Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvain. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 grudnia 2021

[Sylvain] Lęk przed śmiercią, czyli nocne rozmowy przy czekoladzie

    Winda drgnęła niepokojąco. Zamigotała pojedyncza żarówka nad drzwiami, zwiastując nieuniknione. Chwilę później w całym budynku wysiadł prąd, a jej wnętrze pogrążyło się w ciemności. Jedynie cyfry na staromodnym panelu przy drzwiach jarzyły się słabo białym światłem, sprawiając wrażenie, jakby unosiły się w ciemności. A trzeba im przyznać, że odbijając się w szybie po przeciwnej stronie sprawiały naprawdę upiorne wrażenie. Winda zatrzymała się gwałtownie między czwartym, a piątym piętrem w akompaniamencie zgrzytów i pisków hamulców awaryjnych. Wnętrze rozbłysło mdłym, zielonkawym światłem. Takim, które zamiast dodać człowiekowi otuchy, dusiło go jakby bardziej i wprost krzyczało, że nie dzieje się nic dobrego. Czy tak miało wyglądać oświetlenie awaryjne?
    Sylvain Berthier urwał w połowie właśnie wygwizdywaną melodię i zmarszczył brwi, zaciskając usta w wąską kreskę. Tego w jego planie nie było. Na pewno nie było. Postał tak chwilę, przestępując niepewnie z nogi na nogę. Czekał na dalszy rozwój wypadków. Gdy winda nie wykazała żadnej chęci do współpracy i nie ruszyła się ani o milimetr w dół, zdecydował się zachęcić ją do tego i wcisnąć przycisk z 0. Bez żadnego skutku. Wcisnął go jeszcze kilka razy zanim dotarło do niego, że to bez sensu. Zaatakował więc przycisk służący do otwierania drzwi na życzenie. Nie był pewien czego oczekiwał. Zbiegu okoliczności? Cudu? Czystej magii? Interwencji dowolnej siły wyższej? Nic z tych rzeczy się nie stało. Winda nie ożyła w żaden nieprawdopodobny sposób. Drzwi pozostawały zamknięte.
    Merde.
    Cofnął się pod najdalszą od wejścia ścianę winy aż oparł się plecami o naklejone na nią lustro. Spojrzał w górę, szukając klapy w suficie, która pozwoliłaby mu się wydostać. Tak jak na filmach. Tyle, że to nie był film, a prawdziwe życie. Sylve miał też jak najbardziej prawdziwe kłopoty i jeden z nich właśnie śmiał mu się w twarz. W suficie nie było żadnych klap. Gładkie metalowe drzwi, brzydkie, zmatowiałe lustra na ścianach i wyświetlacz z przyciskami zdradzały, że był to prawdopodobnie jeden ze starszych w mieście budynków. Może nawet najstarszy w okolicy, pamiętający jeszcze początki Megalopolis. Francuz zaczął przeszukiwać kieszenie, licząc na to, że plan sam wpadnie mu do głowy.
    Telefon? Przecież i tak nie mam do kogo zadzwonić. Straż pożarna nie odbiera telefonów zza grobu. A policja to dopiero by się zdziwiła. Latarka? Tsa, to dam znać Batmanowi, że tu jestem. Zapalniczka? Trochę za wcześnie na ognisko na środku. Cholera i tak nie miałbym czego podpalić. Chyba że kalendarz… Śrubokręt? A gdyby tak odkręcić panel…? Tylko co by mi to dało, w budynku i tak nie ma prądu. Myśl, Sylve, myśl. Poradzisz sobie. Tylko spokojnie… Pamiętaj, że nikt cię tu szukał nie będzie. Długopis? To chyba nie najlepszy czas na szkolne graffiti. Drobne? Hmm… Stary paragon? Chyba czas zrobić porządek w kieszeniach. Taśma klejąca…? Po jaką cholerę mi taśma klejąca? Guma do żucia? To chyba nie pomoże w tej sytuacji. A sznurek…?
    Budynkiem zatrzęsło, jakby budził się na nowo do życia po kilkunastu latach uśpienia. Drgający blok gwałtownie osunął się na lewo, ciskając uwięzionym w windzie mężczyzną o ścianę obok. Powietrze eleganckim łukiem przecięły trzymane właśnie w rękach śrubokręt, taśma klejąca i sznurek. Sylvain usłyszał bardzo wyraźnie jęk konstrukcji. Zgrzyt metalu ocierającego się o metal, głuchy odgłos walących się gdzieś niżej ścian i brzęk tłuczonych szyb. A potem wszystko osiadło i powoli, acz nieubłaganie zaczęło zsuwać się w tył. Sylvain przetoczył się z powrotem na tylną ścianę windy, próbując przypomnieć sobie, co właściwie powinno znajdować się za jego plecami. Gdy zrozumiał co się dzieje, zaklął paskudnie, panicznie próbując pozbierać swoje rozrzucone rzeczy.
    Sześciopiętrowa rudera do wynajęcia właśnie osuwała się do shangrilaskiej zatoki.
    Tej nocy ocean był wyjątkowo wzburzony. Czarne, groźne fale rozbijały się o brzeg i przelewały przez falochrony, by ostatecznie zniknąć w kanałach nabrzeża. Tylko że Sylvain Berthier o tym nie wiedział. Zresztą nawet nie mógł wiedzieć. Gdy wsuwał koniec swojej prowizorycznej kotwiczki z linki i śrubokręta sklejonych razem taśmą pomiędzy skrzydła drzwi było już za późno. Przez lekko uchylone blachy zobaczył tylko walące się na windę resztki klatki schodowej. Spadł na niego grad potłuczonych szyb, zostawiając mu twarzy i rękach drobne skaleczenia. Kurz pełen większych i mniejszych odłamków zasypał mu oczy, zmuszając go do osłonięcia ich dłonią. Do środka wpadł też pod skosem długi, gruby jak jego kciuk stalowy pręt, który minął o włos jego stopę i oparł o dno windy tuż obok. Nie uszkodził uwięzionego mężczyzny tak od razu. Metalowy pręt zaplanował dla Francuza o wiele lepszą atrakcję. Zaczął od tego, że zablokował lekko uchylone drzwi windy, kiedy te stały się już sufitem pułapki.
    A potem do środka wdarła się woda. Tej nocy ocean był też cholernie zimny.
    Sylvain Berthier miał niecałe trzy sekundy, by nabrać w płuca tyle powietrza, by wystarczyło do końca jego życia i zacisnąć oczy najbardziej jak tylko mógł. Z czego uderzenie lodowatej wody wydusiło z niego niemalże połowę tego zapasu. Otworzył szeroko oczy. Słona oceaniczna woda szczypała jak diabli. Kopnął w pręt, licząc na cuda. Albo że drzwi staną otworem, a on się wydostanie. Te jednak ani drgnęły. Kopnął więc drugi raz i kolejny. Drzwi windy rozsunęły się odrobinę. Na głowę Francuza spadł kamień wielkości jego pięści. A przynajmniej tak mu się wydawało. Nie widział zbyt wiele w otaczającej go mętnej ciemności. Uderzenie natomiast autentycznie zabolało.
    Spojrzał do góry, ignorując pieczenie drażnionych solą oczu i kolekcji skaleczeń. W stronę – jak mu się wydawało – powierzchni. Sytuacji nie poprawiał fakt, że Megalopolis pogrążyło się w ciemnościach dobre kilka godzin wcześniej. Z dna zatoki i z windy pośrodku gruzowiska nie było widać jego świateł. Czy powierzchnia w ogóle tam jest? Na ten moment nie był tak do końca przekonany.
