ludzka hipokryzja: nie mamy czasu na wiarę, religia to tylko kłótnie i konflikty, Bóg jest martwy. A potem płaszczą się przed człowiekiem z krwi i kości, takim samym jak oni, tylko po prostu mającym nieco więcej szczęścia w życiu. Dzisiaj prorokiem i mesjaszem mógł być każdy, jeśli tylko miał nieco kasy i niezachwianą reputację.
  Może to właśnie przez ten sceptycyzm nie oślepł na widok kolejnego celebryty. Zgromadzenie nie zrobiło na nim większej uwagi, był więc jedynym, który dostrzegł kątem oka szkarłatną plamę. Obejrzał się gwałtownie w bok. Coś mu nie pasowało. Nie była to gama kolorów, chociaż niewątpliwie czerwień w błękitach, granatach i szarości na pewno ściągała szczególniejszą uwagę. Ale tak działał ludzki umysł. Umysł Echo zwrócił uwagę na coś innego: ktokolwiek nosił odbijający się na tle innych kolorów płaszcz nie zniknął nagle za rogiem. Merkury stracił go z oczu ot tak, jakby zniknął. Błysnął i zniknął, mimo iż na pewno siedział tu przez dłuższy czas. Dopóki stał w tłumie, wzrok znudzonego Kreatora mijał go nie poświęcając mu większej uwagi. Gdy zniknął, zdał sobie sprawę, że w ogóle istniał. Teleportacja, czy poważniejsze naginanie czasu i przestrzeni?
  Zaintrygowany wstał i dobiegł do krawędzi budynku, wyglądając na spadającą w dół uliczkę spacerową. Znowu dostrzegł szkarłat, tym razem wyraźniej. Zinterpretował zarys wysokiej sylwetki. Chociaż widok takiego stroju był raczej niecodzienny, to ku jego wielkiemu rozczarowaniu dziwny człowiek szedł normalnym krokiem. Jednak jako iż znamy Echo trochę lepiej niż reszta świata, doskonale wiemy, że tak łatwo by nie odpuścił. Przerzucił swój kierunek działania grawitacji na niższy budynek po drugiej stronie uliczki. Podłoga stała się dla niego na moment ścianą i poleciał głową w dół, ciągnąc za sobą szybko blaknącą błękitną smugę. Na chwilę obrócił siłę ciężkości o 180 stopni, by móc się obrócić i wylądować niemal bezgłośnie na ścianie. Ruszył ostrożnie za szkarłatną peleryną. W pewnym momencie postać obróciła głowę w jego stronę. Chłopak dostrzegł tylko dwa pomarańczowe punkty. Doskonale wiedział, że to nie był przypadek. Nieznajomy spojrzał na niego. Spodziewał się go tu zobaczyć. Potwierdzał to fakt, że zaraz po tym ruszył przed siebie biegiem.
  A więc ścigamy się, pomyślał Merkury również zrywając się do biegu, nie bez satysfakcji. Wzrosła ona tym bardziej, gdy po kilku szybkich krokach czerwona plama ponownie znikła, pojawiając się w tej samej chwili kilka metrów dalej. Dwa plusy: jego teoria o czymś na wzór teleportacji nie okazała się złudzeniem, a co za tym idzie miał godnego przeciwnika do wyścigu. Jeden minus: miał godnego przeciwnika do wyścigu. Koleś mógł mu po prostu zwiać, niszcząc kryształowy tytuł niedoścignionego gońca. Niedoczekanie.
  W biegu zmienił kierunek grawitacji przeskakując gładko na budynek po przeciwnej stronie szerokiego spacerniaka. Równocześnie przekrzywił go nieco tak, by biegł jakby ,,z górki". Teraz jego największym wrogiem mogło okazać się najzwyklejsze potknięcie, ale tysiącletnia wprawa nie szła na marne. Przeskakiwał tak z budynku na budynek, nadrabiając sporo odległości. Jego przeciwnik musiał to zauważyć, bo w pewnym momencie, gdy Echo znajdował się idealnie w połowie lotu, skręcił gwałtownie zeskakując z pomostu w boczną uliczkę. Hermes nie chcąc go zgubić zmienił w locie kierunek, przez co niemal wyrżnął w krawędź ściany na której jeszcze sekundę wcześniej próbował wylądować.
  - Lubimy grać nieczysto, co? - mruknął do siebie. - A więc niech tak będzie...