    Spróbował przecisnąć się przez wąską szparę. Wiedział – czuł – że kończy mu się czas. Niczego nie pragnął w tym momencie tak, jak powietrza. Żeby tylko móc się wynurzyć… Żeby tylko… Ponad taflą wody cierpliwie czekało bezpieczeństwo. Jednak w szparze drzwi mieściła się tylko jego ręka. A i to z najwyższym trudem, bo po drugiej stronie czekały na niego betonowe kamienie i złowieszczo powyginane druty zbrojenia. Nie było powierzchni, do której miałby płynąć resztką sił. Cały świat skurczył się do rozmiarów malutkiej, metalowej klitki na dnie zatoki.
    Co nie oznaczało bynajmniej, że nie chciał chociaż spróbować. Płuca paliły go żywym ogniem, gdy z ręką wciąż wyciągniętą ku górze próbował znaleźć cokolwiek, co go uwolni. Gdy w końcu znalazł skrawek przestrzeni przełożył przez szparę drugą rękę i siłą spróbował poszerzyć otwór. Winda walczyła z nim o to, by został w niej na zawsze.
    Boże, to trwa całą wieczność…
    Ale Sylvain był równie uparty, co ona i w dodatku udało mu się przecisnąć głowę na drugą stronę. Złapał się jedną dłonią za nos i usta, by zwalczyć potrzebę zaczerpnięcia oddechu. Powoli, centymetr po centymetrze przeciskał się dalej. Wydawało mu się to całą wiecznością, chociaż spieszył się jak mógł, mając tylko jedną wolną rękę. Kręciło mu się w głowie. Widział setki kolorowych plam wirujących mu przed oczami w tej cholernej, całkowitej ciemności.
    Gdy uwolnił się już niemal całkowicie gruzy poruszyły się znowu. Fragment ściany spadł na windę, wyginając drzwi. Zabolało, gdy otwór skurczył się znowu, ściskając go tuż nad biodrami. Zaskoczony okrzyk przybrał jednak tylko formę cennych bąbelków powietrza uciekających ku górze. Sylvain utknął, szamocząc się bezsilnie, żeby uwolnić nogi. Zaklinował się, kiedy już naprawdę niewiele zostało, by to przeżył.
    Ale w końcu po prostu przestał walczyć. Zanim wciągnął w płuca haust lodowatej wody jego ostatnią myślą było: Chciałbym się już nie obudzić. A potem pozwolił swojemu ciału kołysać się bezwładne w lodowatym, mrocznym świecie shangrilaskiej zatoki. Z pustym wzrokiem skierowanym ku górze, do której nie udało mu się dotrzeć.
    Obudził się szybciej niż mu się wydawało.
    Sylvain otworzył szeroko oczy i poderwał się z łóżka, jednocześnie biorąc oddech tak głęboki, że zaczął dusić się kaszlem. Wziął kilka kontrolnych wdechów, delektując się każdym z nich. Lekko stęchłe mimo dobrej wentylacji powietrze kryjówki w kanałach smakowało mu jak nigdy przedtem. O tym, by zacząć oddychać normalnie podjął decyzję dopiero wtedy, gdy zakręciło mu się w głowie. Przesunął się pod ścianę i oparł o nią głowę, próbując opanować zbyt szybko bijące serce. Przeczesał dłonią włosy i przymknął oczy, przekonując sam siebie, że to wszystko to był tylko bardzo realistyczny sen. Dookoła było zbyt ciemno i zimno, by był w stanie uspokoić się tak od razu. Zbyt podobnie do tamtych wydarzeń.
    – Co za zdrada… – mruknął do siebie, nie siląc się nawet na precyzowanie, czy chodziło mu o sen, temperaturę powietrza czy fakt, że w kryjówce w podziemiach nie było okien, przez które mógłby popatrzeć na suchy świat.
    Drżącymi dłońmi włączył latarkę w telefonie i rzucił nim na łóżko obok siebie. Telefon podskoczył kilka razy na materacu, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi. Sylvain wbił ostrzegawczy wzrok w urządzenie, zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że skierowana ku górze latarka razi go w oczy. To wystarczyło, by ten litościwie zdecydował się nie spadać na podłogę. Białe światło zalewające niewielki pokój dodało mężczyźnie otuchy. Ale tylko odrobinę i stanowczo nie był to akceptowalny poziom komfortu. Wciąż było piekielnie zimno.
    Owinął się kołdrą i siedział tak przez chwilę w absolutnej ciszy i bezruchu, próbując przestać myśleć o swoim koszmarze. Bezskutecznie zresztą, bo za każdym razem, gdy zamykał oczy widział moment, w którym niebo runęło mu na głowę i wdarło się do jego więzienia lodowatym strumieniem. A była to naprawdę paskudna, mrożąca krew w żyłach wizja. Zwłaszcza, że wcale nie miała dobrego zakończenia. No i nie była tylko wizją chorego umysłu szaleńca. Po plecach Sylve przebiegł dreszcz, gdy przypomniał sobie wszystko, co działo się tamtej nocy. I następnej. I jeszcze jednej.
    Ciekawe czy Fel już śpi, zastanawiał się, zbierając się do wyjścia. W tym przypadku oznaczało to jedynie wygrzebanie się spod ściany na podłogę i ubranie pierwszych znalezionych spodni. Koszulkę na szczęście już na sobie miał, a kołdry nie zdecydował się porzucać. Szczelnie opatulony, boso i uzbrojony w telefon z latarką wyruszył w długą na kilkanaście kroków podróż ku części wspólnej kryjówki. Cóż, na pewno nie zaszkodzi tego sprawdzić.
    Czasami, zwłaszcza w chwilach takich jak ta, nawet nieśmiertelny mutant zwyczajnie nie chciał być sam. Nie chodziło nawet o to, by faktycznie robić coś konkretnego. Sylvain nie potrzebował w tym momencie ani rozrywki, ani fikołków mentalnych na temat jakiejś niesamowitej rozprawy filozoficznej, ani nawet takiej zwykłej, codziennej rozmowy. Ba, nie potrzebował nawet przytulenia! Chociaż co do tego nie był akurat taki pewny. Chciał po prostu zobaczyć kogoś – kogokolwiek – żywego i względnie będącego człowiekiem. A jeżeli przy tym miało paść na Ćwieka, tym lepiej się składało. Świat był dla Sylvaina w tym momencie odrobinę zbyt samotny.
    Na szczęście nie pomylił się ani trochę. Felix w zasadzie leżał na swoim ulubionym krześle bokiem do biurka. Skrzyżowane w kostkach nogi położył na blacie obok monitorów, a na udach oparł klawiaturę. Z jedną dłonią na myszce, a drugą uniesioną wyczekująco nad spacją sprawiał wrażenie co najmniej jakiegoś informatycznego bóstwa w klimatach hindi. Sylvain nie śmiał zakwestionować niewątpliwej wygody tej pozycji.
    Z pewnością tak było o wiele lepiej niż w łóżku. Z łóżek korzystali tylko zwykli ludzie, wariaci jego pokroju czy istoty, które czerpały jakiekolwiek profity ze snu. Felix w życiu nie mógłby sobie pozwolić na coś tak przyziemnego jak życie szarego śmiertelnika. Nie w kryjówce gangu, gdzie zawsze było coś do zrobienia, zaktualizowania czy skoordynowania. Teraz jednak, słysząc kroki Francuza wychodzącego z korytarza podniósł wzrok i zmarszczył brwi.