  Obrócił sobie świat by zanurkować na główkę przed siebie. Przeciął powietrze nad czerwonym płaszczem i stopniowo przywrócił sobie ciężkość na ścianie. Gdy wylądował znajdował się kilkanaście metrów przed swoim przeciwnikiem. Ten dostrzegł Merkurego o sekundę za późno. Kreator pomachał do niego wesoło i gwałtownym szarpnięciem usunął mu ziemię spod nóg. Nieznajomego grawitacja najpierw pociągnęła do góry, a potem ściągnęła do ściany. Mimo szoku wywołanego widokiem ludzi spacerujących po ścianie daleko przed nim, zdołał wstać szybko na nogi i spojrzeć z niemal z pretensją na błękitnego chłopaka kilka metrów obok.
  - Ej, nie patrz tak na mnie! Należało ci się - zaczął Hermes, zupełnie jakby rozmawiał ze starym znajomym. - Przez ciebie prawie rozbiłem się na ścianie. Myślałem, że umawialiśmy się na wyścig w linii prostej.
  O ile gwałtowna zmiana kierunku ciążenia nie zdezorientowała nieznajomego na dłuższą metę, o tyle mógł tego dokonać sam Echo, nawet się nie starając. On po prostu taki był, wydawał się właśnie po to istnieć. I faktycznie, przyjazny ton chyba nieco pozbawionego ust anorektycznego mężczyznę skonfundował. Szybko się jednak zrewanżował i to również czymś dla siebie codziennym i niezmiennym. Mianowicie głosem, który rozbrzmiał równocześnie w przestrzeni, jak i głowie Kreatora:
  ~ To my się na coś umawialiśmy?
  W pomarańczowych oczach błysnęła satysfakcja widząc zdumienie Echo. Co to było za stworzenie? Mimo masy podobieństw nie mógł być człowiekiem, nie wydawał się też mutantem...
  - Czym ty jesteś...? - pomyślał na głos Merkury.
  ~ Vice versa - odpowiedział nieznajomy.
  Jedno było pewne: oboje po raz pierwszy w swoim Ziemskim życiu trafili na istotę równie fascynującą co oni sami.

Piaskun? Nie miałam pojęcia jak zacząć tę relację >.<

sobota, 18 marca 2017

Czym jestem? Pomyśl o mnie jak o ołówku: jedną stroną możesz tworzyć, drugą niszczyć. Jestem więc najpotężniejszym ołówkiem jaki kiedykolwiek zobaczysz.

Kailyze
Imię: Przedstawia się tylko skróconą wersją - Echo. Nie ma jakichś specjalnych problemów ze swoim imieniem. Przeciwnie, uważa je za całkiem ładne i adekwatne. To inni mają z tym kłopoty, przez fakt, iż jest niemiłosiernie długie i nie da się go wypowiedzieć w żadnym ludzkim języku. A że przedstawiać się jednak wypada, wybrał najbardziej przystępną sylabę.
Nazwisko: Pfft, wymysł przyziemnych istot nie umiejących wymyślić oryginalnego imienia. Wśród jemu podobnych nie występowało nic takiego. Imiona nie miały prawa się powtórzyć, żadne nazwiska nie były więc potrzebne.
Pseudonim: Dawno temu, podczas jednej z jego pierwszych wizyt na Ziemi, jakiś zbłąkany człowiek, któremu pomógł wrócić bezpiecznie do domu nazwał go ,,Hermes” i od tamtej pory ludzkość zna Echo pod tym właśnie imieniem. Późniejsi ludzie przekształcili je na nie gorzej brzmiące ,,Merkury”. Obu tych przezwisk (bo jednak w życiu nie zastąpiłby którymś z nich swojego imienia - to by przeczyło wszystkiemu w co wierzył przez całe życie) używa naprzemiennie, pozwalając przyjaciołom na pełną swobodę wyboru. Jeszcze lepiej, gdy sami wymyślą mu jakieś własne miano.
Płeć: Mężczyzna
Wiek: Czas zawsze wydawał mu się czymś dziwnym, nietypowym. W pewien sposób go odstraszał. Mierzenie czyjegoś istnienia jednostką? Traktowanie egzystencji jak odległość? Co za straszny pomysł. Musiał się jednak do tego przyzwyczaić, jeśli zamierzał pozostać tu na dłużej. Z pomocą małego wywiadu udało mu się wyliczyć, że od jego pierwszego spotkania z człowiekiem minęło kilka tysięcy lat. Jednak każdy z jego ludzkich towarzyszy, których zapyta o ocenienie jego wieku, nie daje mu więcej niż 25 lat, głównie z głosu i sylwetki.
Rasa: Merkury mylnie przypomina niesamowicie dopracowanego robota, czy nawet cyborga. Tak naprawdę jednak daleko mu do dzieła ludzkich rąk. Obeznany w temacie naukowiec nazwałby Echo istotą ,,ekstra telestrialną”, a każdy normalny człowiek po prostu ,,obcym”, chociaż po prawdzie nie przyleciał tu z kosmosu. Jeśli już musi określić swoją rasę jednym słowem, nazywa siebie ,,Kreatorem”.
Narodowość: Szczerze, to powinnam tu wpisać, że żadnej nie posiada. Jednakże przez wieki odwiedził każdy możliwy krąg kulturowy, starając się upodobnić do ich mieszkańców. Najbardziej upodobał sobie Grecję i tamtejszy akcent jakby trwale pozostał w jego wymowie.
Obywatelstwo: Brak. Nie istnieje w żadnym rejestrze.
Rodzina: Pozostałych Kreatorów od biedy można nazwać jego rodzeństwem...gdyby tylko ktoś się jeszcze ostał. Niestety, ale ,,istoty wyższe” ironicznie zgubiła typowo ludzka cecha: duma.
Miłość: Od zawsze z niesamowitym zafascynowaniem obserwował ludzi poddanych temu niezrozumiałemu uczuciu. Mimo to dalej nie potrafi go poprzeć żadnym logicznym wytłumaczeniem, bo argumenty ziemskich uczonych o ,,szukaniu partnera do rozrodu” dawno straciły dla niego sens - za dużo widział przypadków par nie posiadających potomstwa, a mimo tego dalej szczerze się kochających. W kwestii samego siebie, Echo nie jest w stanie stwierdzić, czy i na niego mogłoby to podziałać. Ale skoro nie powinien brać pod uwagę logiki, to chyba wszystko jest możliwe.
Aparycja: Wygląd Echo niegdyś budził wśród ludzi niesamowitą sensację, jednak w obecnych czasach postępu wydaje się on nieco mniej imponujący. Chłopak przywodzi na myśl niesamowicie drogiego i dopracowanego cyborga, tudzież robota, chociaż częściej spotyka się z tym pierwszym określeniem. Jakiejś imponującej postury nie ma - przypomina bardziej nastolatka niż dorosłego mężczyznę. Całe jego ciało pokryte jest błękitnymi i szarymi płytami pancerza, odsłaniając jedynie błyszczący okrąg na piersi (uchodzący w ludzkim mniemaniu za generator zasilania) i ciemniejszą niebieską płytę w miejscu twarzy. I ten element wydaje się być najbardziej fascynujący w tym wszystkim; Gdy przyjrzysz się mu z bliska, dostrzeżesz, że ten kolor nie jest stały: barwa faluje, na zmianę ciemniejąc i jaśniejąc jak mgławice ze zdjęć NASA. Do tego dochodzą oczy - zaledwie jasnobłękitny zarys, pozbawiony tęczówek i źrenic, a jednak nietrudno odczytać z nich emocji Kreatora. Cała płyta jest jak okno w duszę Merkurego. Rozweselony wydaje się jaśnieć, a wściekły czy zdołowany - ciemnieć. Gdy w tym wszystkim pomaga młodzieńczy, przyjemny głos, brak twarzy nie wydaje się już w niczym przeszkadzać.