    – Sylve? Co ty tu robisz?
    – Mieszkam, mon ami – mruknął, przecinając salon w linii prostej do kanap. Opadł na najbliższą z nich i poprawił swoją kołdrę.
    Ćwiek ściągnął nogi z blatu i usiadł tak, żeby widzieć swojego kolegę pomiędzy dwoma monitorami.
    – Tyle to wiem… Pytam raczej co ty tu robisz o… – urwał, by spojrzeć na telefon – o prawie trzeciej w nocy.
    Sylvain potarł dłońmi zmęczone gwałtowną pobudką oczy. Wciąż cholernie go szczypały i ciężko było mu powiedzieć czy winę za to ponosiła faktyczna pobudka, czy raczej poprzedzający ją sen. Podkulił nogi i oparł brodę na kolanach, szczelniej otulając się kołdrą.
    – Sylve…? – zaniepokoił się Ćwiek. – Coś się stało…?
    Sylvain nie zaczął mówić tak od razu, czując na sobie zmartwiony wzrok Fela. Przez chwilę nawet bił się z myślami o to czy w ogóle powinien powiedzieć cokolwiek. To nie tak, że nie chciał się zwierzać Felixowi ze swoich głęboko – wyjątkowo głęboko – skrywanych sekretów. Felix był najlepszym przyjacielem jakiego Berthier kiedykolwiek w życiu miał. Nawet jeśli nie wiedzieli o sobie wszystkiego i nigdy mieli się nie dowiedzieć całej prawdy. Co, swoją drogą, obu wychodziło na dobre.
    Po prostu temat był dość delikatny i raczej drażliwy. Sylvain Berthier znany był ze swojego wyjątkowego poczucia humoru w kwestii śmierci. Zwłaszcza swojej własnej, bo o tej żartobliwie wspominał nader często i chętnie. Jednak nawet i w takim przypadku zawsze istniało jakieś ale. Bo każdy kto spędził z Leviathanem dość czasu i poświęcił temu uwagę z pewnością zauważyłby, że Sylvain bardzo nie lubił opowiadać historii swoich zgonów i unikał pytań o konkrety, stanowczo zmieniając temat. Owszem, wspominał czasem o jednej czy drugiej. Żartował z nich przy każdej okazji. Czasami nawet przytoczył kilka słów kontekstu – jak w przypadku ostatniej śmierci w martwych rosyjskich ramionach, o której słyszeli już chyba wszyscy w gangu. Ale nigdy nie podawał szczegółów.
    Westchnął boleśnie i podjął ostateczną decyzję, by jednak porozmawiać o tym, dlaczego byle zły sen wygonił go z łóżka w środku nocy jak zagubionego dziewięciolatka. Problem polegał na tym, że Sylvain nie twierdził, że był to byle zły sen. Po prostu było mu głupio, że przyszedł z czymś takim.
    – Ewwwww… Miałem po prostu naprawdę paskudny koszmar – stwierdził w końcu, wybierając najbardziej ogólny wariant odpowiedzi.
    Ćwiek pokiwał ze zrozumieniem głową, nie oceniając Berthiera aż tak krytycznie jak zakładał jego najczarniejszy z czarnych scenariuszy. A potem zrobił coś, na co zdobyć mógł się tylko prawdziwy przyjaciel: wstał, przeciągnął się z ziewnięciem i dosiadł do Sylve na kanapie.
    – Opowiadaj – rzucił lekko, przypatrując się Francuzowi z dziwną mieszaniną zaniepokojenia i uwagi.
    Sylvain podniósł głowę, wzruszył ramionami z wyraźnym ociąganiem i ciaśniej objął kolana rękami. Jeśli naprawdę muszę…
    – No więc… Śniło mi się, że umarłem.
    Urwał niezgrabnie, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć dalej. Czy musiał cokolwiek dodawać? Zwykle na tym poprzestawał i nikt nigdy nie dopytywał o więcej. Pewnie nikt nawet nie czuł takiej potrzeby. Co swoją drogą wcale go nie dziwiło.
    Szczury były miejscem dla każdego właśnie z tego powodu. Fery nie bardzo obchodziła przeszłość, jeżeli nie było w niej czegoś, czym warto było się pochwalić. Doświadczenie wojskowe? Owszem. Ex-członkowie yakuzy? Proszę bardzo. Informatyczne czary odcinające prąd w całej dzielnicy? Pewnie. Ale seria przypadkowych zgonów? Fera wiedziała o serii przypadkowych zgonów i tyle zupełnie jej wystarczało. Nie musiała znać wszystkich szczegółów, bo wystarczyła jej sama świadomość ich istnienia. A poza nią nikt w gangu raczej nie pytał, dlaczego tak konkretnie się przydajesz w całym przedsięwzięciu. Wszyscy mieli jakieś swoje mniej lub bardziej chronione tajemnice.
    Natomiast Ćwiek miał tej nocy inne plany. Chłopak zmarszczył brwi, pochylił się do przodu i oparł łokcie na udach, nie przestając obserwować Sylve ani na moment. W przedłużającej się ciszy wsparł skroń na wierzchu dłoni i zerknął na Francuza z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
    – Sylve, przysięgam… To do ciebie nie podobne, żeby trzeba było ciągnąć cię za język.
    – Kiedy ja nawet nie wiem, czy naprawdę chcesz o tym słuchać – bronił się Berthier, robiąc przy tym odrobinę naburmuszoną minę. – Zresztą nie ma za bardzo o czym gadać…
    – I to nie ma o czym gadać wyciągnęło cię z łóżka w środku nocy?
    Felix parsknął cicho i lekko szturchnął Francuza w ramię. Sylvain zmierzył go oburzonym spojrzeniem dziecka, które zostało przyłapane na ściemnianiu. I które musiało przyznać, że słowa dorosłego mają jakiś sens.
    – No już – kontynuował Fel – wiem, że chcesz mi powiedzieć.
    Sylvain wziął głębszy oddech i westchnął krótko. Wcale nie chciał, ale skoro Felix sam się prosił, nie mógł mu odmówić. Zresztą dąsał się tylko na pokaz, bo patrząc prawdzie w oczy i tak nie był w tym momencie w stanie myśleć o czymkolwiek innym. Więc równie dobrze mógł opowiedzieć Felixowi historię, pomijając to czy tamto i może uwolnić się od natrętnych myśli.
    – Chcę gorącej czekolady, jeśli mam ci wszystko opowiedzieć.
    – Gorącej czekolady? – powtórzył Ćwiek zaskoczony. – Okeeeeej, skoro to ma pomóc…
    Wstał z kanapy i skierował się do kuchni, rzucając przez ramię krótkie: Siedź tu, zaraz wracam. Sylvain Berthier oczywiście ani myślał posłuchać. Dlatego wstał i podreptał za przyjacielem.
    Kuchnia o 3 w nocy sprawiała wrażenie jeszcze bardziej martwej niż zwykle. Znaczy nie żeby ktoś często w niej przebywał o innych porach. Szczury w przeważającej większości nie wykazywały talentów kulinarnych. Sylvain na ten przykład ograniczał się do pobierania z lodówki wyłącznie zasobów w postaci puszek wszelakich słodkich napojów, bo jadać wolał na powierzchni, gdzie wybór był aż zbyt duży. Prawdą było jednak, że tak często jak otwierał lodówkę (czyli w zasadzie dość często), tak rzadko widywał w niej coś więcej niż gotowe dania z mikrofalówki.