Charakter: Już od pierwszego momentu ludzie z reguły zdają sobie sprawę, że coś z tym, rzekomo najzwyklejszym cyborgiem, jest nie tak jak być powinno. W końcu jak byś zareagował, gdyby po zapytaniu o imię jakiś koleś odpowiedział ci, że znasz go od dziecka, a potem doprecyzował, iż widywałeś go w książkach o mitologii greckiej? W oczach większości, która decyduje się po prostu oddalić bez słowa i zapomnieć o całej rozmowie, Merkury pozostaje najzwyklejszym wariatem, ot kolejny przerobiony na maszynę człowiek, któremu odbiło. A Echo nawet nie stara się tego w żaden sposób prostować. Podoba mu się tak, jak jest. Po prostu kocha mieszać ludziom w głowach, zupełnie jakby z każdym swoim słowem chciał zmusić twój mózg do wypłynięcia na zewnątrz przez ucho. Nierzadko mąci choćby i najprostszą wypowiedź, dopóki nie stwierdzi, że chyba jednak wypada w końcu porozmawiać po ludzku. Czasem chłopak brzmi jakby tkwił w jakimś transie, bredząc od rzeczy pod nosem, nie kierując tych słów do nikogo konkretnego, po czym jakby wróci do rzeczywistości. Nie cierpi ludzkich praw, ale w zupełnie innym pojęciu niż może się wam w pierwszej kolejności wydawać. Otóż do najbardziej znienawidzonych ziemskich przepisów Hermes uznaje choćby posiadanie czegoś takiego, jak ,,nazwisko”. Wśród Kreatorów nie istniało nic w tym stylu, bo samo imię było na tyle oryginalne, że wymawiając je od razu wiedziałeś o kogo chodzi. Imię to niepowtarzalny dar. Nazywając coś pozwalasz temu czemuś istnieć. A tutaj? Zapytasz o Rachel i ludzie od razu zaczną się dopytywać, o którą dokładnie chodzi. Dla Echo takie pytania zawsze są oczywiste. Jeśli masz na imię Mike i jesteś jego przyjacielem, to dla niego nie ma na świecie żadnych innych Mike’ów, tylko ty jeden, oryginalny i niepowtarzalny. I co się dziwić, że potrafi zapamiętać każdy szczegół cudzej twarzy, głosu i ubioru, a nie jest w stanie podać nazwiska. Merkury ceni u ludzi kreatywność, czyli cechę, której sam wydaje się mieć w nadmiarze. Chłopak zawsze wydaje się myśleć na przekór innym. Jego rozwiązania problemów mogą być albo zupełnie oczywiste, albo tak niekonwencjonalne i szalone, że coś podobnego nigdy nie przyszłoby ci do głowy. Na całe szczęście dosyć ciężko go trafić, w innym wypadku już na początku swojego ziemskiego istnienia skończyłby martwy przez jeden ze swoich genialnych pomysłów. Echo zdarzało się już słyszeć, że ze swoimi zdolnościami mógłby podbić cały świat, a nawet raz ktoś się go zapytał, dlaczego tego jeszcze nie zrobił. Odpowiedź jest prosta: to pacyfista. Hermes aż do ostatniego momentu nie będzie walczył, by zabić. To się kłóci z jego światopoglądem. Tysiące lat żył po to, by tworzyć. A życie, jakby nie było, też jest czyimś tworem. Wszelkie przejawy zniszczenia i braku poszanowania dla czyjegokolwiek dzieła aż niebezpiecznie działają mu na nerwy. Sam jednocześnie czuje niewyobrażalne wyrzuty sumienia, gdy przez niego coś ulegnie szkodzie i stara się to szybko naprawiać. Nic więc dziwnego, że policja trafiając na miejsce jakiejś strzelaniny widuje jedynie półprzytomnych uczestników, rozrzucone puste łuski i jednocześnie żadnych śladów po walce. Nie cierpi samotności, gadanie do ścian doprowadza go do szału i zawsze szuka sobie towarzystwa. Ma pewne irytujące przyzwyczajenie przyklejania się do choćby przypadkowych osób i nie puszczenia niczym rzep psiego ogona. Jedynym wyjściem jest tolerowanie jego obecności, jeśli nie jesteś w stanie jej w jakikolwiek sposób polubić. A z tym może być ciężko przez niezdrową ciekawość Merkurego. Ludzki gatunek go po prostu fascynuje i nigdy nie przepuszcza okazji, by dogłębnie poznać cudzy tok myślenia. Niestety, wiąże się to często z wyjątkowo niewygodnymi pytaniami, zadawanymi nierzadko w najbardziej nieodpowiednim momencie. To jedno ludzkie uczucie, a mianowicie jakiekolwiek odczucie skrępowania, wydaje się w przypadku błękitnego Kreatora nie istnieć. Żadne zachowanie czy temat nie wywołają w nim zażenowania ani niechęci, co może przysparzać mu więcej problemów niż korzyści. Mimo wszystko Hermes należy do osób tak pozytywnie nastawionych do życia, że po prostu ciężko się przy nim nie uśmiechnąć, choćby i złośliwie. Czy to przez jakąś jego gafę związaną z brakiem obeznania w ludzkich zwyczajach, czy niemalże dziecięcą ciekawością i zafascynowaniem każdą nową rzeczą. A czasem po prostu spróbuje cię w jakikolwiek zamierzony sposób rozweselić, byleby tylko odegnać grożące gradem ciemne chmury. Trzeba jednak przyznać, że zdecydowanie częściej poprawia ludziom humor nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jednakże niezależnie czy śmiejesz się z niego, czy z nim, grunt, że się uśmiechasz. A z uśmiechem każdemu jest do twarzy.