    Felix nie miał natomiast problemów ze znalezieniem zwykłego kubka w paskudnym brudno niebieskim odcieniu i puszki pełnej kakao, z której odsypał dwie łyżeczki. A potem nastawił czajnik elektryczny. Odwrócił się plecami do blatu i oparł na nim łokcie.
    – Nie wiedziałem, że mamy kakao – zauważył Sylve.
    Ćwiek zaśmiał się krótko.
    – Ja do niedawna też nie.
    – Ooooh… – mruknął Sylve. – Teraz do rana będę się zastanawiał co my jeszcze tu trzymamy. I czemu jeszcze nie wyszło z szafek. Samoświadome i gotowe do przejęcia władzy nad światem.
    – Może dopiero odkrywa pismo i mamy jeszcze solidne dwa tygodnie zanim przejdzie do fazy rewolucji przemysłowej? – zasugerował Felix, kierując podejrzliwy wzrok na jedną z dalszych szafek.
    Sylvain zamyślił się na ten temat i również wbił wzrok w te same drzwiczki. Jednak cokolwiek w nich siedziało chyba nie podsłuchiwało zbyt dokładnie i przegapiło szansę na pojawienie się w wielkim stylu.
    – Wiesz co? Jakkolwiek cholernie by mi się ta wizja podobała, tak samo cholernie nie mam ochoty tego sprawdzać – stwierdził w końcu z lekkim uśmiechem.
    Czajnik pstryknął głośno, obwieszczając światu, że spełnił swoją misję i zagotował wodę.
    – A ty nie chcesz? – spytał Sylve, obserwując jak Fel zalewa wrzątkiem tylko jeden kubek.
    – Nope, ja tym razem podziękuję – wzruszył ramionami.
    Ćwiek odsunął się o pół kroku i zachęcająco kiwnął na Sylvaina. Francuz podszedł do blatu i ostrożnie zabrał swoją czekoladę, dziękując przy tym za fatygę kolegi i zapewniając, że będzie to najlepsza gorąca czekolada jego życia pod warunkiem, że nie oparzy sobie języka pierwszym łykiem. Co – nawiasem mówiąc – i tak uczynił, zanim w ogóle obaj wrócili na kanapy. Z powrotem rozsiedli się wygodnie, a Berthier bogatszy o gorącą ceramiczną skorupę w paskudnym kolorze i tak narzucił na ramiona swoją kołdrę.
    – Spróbujmy w takim razie jeszcze raz – zaczął Ćwiek tonem, który sugerował, że kolejny zastępczy temat i dolewka kolejnej porcji czekolady tym razem nie przejdą. – Śniło ci się, że umarłeś.
    – Tak – zgodził się Sylve, grzejąc dłonie o kubek i upił ostrożnego łyka. – Z grubsza by się to zgadzało. Ale to nie był sobie taki zwykły sen. Nie zrozum mnie źle, nie będziemy sobie tu urządzać kanapowej terapii przy czekoladzie. To po prostu była paskudna śmierć. Naprawdę paskudna.
    – To po tej akt zgonu znalazłem na początku? – upewnił się Ćwiek.
    Sylvain pokręcił głową.
    – To była druga. Widziałem swoją kartotekę i załączniki podpięte do niej, co swoją drogą jest świetną robotą, aaaale… nawiasem mówiąc pozwoliłem sobie dopisać tam coś od siebie. Nie musisz mi dziękować – uśmiechnął się i mrugnął do hakera. – Generalnie ta moja druga śmierć to nie było nic bardzo drastycznego. Ot, trochę strachu, parę godzin poza światem i można wracać do życia, spacerując malowniczo w okolicach edeńskiej kostnicy, zastanawiając się przy tym jakby tu urządzić swój pogrzeb z gracją, stylem i gestem. Dzień jak co dzień w tym pięknym miejscu.
    – A śniła ci się dzisiaj jakaś inna, tak? – odgadł Fel, rozsądne ignorując wzmiankę o sylvainowym ataku na kartoteki.
    – A-ha – zgodził się.
    Do licha, Fel naprawdę wpatrywał się w niego z mieszanką uwagi i troski. A przy tym wyglądał na śmiertelnie zmęczonego. Tak… Fizycznie i psychicznie śmiertelnie zmęczonego, a Sylve nie miał pojęcia czy chciał mu jeszcze dokładać swoim marudzeniem.
    – To która?
    – Następna… Jak mówiłem: była paskudna. Chyba najgorsza ze wszystkich do tej pory. Znaczy, nie żeby reszta była przyjemna! Co to, to nie! Ale ta trzecia to chyba trwała najdłużej ze wszystkich i cholera, już zawsze będzie śniła mi się po nocach.
    Urwał, by upić kolejny łyk gorącej czekolady, smakującej jak słodko-gorzkie przekraczanie granicy, której nie przekraczał nigdy wcześniej. Najwyraźniej do tego sprowadzały się lekko surrealistyczne rozmowy dwójki niewyspanych nad ranem ludzi. Dlatego Sylve, tym razem nie czekając na specjalną zachętę, kontynuował:
    – Bo nie wiem, czy kojarzysz coś takiego… Dziewięć lat temu w Shangri-La ktoś zawalił stary opuszczony blok. Taki wiesz… Jeszcze w stylu kontynentu. Miał tylko sześć pięter i chyba był jednym z pierwszych na wybrzeżu zanim to całe miasto obrosło dookoła. No, w każdym razie, rudera była i zawaliła się prosto do zatoki.
    – Czy ten ktoś od zawalania ruder przypadkiem nie miał ksywki Leviathan? – spytał Ćwiek z przekąsem.
    – Ha! Wtedy jeszcze nie!
    – I co było dalej?
    – No więc… Jeśli pamiętasz akcję ze sprzątaniem zatoki po tym bałaganie, pewnie wiesz, że znaleźli tylko jedno ciało. Jakby… Wiesz, że nie przepadam za zabijaniem ludzi. Jak coś zawalam to tak, żeby na pewno nikogo w środku nie było. Nie bawią mnie przypadkowe straty w trupach. Zwłaszcza, że spora większość ma tylko jedno życie i plany na nie.
    – Zabiłeś kogoś wtedy? – próbował zgadnąć Ćwiek.
    – Co? Nie! Znaczy tak, ale nie – urwał i fuknął z niesmakiem. – Jedyną osobą, która tam wtedy zginęła byłem ja sam.
    Ćwiek syknął przez zaciśnięte zęby, krzywiąc się przy tym. Sylvain skrzywił się z nim, chociaż ze zgoła innych powodów. Znowu przed oczami miał tamtą windę. I znów poczuł krótki, gwałtowny ból, towarzyszący ściśnięciu przez dwie grube blachy, które go wtedy utopiły.
    – Dokładnie tak, mon ami. Pewnie zrobiłem wtedy coś źle. Bo kiedy skończyłem przygotowywać ruderę do zawalenia i już zjeżdżałem windą na dół, żeby zwiać i podziwiać dzieło zniszczenia w pełnej okazałości z bezpiecznego dystansu w całym budynku wysiadł prąd… – wziął łyka czekolady i oblizał wargi – co uruchomiło detonatory na parterze z jakiegoś cholernie niezrozumiałego dla mnie w tym momencie powodu. Teraz zrobiłbym to pewnie inaczej. Wiesz, miałem 23 lata i raczej nie za dużo doświadczenia z wysadzaniem czegokolwiek większego od petardy. No i nikogo do pomocy. Ale nie zmienia to faktu, że byłem w windzie, kiedy wszystko się zawaliło do wody. I to w windzie bez klapy w suficie – dodał na koniec.
    Tak jakby to był niesamowicie ważny szczegół całej historii. Bądź co bądź, pewnie był, bo gdyby klapa istniała, wszystko potoczyłoby się inaczej. Może nawet by to przeżył? Albo skończył przysypany i martwy zanim wszystko wpadło do oceanu.
    – Czy ty…? – Felix machnął ręką w jakimś niezrozumiałym geście, nie do końca wiedząc jak ubrać w słowa to, o co chciał spytać.
    Sylvain na szczęście się domyślił i skinął głową ze śmiertelną powagą.
    – Winda okazała się całkiem mocna i wytrzymała zawalenie. Pewnie jakbym nie otworzył jej drzwi, próbując stamtąd wyleźć miałbym więcej szczęścia. Generalnie niewiele brakło, żebym się wydostał. Miałbym trochę powietrza i pewnie zdążyłbym coś wykombinować.
    – Tak blisko, a jednak tak daleko, co? – rzucił Felix w iście wisielczym tonie.
    – Dokładnie… A tak kiedy tylko uchyliłem sobie drzwi wnętrze zalał ocean i trzeba było się spieszyć. A jak już prawie wylazłem z tej cholernej windy spadł na nią kawał betonu, co powykrzywiało drzwi tak, że cudem nie odcięło mi nóg. I utknąłem. Tak na amen, bo utopiłem się dosłownie chwilę później. A potem wróciłem. I utopiłem się znowu. I znowu…
    Sylvain przymknął oczy i zacisnął dłonie na kubku, próbując odgonić wspomnienie tego. Nie była to miła rzecz do wspominania w środku nocy. I właśnie dla takich chwil jak ta im tego nie opowiadam… Felix rozsądnie nie pytał o nic więcej. W geście wsparcia położył tylko dłoń na ramieniu kolegi.
    – Znaleźli mnie dopiero po trzech dniach, jeśli dobrze sprawdziłem policyjne rejestry – przyznał w końcu niechętnie Sylvain, czując, że musiał to dodać, żeby historia była kompletna.
    – I ty tak przez trzy dni…? – oczy Felixa otworzyły się szerzej. Potrząsnął głową w niedowierzaniu.
    Sylve zaśmiał się w odpowiedzi bardzo niewesołym, złowrogim śmiechem osoby na skraju szaleństwa.
    – Powiedzmy. Szybko zorientowałem się, że regeneracja zajmuje dłużej, jeśli obrażenia są poważniejsze. Samo utopienie się wystarczało na śmiesznie krótko. Nie wiem, może kilkanaście minut? Kilkadziesiąt? Trudno było tam ocenić jak szybko leci czas. Co innego, gdy dochodziły do tego rany cięte czy złamania…
    Ćwiek skrzywił się naprawdę paskudnie, zapewne wyobrażając sobie to wszystko do czego Francuz zmierzał, więc Sylvain zdecydował się oszczędzić mu szczegółów. Nie było sensu opowiadać aż tak dokładnie. Zwłaszcza, że on sam starał się o tym nie pamiętać więcej niż było trzeba.
    – Wystarczy powiedzieć, że robiłem wszystko, żeby pozostać martwym jak najdłużej się dało, bo każda sekunda życia ciągnęła się tam latami. W końcu mnie wyciągnęli. Tylko wtedy byłem już oficjalnie martwy i zakopany w Agarcie od roku, więc mieli problem co zrobić z ciałem, które teoretycznie nie powinno tam w ogóle być. No bo i skąd? Przecież nie wstałem z grobu, żeby się utopić. Na szczęście niewygodne ciało samo się posprzątało zanim zdążyli zadecydować co dalej. Chyba nawet nie wspominali o mnie za bardzo po fakcie. Wiesz, „nieznane zwłoki”, „nielegalny imigrant” i te sprawy – Sylvain wzruszył ramionami. – Od tego czasu nie przepadam za jeżdżeniem samemu windami i nigdy nie wsiadam do nich przy robocie.
    – Toooo… To całkiem zrozumiałe – stwierdził w końcu Ćwiek. – Ale cholera, Sylve, to co mówisz, to by się nadawało na jakiś horror!
    Sylvain skrzywił się kwaśno i dopił resztę czekolady. Odstawił pusty kubek na stolik. A nawet nie wiesz, co przeszedłem, kiedy umierałem na inne sposoby, pomyślał tylko. Zdecydował się jednak powiedzieć coś innego. Coś, co można było okrasić firmowym uśmiechem Leviathana, nawet jeśli była to tylko słabsza wersja jego zwyczajowego szerokiego wyszczerzu:
    – No co ty nie powiesz, Kolczatko?
    Obaj – najpierw Sylve, potem Ćwiek – oparli głowy o kanapę i przez dłuższą chwilę po prostu wpatrywali się w sufit w całkowitym milczeniu. Tym razem minuty ciągnęły się przyjemnie, bo to, co powinno, zostało już powiedziane i nie trzeba było dodawać niczego więcej. Zostało tylko przemyśleć wszystko i ułożyć sobie w głowie na nowo. Było naprawdę komfortowo i tak spokojnie, jak może być o trzeciej w nocy w kryjówce najgorszego gangu w mieście. Gdzieś tam za ścianami spali ludzie i nieludzie. Jedni spokojnie, inni nieco mniej, ale w gruncie rzeczy nikt o tej porze nie zdecydował się chodzić po kryjówce. Nikt poza Sylvainem i Felixem, który chyba nigdy nie sypiał.
    – Już mi lepiej – stwierdził Sylvain w końcu, nie odrywając wzroku od betonu nad głową. Poświata bijąca od monitorów w warsztacie układała na nim fantazyjne wzory – To co teraz?
    Nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi zerknął w stronę Felixa. Chłopak miał zamknięte oczy i najprawdopodobniej drzemał. Sylvain uniósł brwi szczerze takim stanem rzeczy zaskoczony. Owszem, było ciemno i spokojnie, a to sprzyjało zasypianiu. Ale żeby Ćwiek? Chyba nigdy wcześniej nie widział go tak naprawdę śpiącego. I na pewno nigdy nie zdarzyło mu się to na kanapie w salonie, zwłaszcza nie na siedząco. A co, jeśli to był jego pierwszy raz od t y g o d n i albo nawet m i e s i ę c y? Kto mógł to wiedzieć, jeśli Berthier nie wiedział? To znaczyło dla Sylve tyle, że musiał bronić spokoju swojego kolegi za wszelką cenę.
    Sylve ostrożnie wstał z kanapy, bardzo pilnując, by nie wykonywać przy tym żadnych gwałtownych czy głośnych ruchów. Ściągnął z siebie swoją kołdrę, a potem tak delikatnie, jak tylko był w stanie, przykrył nią Ćwieka. Wstrzymał oddech, gdy chłopak poruszył się niespokojnie i uśmiechnął się do siebie, gdy ten jednak się nie przebudził. Oczywiście, że Sylvain z miejsca był w stanie poświęcić swoją kołdrę dla wyższego celu. W swoim pokoju miał bluzę, która z pewnością mogła zapewnić mu dość ciepła na resztę nocy. Zresztą kto jak kto, ale Sylve czuł, że Felix dla niego zrobiłby to samo.
    Potem na palcach wrócił do swojego pokoju po bluzę. Naciągnął ją przez głowę, ziewając szeroko. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że ta rozmowa autentycznie mu coś dała. Bo nawet jeśli już nigdy więcej nikomu miał o tym nie wspomnieć, przynajmniej chwilowo uspokoił skołatane nerwy.
    Dobra koleżko, ty też się jeszcze nie wyspałeś.
    Zerknął na swoje pozbawione kołdry łóżko. I na drzwi. I znowu na łóżko. A potem porwał poduszkę w ręce i równie ostrożnie poszedł do salonu. Ćwiek dalej drzemał w najlepsze, więc Sylve ułożył się na sąsiedniej kanapie, układając swoją poduszkę pod głową. Wsadził pod nią rękę i zamknął oczy.
    Chwilę później spali już oboje.