Song theme: You’re Gonna Know My Name - Watt White // Better World - Extreme Music (wiem, oba kawałki są na playliście, ale tak mi genialnie pasowały... *-*)
Zarys przeszłości: Całej historii Echo nie idzie opowiedzieć przy jednym posiedzeniu. Trzeba by było wyjaśniać przeszłość całej nacji Kreatorów, a coś znane i zrozumiałe z miejsca przestaje być tak fascynujące. Później dochodzi jeszcze inna kwestia: wiarygodność. Hermes nie cierpi być nazywany kłamcą, nie lubi też, gdy ktoś zarzuca mu zmyślanie, opowiadanie wyssanych z palca bajek. Ludzie po prostu mu nie wierzą i nawet już zdążył do tego przywyknąć. A gdy poznał się na Ziemi nieco lepiej, nawet zrozumiał, czemu jej mieszkańcom tak ciężko przychodzi wierzyć w coś tak odrębnego od ich codzienności. Tak więc przestał mówić o sobie, tłumacząc się krótkim ,,I tak byś mi nie uwierzył”. Wszelkie prośby wydają się zbyteczne.
  Możemy wyciągnąć tylko kilka niepewnych faktów, obecnych w jego opowieściach. Jeden: Echo twierdzi, że pamięta czasy starożytnej Grecji, nie wspominając już o tym, że postać Hermesa rzekomo pochodzi od jego osoby i jakichś ludzi, którzy źle go zrozumieli jak z nimi rozmawiał. A skoro już musiał tam być, to i imperium rzymskie doskonale pamięta. I faktycznie, nie da mu się nic zarzucić jeśli chodzi o znajomość kultury antyku, ale zapewne nie mniej dowiedziałbyś się od obeznanego w temacie humanisty. Tylko jak tu wyjaśnić jego znajomość starej, nie mówionej już greki...?
  Dwa: nie zawsze wyglądał tak, jak teraz. Kiedyś podobno nie posiadał żadnego ciała, a co za tym idzie jego moc nie była niczym ograniczona. Jednakże jako jedyny wśród swojego rodzeństwa zdecydował się na wmieszanie się między jakąkolwiek rasę rozumną, nieświadomie wybierając nieśmiertelność ponad niezniszczalnością. I tak po wielu latach dowiedział się od umierającego Kreatora, że cała ich rasa jakimś cudem wymarła, a Echo został ostatnim. Aż go coś zabolało, gdy uświadomił sobie, jak mało go to obeszło.
  Trzy: nie wszyscy ludzie go wielbili. Owszem, dla Greków i Rzymian był bogiem, ale gdy czasy zaczęły się zmieniać, a stare kulty wymierać, w niektórych kręgach kulturowych zaczęto go postrzegać jako demona. Gdy religie monoteistyczne zaczęły zdobywać świat u początków średniowiecza, musiał zacząć się ukrywać. Zdecydował się przeczekać te ciemne wieki, aż do czasów, w których będzie mógł spokojnie spacerować po ulicach.
  Przez wiele wieków zaczynał tracić wiarę w możliwość takiej opcji. Widział, jak Ziemia się zmienia, lecz działało to boleśnie wolno, przez co nie mógł integrować się z ludźmi tak jak kiedyś. Zdarzało mu się co prawda rozmawiać z jakimiś przypadkowymi ludźmi, głównie artystami, ale opinia publiczna szybko uznawała ich za wariatów, nierzadko wymierzając sprawiedliwość własnoręcznie.
  Nabrał nowej nadziei widząc pierwszego humanoidalnego robota. A gdy ludzka społeczność zaczęła akceptować obecność w pełni zmechanizowanych ludzi (cyborgów militarnych), mógł bez strachu pojawiać się wśród nich. I to nawet bez strachu o stworzenie kolejnego kultu, bo w obecnych czasach wiara wydaje się jednak schodzić na trzeci, albo i dalszy plan. Człowiek nie był już istotą religijną - był istotą postępu, a postęp odrzucał istnienie istoty wyższej. To by wyjaśniało mniej więcej, dlaczego historia Merkurego wydaje się tak idiotycznie nieprawdziwa.