piątek, 19 listopada 2021

[Załącznik] Akt zgonu Sylvaina Berthiera

[Zdjęcie u góry dokumentu]
[Młody mężczyzna z resztkami kruszącej się, zakrzepłej krwi na twarzy. Ma zamknięte oczy i dziurę po środku czoła u góry. Z pewnością młodsza wersja obecnego Sylvaina Berthiera.]

1. Dane osoby zmarłej

    Imię pierwsze: Sylvain 
    Imię drugie: Laurent     
    Imiona kolejne: –
    Nazwisko: Berthier
    Nazwisko rodowe: –
    Stan cywilny: kawaler
    
    Data urodzenia: 06.01.2052
    Miejsce urodzenia: Levallois-Perret, Francja
    Zameldowany: Antillia, Eden

2. Czas i miejsce zgonu / Znalezienia zwłok

    Data zgonu: 27.05.2074
    Godzina zgonu: 4:00, brak dokładnych danych
    Miejsce zgonu: 〒976-7543

    Data znalezienia zwłok: 27.05.2074
    Godzina znalezienia zwłok: 7:22
    Miejsce znalezienia zwłok: 〒976-7543 (magazyn, zachodnia część Yomi, Shangri-La)

3. Notatka o zdarzeniu

    W dniu 27.05.2074 o 7:22 znaleziono zwłoki mężczyzny w magazynie o adresie 〒976-7543 (tj. zachodnia część Yomi, Shangri-La). Ustalono, że zmarłym jest obywatel francuskiego pochodzenia Sylvain Laurent Berthier (22l.) zameldowany w Antilli w Edenie. Przyczyną śmierci był strzał w głowę z bliskiej odległości nieznanym pistoletem kalibru 9x19 Para. Do zdarzenia doszło około 4 rano. Na terenie magazynu najprawdopodobniej doszło do samosądu i egzekucji. Ofiara w chwili śmierci była przywiązana do krzesła. Policja wciąż poszukuje sprawców lub świadków zdarzenia, by ustalić tożsamość przestępców.

środa, 17 listopada 2021

Sylvain Berthier

Nie ma geniuszu bez ziarna szaleństwa
Podstawowe informacje


Imię/Imiona: Sylvain, ale równie często ludzie mówią po prostu Sylve (rzadziej Sylv).
Nazwisko: Berthier
Znane pseudonimy: Leviathan, skracane do Levi. Twierdzi, że ksywkę wymyślił sobie sam, bo potrzebował takiej, która dobrze brzmi i szybko zapada w pamięć, żeby móc podpisywać swoje akcje na terenie Megalopolis. Policja zbyt długo nie mogła uwierzyć w fakt, że tyle zniszczenia powoduje tylko jeden człowiek, a nie cała organizacja.  
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 32 lata
Aparycja: Sylvain Berthier z pewnością jest fascynującą osobistością. Tym bardziej, że to jak wygląda całkowicie nie pasuje do tego, co sądzi o nim opinia publiczna. Kiedy Leviathan uchodzi za barwną, absolutnie wyróżniającą się z tłumu zwykłych śmiertelników osobę, Sylvain tymczasem jest chyba najbardziej zwyczajnym Europejczykiem jakiego można sobie wyobrazić. I właśnie ta zwyczajność jest jego największym atutem, bo nikt na pierwszy rzut oka nie pomyślałby, że ten Francuz – z wyraźnym akcentem i wiecznie obecnymi w rozmowie francuskimi wtrąceniami jest równocześnie jednym z najpopularniejszych w Miastach terrorystów. Mężczyzna jest dość niepozorny. Taki, który nie budzi raczej respektu na ulicach, bo nawet gdyby chciał, nie ma fizycznie czym straszyć innych ludzi. Jest średniego wzrostu, przeciętnej postury ciała i z całą pewnością nie może pochwalić się imponującą masą mięśniową, gdyż takowej nie posiada. <Ale będzie nad tym pracował – Sylve> 
    Twarz Sylvaina również nie uchodzi za wybitnie skupiającą wzrok. Owszem, jest męska i może się nawet niektórym podobać, ale z pewnością nie należy do aktora czy modela. Sylvain twarz ma owalną i raczej pozbawioną tej wyraźnie zarysowanej struktury kości, która jest tak pożądana we współczesnym świecie. Ma natomiast wysokie czoło, na którym wspaniale prezentują się dwie skazy – skośna blizna po lewej, która jest pamiątką po udanym samobójstwie i niewielkie wgłębienie na środku tuż pod linią włosów, które jest śladem po postrzale. Ma też bardzo wesołe, głęboko osadzone oczy z tym błyskiem szaleństwa, o przyjemniej orzechowej barwie. W kącikach robią mu się kurze łapki od śmiania się często i chętnie. Poza firmowym uśmiechem ma także nie mniej firmową czuprynę. Włosy Leviathana są ciemnobrązowe i zwykle roztrzepane na każdą stronę. Podobno lekko kręcą się pod wpływem wilgoci. Sylvain zwykle ma też na twarzy kilkudniowy zarost. Dla ścisłości: nie pełną brodę, a krótką, szorstką szczecinę.
    Berthier zwykle nie przywiązuje zbytniej uwagi co do swojego wyglądu. Ubiera się głównie wygodnie i mało rzucająco się w oczy. Jedynym warunkiem przy wyborze stroju są dla niego tylko duże, pojemne kieszenie, w których może nosić na raz tyle rzeczy, ile pomieściłaby chyba jedynie stereotypowa damska torebka. Dlatego jego garderoba składa się głównie z kolorowych T-shirtów z nadrukami i wytartych już jeansów, które czasem ustępują miejsca jednej czy dwóm parom bojówek. W kwestii obuwia Sylve także zdaje się nie mieć większych preferencji. Dba tylko o to, by jego buty były wygodne i względnie utrzymywały kostkę w dobrym miejscu – stąd najczęściej nosi takie, które chociaż przypominają wojskowe czy trekkingowe.
    Są jednak dwie rzeczy, które zdają się nie zmieniać, a które stanowią o wizerunku Leviathana. Pierwszą z nich jest jego ulubiona kurtka. Skórzana i odpowiednio większa, by nie krępowała żadnych ruchów mężczyzny, a przy tym wyraźnie podniszczona. Najwyraźniej wiele już w towarzystwie Sylvaina widziała. Ba, Sylve własnoręcznie ją zmodyfikował, bo w swojej podstawowej wersji miała o połowę mniej kieszeni (w tym żadnych wewnętrznych) i nie miała materiałowego, czarnego kaptura.
    Drugą z charakterystycznych dla Leviathana części garderoby jest sztywna maska, która z całej twarzy odsłania tylko czoło. Jest wyjątkowa – Sylvain złożył ją sam i zadecydował, że powinna być w pełni elektroniczna. Oznacza to, że nie nadaje się do używania, kiedy jest wyłączona albo zepsuta, bo wtedy cały widok ogranicza się do sześciu niewielkich, okrągłych otworów. Włączona natomiast świeci zielonym światłem. Oferuje ona swojemu właścicielowi trzy podstawowe bonusy. Może wyświetlać obraz podstawowy, ale równie dobrze Sylve może przełączyć widok na noktowizję lub termowizję. Trzecim bajerem jest filtr powietrza. który pozwala oddychać niezależnie od stopnia zanieczyszczenia czy temperatury powietrza.
Narodowość: Francja
Rodzina: Została we Francji. Ojciec Sylvaina – Laurent Berthier nie żyje, bo przegrał walkę z nowotworem. O Yvonne Berthier nie wiadomo zbyt wiele poza tym, że ma trójkę dzieci: Sylvaina, który jest uznany za zaginionego we Francji, Margot i Fabiena. Margot prowadzi sieć kawiarni w Levallois-Perret i Paryżu, a Fabien studiuje filozofię antyczną.
Zameldowanie: Agartha, Eden
    Wprowadził się na stałe do bazy głównej w La Ciudad Blanca, Elizjum
Zawód: Martwy według baz danych | Terrorysta według opinii publicznej