  Dlaczego akurat Megalopolis? I po co dołączał do Szczurów? Tego nawet sam Echo nie jest w stanie stwierdzić. Za swoją misję uznał poznanie człowieka, a chcąc osiągnąć ten cel, musi obracać się wśród ludzi każdego sortu. Teraz najwyraźniej pragnie zrozumieć kryminalistów. I wyjątkowo go to bawi...
Oficjalnie: Zależy jak pojmujesz ,,oficjalnie” - na przestrzeni wieków, czy w chwili obecnej? W pierwszym przypadku, trafisz na niego w każdej książce dla dzieci poświęconej mitologii...ze skrzydełkami u nóg oraz kaduceuszem w ręce, ale mniejsza o szczegóły. Natomiast patrząc tylko i wyłącznie na teraźniejszość, to Echo jest po prostu nikim. Dla Megalopolis nie istnieje, a dla każdego mijanego przechodnia jest jedynie kolejnym cyborgiem. Niesamowicie dopracowanym i drogim cyborgiem. Jego faktycznej roli na tym świecie nikt by się w pierwszej kolejności nie domyślił.
Rola w gangu: Merkury do perfekcji opanował poruszanie się po miastach bez zwracania na siebie najmniejszej uwagi. W jednej chwili widzisz w bocznej uliczce błękitny błysk, w drugiej już wydaje ci się, że miałeś jedynie przywidzenie. W dobie komunikacji radiowej, telefonicznej czy nawet przez internet może to dziwnie zabrzmieć, ale chłopak jest...gońcem. Dokładnie tak, jak sam mitologiczny psotny bóg po którym ma przezwiska. Chociaż lepiej byłoby nazwać go pośrednikiem. W każdym razie, Hermes często bierze na siebie odpowiedzialność stawienia się jako przedstawiciel Szczurów na niepewne spotkania. Biorąc pod uwagę jego umiejętności, to właśnie jemu z całej grupy chyba najmniej grozi wpadnięcie w zasadzkę.
Umiejętności: Główną zdolnością Echo od zawsze była manipulacja rzeczywistością. Niegdyś potrafił przemykać między niewidzialnymi wymiarami, zmieniać prawa natury czy nawet tworzyć coś nowego pstryknięciem palców. Teraz pozostała mu zaledwie namiastka, a mimo to nadal nie da się tego nazwać inaczej, niż przeczeniem wszelkim logicznym zasadom, wkuwanym nam do głów na lekcjach fizyki. W skrócie, Hermes potrafi w pewien ograniczony sposób kontrolować swoje otoczenie. Głównie bawi się grawitacją. Jeden impuls i wybrane przez niego przedmioty (lub ludzie) przykleją się bezradnie do ścian czy sufitu, lub zaczną bezładnie lewitować w powietrzu. Ma to oczywiście swoje granice - im większy obszar działania i ciężar poddanych mu obiektów, tym krócej może to trwać i szybciej męczy Merkurego. Najprościej jest mu wpływać na samego siebie. Umiejętność ta pozwala mu szybko przemieszczać się po miastach, właściwie przeskakując jedynie z jednej ściany na drugą (to by wyjaśniało, dlaczego Grecy uważali, że potrafi latać). Inną pozostałością jego dawnych mocy jest umiejętność odtwarzania zniszczonych przedmiotów. Nie całych, a jedynie cofanie uszkodzeń. Działa to również w przypadku ran, zarówno własnych jak i cudzych. Nie ma to jednak nic z manipulacją czasem - gdy ktoś zostanie śmiertelnie postrzelony, Hermes mógłby jedynie zasklepić ranę, a nie przywrócić mu życie. Chłopak nigdy nie odważyłby się babrać w czasoprzestrzeni. W końcu kto by chciał mieć czarną dziurę w kieszeni w miejscu naprawionego telefonu?
Przyjaciele: Towarzyskość Echo - chociaż nie każdy może ją lubić - szybko znajduje mu ludzi godnych większej uwagi niż inni.
Wrogowie: Jak mówiłam, nie każdy musi lubić kogoś jego pokroju.
Autor: Red Riding Hood