Działalność

Przynależność: Szczury
    Ekipa: Baza Główna [Elizjum]
Przełożony: Fera Rosa
Rola: Łatwiej byłoby chyba powiedzieć, czego Sylve dla gangu nie robi. Nie mając innych zobowiązań i życia poza działalnością Szczurów uchodzi po prostu za człowieka od wszystkich zadań specjalnych. <Bo gdzie miałbym sobie pójść? – Sylve> Tak więc jego dni upływają wesoło: najczęściej na planowaniu akcji dość głośnych i chaotycznych, by trafiły do wieczornych wiadomości. To artysta zamieszania, który z przyjemnością narobi w Miastach takiego hałasu, żeby czyjaś inna, znacznie bardziej cicha akcja przeszła niezauważona. Bądź, co bądź opinia publiczna i tak uważa go za terrorystę. Poza tym czasami, jeśli akurat ma po drodze, zajmuje się rekrutacją nowych twarzy, chociaż uważa, że akurat do tego się nie nadaje. Po prostu nie boi się żadnej pracy, nieważne jak karkołomna by nie była. Czasami pomaga informatykom, jeżeli robią coś, przy czym potrzeba każdej pary dodatkowych, średnio wykwalifikowanych rąk. Prawdopodobnie przejął jedną trzecią warsztatu <I ogłosił jego niepodległość! – Sylve>, żeby mieć miejsce na swoje graty i szalone pomysły. A poza tym jest też sercem i duszą głównej ekipy. Dość powiedzieć, że bez niego główna baza Szczurów byłaby o wiele cichszym, spokojniejszym i o wiele mniej przytulnym miejscem.

Zdolności specjalne

Mutacje: Tak
    Szczegóły: Sylvain Berthier nie jest w stanie umrzeć. A przynajmniej nie na długo, bo do tej pory przytrafiło mu się to osiem razy. Ma w genach wyjątkowo zmutowany czynnik regenerujący. Nie wiadomo natomiast jak się tam znalazł ani czy zawsze tam był. Faktem pozostaje, że regeneracja Sylvaina zachodzi beztlenowo, czyli inaczej niż w przypadku większości mutantów tego typu. Mówiąc wprost: musi najpierw umrzeć, żeby móc się wyleczyć i zmartwychwstać ponownie. Tak długo jak bije serce, wszystko będzie goić się swoim normalnym, zwykłym tempem. Przy czym warto wspomnieć o tym, że im cięższe urazy spowodowały śmierć, tym dłużej trwa pośmiertna regeneracja. Otrucie również z jakiegoś powodu regeneruje się bardzo długo. Samo budzenie się z powrotem do życia sieje w organizmie mężczyzny prawdziwe spustoszenie. Przede wszystkim jest cholernie bolesne i towarzyszy mu uczucie osłabienia i rozbicia na miliardy malutkich kawałeczków. Oraz halucynacje. Dlatego Sylvain, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że zmartwychwstawanie musi odchorować, a  zajmie mu to od kilku do kilkunastu godzin, zwykle decyduje się przespać jak największą część tego nieprzyjemnego procesu.
Modyfikacje mechaniczne: Brak
Pozostałe umiejętności: To człowiek wielu <naprawdę wielu> zainteresowań i talentów. Jego największym hobby jest majsterkowanie. Uwielbia przy czymś dłubać, coś poprawiać, ulepszać czy budować. I chociaż nowi członkowie gangu czasem poddają w wątpliwość zdolności Sylve do stworzenia czegokolwiek użytecznego, starsze stażem Szczury wiedzą, że Sylve mimo wszystko ma głowę na karku i wie, co robi. Przy tym ma świadomość, że on prawdopodobnie mógłby przeżyć porażenie prądem czy wybuch niewielkiego ładunku w bazie, ale większość pozostałych Szczurów niekoniecznie. Zna się odrobinę na pirotechnice i czasami pobawi się w małego hakera – w obu przypadkach jednak chętnie uczy się od lepszych od siebie, bo jego wiedza i zdolności są naprawdę podstawowe. Jest też kierowcą bez prawa jazdy, bo stracił je całe lata temu (co zupełnie go nie powstrzymuje) i jakimś cudem zdobył legalną licencję na pilotowanie śmigłowców i awionetek. Potrafi też się obronić w razie czego, chociaż rzadko miewa ku temu okazję. Tak czy siak jest mistrzem walki niekonwencjonalnej. Potrafi też używać noży i strzelać z krótkiej broni palnej, ale jakoś niespecjalnie się tym chwali. 

Osobowość

Charakter: Sylvain Berthier jest osobowością wprost nieprzeciętną i jedyną w swoim rodzaju. Przede wszystkim dlatego, że wydaje się być swego rodzaju celebrytą w gangu. Do Szczurów dołączył w momencie, w którym jego poprzednie działania wyniosły go do rangi legendy miejskiej w Antilli, Taprobanie, Xibalbie, Aztlanie i Irkalli. Pod sztandarem Szczurów jego głośne, bardzo medialne akcje nabrały nowego rozpędu i skupiły nawet więcej uwagi wokół jego osoby i tego, dla kogo pracuje najsłynniejszy terrorysta w miastach. Chcąc nie chcąc, Sylve jest też jednym z pierwszych Szczurów zrekrutowanych w wielkim planie Fery – obok Dana i Felixa, bo tylko ta dwójka jest tu dłużej od niego. Oznacza to, że nawet jeśli Sylvain nie jest w stanie pochwalić się w gangu reputacją, która pasowałaby do jego dokonań, wciąż zna lub chociaż kojarzy większość elity gangu.
    Mężczyzna jest raczej nieszkodliwy. Znaczy owszem, może zagadać cię na śmierć, ale poza tym wiele więcej krzywdy ci nie zrobi. Zwłaszcza, że tak naprawdę krzywdzenie innych ludzi, zwłaszcza jeśli sobie na to nie zasłużyli, nie bawi go ani trochę. Uważa się za artystę zamieszania i wizjonera z misją. Otaczają go światła i eksplozje. Jest stałym elementem wieczornych wiadomości. Ale nie jest znany z tego, że zabija. Jego akcje, chociaż trzęsą miastem w posadach, zwykle nie zostawiają po sobie trupów. Czasem tylko lekko rannych pechowców, którzy przypadkiem znaleźli się tylko ciut za blisko. Sylvain Berthier zna się na śmierci jak nikt inny i dlatego postanowił sobie, że nie będzie jej rozdawać na prawo i lewo bez naprawdę <NAPRAWDĘ> dobrego powodu. A takie naprawdę dobre powody raczej nie przydarzają mu się zbyt często.
    Trudno nie odnieść wrażenia, że w gangu Sylvain przyjaźni się ze wszystkimi. Nawet jeżeli otacza go czysty chaos, Sylve jest osobą, którą zwykle określa się jako taką, której trudno nie lubić. To naprawdę miły gość. Co prawda o dość dziwnym, czasem czarnym i pełnym drobnych złośliwości poczuciu humoru, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Jest niesamowicie otwarty na innych ludzi – ciężko powiedzieć czy jest w ogóle ktoś, kto pojawił się w bazie, a z kim Sylve nie próbowałby znaleźć wspólnego języka. Nie oznacza to bynajmniej, że zawsze mu to wychodzi. Są ludzie, których jego głośna, chaotyczna energia najzwyczajniej w świecie przeraża i nie chcą mieć z nim wiele wspólnego dłużej niż to konieczne. Większości jednak udziela się zbiorowe szaleństwo, a Sylvain Berthier jest znanym na całą kwaterę główną organizatorem spontanicznych zabaw karaoke.
    Sam Sylvain określa siebie jako kreatywnego indywidualistę. Mało tego uważa nudę za swojego najgorszego wroga, którego przysiągł tępić wszystkimi możliwymi sposobami. I prawdopodobnie te dwie deklaracje doprowadziły do tego, że Leviathan ma całkiem słusznie uzasadnioną opinię wariata. Gdyby chciał mógłby z łatwością ukrywać swoje szaleństwo. Wciąż pamięta jaki był jeszcze przed swoją pierwszą śmiercią, która doprowadziła go do obecnego stanu. Problem polega na tym, że Sylve nie chce być normalny. Ba, usłyszał o swoim wariactwie tyle razy, że sam zaczął to powtarzać i bardzo mu się ten fakt podoba. 
    Czy jest przy tym ekscentryczny? Tylko trochę. Bo jeżeli Sylvain wyróżnia się czymkolwiek w szarym tłumie, to z pewnością jest to jego charakter. Skrajnie chaotyczny i nieprzewidywalny charakter – nie znasz dnia ani godziny, gdy Sylve poderwie się z kanapy w połowie zdania i wybiegnie z pomieszczenia, krzycząc coś o wielkim pomyśle i telewizji. Tak właśnie działa umysł Leviathana: nikt nie wie, którymi ścieżkami chodzi, ani co wymyśli za chwilę. A jednak trudno odmówić mu pewnej błyskotliwości. 
    Co by nie mówić o Sylvainie z pewnością jest w stanie nie tylko wymyślić coś wielkiego, ale także przeprowadzić całą akcję z iście chirurgiczną precyzją. Bo nawet jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, nie ma powodów do obaw. Leviathan może i jest zdrowo stuknięty. Może i gestykuluje za dużo, mówi za głośno i ma skłonności do wpadania w ekscytację w najdziwniejszych momentach. Jednak w sytuacji, gdy coś idzie źle, cały ten chaos i niewyczerpane pokłady energii potrafią ukierunkować się w jedno, bardzo konkretne miejsce, czyniąc z mężczyzny niekwestionowanego mistrza szybkiej improwizacji.
Relacje z innymi: Sylve nawiązuje relacje z innymi ludźmi chętnie i często. W zasadzie to wręcz czysto hobbystycznie i zwłaszcza z tymi, którzy jeszcze się na nim nie poznali. Mimo wszystko są to głównie pozytywne relacje, bo Sylvain nie jest człowiekiem, który miałby talent do robienia sobie wrogów. Owszem, czuje pewną niechęć do grup ludzi, którzy pośrednio i bezpośrednio przyczynili się do jego śmierci, ale poza tym? Nikt mu raczej nie szkodzi na dłuższą metę. Po prostu do jego obecności trzeba w taki czy inny sposób przywyknąć i można nazywać się jego przyjacielem.
    Pozytywne: Na samym początku wypadałoby wspomnieć o tym, że jakkolwiek trudno by nie było w to uwierzyć, Sylvain Berthier znalazł w gangu dziewczynę. Mało tego, zarówno on, jak i Pandora wydają się nie mieć o tym pojęcia. Nie wiadomo kiedy zaczęli ze sobą chodzić. Nie wiadomo czy oficjalnie są razem czy nie. Wszystko stało się tak jakoś samo z siebie. Sylvain po prostu sobie był i robił swoje, Pandora słyszała o nim kilka historii. Poznali się dopiero w gangu i szybko znaleźli płaszczyznę porozumienia. Ba, Erro została nawet partnerką w zbrodni Leviathana, bo ich obu ciężko wyeliminować tak na stałe, więc doskonale się dobrali. Erro została nawet sylvaniową ślicznotką, co świadczy o tym jak bardzo Sylvain ma gdzieś wygląd zewnętrzny innych ludzi <bez obrazy mon cheri, masz piękne wnętrze <3 – Sylve>  Z drugiej strony czy aseksualny facet i kobieta uchodząca za żywego trupa mogliby stworzyć związek w jego klasycznym i tradycyjnym rozumieniu?
    Sylve ma też dwójkę najlepszych na świecie przyjaciół. Te jakże szlachetne tytuły należą się po równo Kasumi i Felixowi. Pierwsza dorobiła się ekskluzywnego pseudonimu w postaci kwiatuszka, drugi – Kolczatki i oboje nie mieli niczego do gadania w tej kwestii. Sylvain nie nadaje w końcu swoich pseudonimów byle komu. A nawet jeżeli nie brzmią poważnie, raczej trudno się gniewać. Sylvain, nawet nazywając kogoś kwiatkiem czy małym zwierzątkiem, potrafi zrobić to z szacunkiem. Tak czy inaczej ta trójka odpowiada za większość wściekle neonowych akcji na terenie Megalopolis. Wszędzie tam, gdzie talent i umiejętności Kasumi spotykają się z geniuszem Felixa i chaotyczną wizją Sylvaina z pewnością wydarzy się coś, co spędzi sen z powiek połowie lokalnych funkcjonariuszy policji.
    Za swoich przyjaciół uznaje też samą Ferę Rosę i Daniela. Ferze nie przeszkadza nazywanie jej Różyczką, Danny natomiast nie jest zachwycony byciem ulubioną konserwą, więc Sylve dla własnego bezpieczeństwa używa tej dumnej ksywki wręcz od święta. Nawet pomimo tego jak wiele go łączy z Sylvainem – w końcu oboje mówią po francusku! Oboje dostali od Sylve chusteczki przyjaźni (Kasumi i Felix także mają swoje, ale to nie podlegało dyskusji), więc są uznanymi przyjaciółmi swojego ulubionego francuskiego wariata.
    Jest jeszcze malutki, bardzo wesoły robocik, którego Sylvain własnoręcznie adoptował na Szczura. Cup w bazie głównej zdecydowanie się odnalazła, a Sylve jest przekonany, że jest jej nawet lepiej niż u Osoku. 
    Najnowszym przyjacielem Sylve jest natomiast ktoś jeszcze inny. Niesamowity, jedyny w swoim rodzaju Echo – wspaniałe błękitne światło, zdolne rzucać ludźmi nad dwupiętrowymi murami. Jak tu nie lubić kogoś, kto może przykleić cię do sufitu? Echo poszerzył Sylvainowi wiele perspektyw i czy tego chce czy nie, zostanie częścią przynajmniej niektórych z jego wielkich planów.
    Negatywne: Sylvain raczej nie miewa zbyt wielu wrogów. Na jego czarnej liście znajdują się głównie ludzie, którzy mniej lub bardziej go skrzywdzili. W tym przede wszystkim ci, którzy pozbawili go życia. Nie ma czego ukrywać: ostatnia śmierć Leviathana doprowadziła do tego, że przynajmniej na razie czuje on dogłębną niechęć do Rosjan. Ciężko powiedzieć ile będzie się na nich dąsał, ale ma jak najbardziej logiczne powody, by żywić urazę (a przynajmniej do tego jednego konkretnego Rosjanina, który przywitał go łopatą, a potem strzelił w czoło). Na szczęście Died Maroz na zawsze zniknął z życia Sylvaina i nie musi już dłużej go znosić.
    Poza tym jest zazdrosny o hipstera z Edenu, rzekomego speca od terapii grupowych. Do tej pory był jednym przyjacielem wszystkich w gangu i wciąż nie jest pewien czy w szeregach Szczurów jest miejsce na dwóch takich. I chociaż Alkai Underwood niczego mu tak wprost nie zrobił, istnieje. I to wystarczający powód, by być złośliwym. Po prostu Sylve stara się omijać The Lookout Cafe szerokim łukiem, żeby go nie kusiło za bardzo wrzucenie przez drzwi granatu dymnego.
Playlista: Crash – Days Gone Black | Man in the Mask – All Good Things

Załączniki
[Tu o neonowym skrzyżowaniu w Shangri-La]
[Tu o fajerwerkach i Leviathan & Erro Company]
[To be continued]

niedziela, 7 kwietnia 2019

Od Sylvaina (CD Craiga) - Nic tak nie łączy, jak nienawiść do ruskich!

     Sylvain Berthier zawsze czuł, że powinien był zostać artystą. Nie jakimś tam terrorystą, za którego zdawali się go mieć wszyscy dookoła (z nim samym włącznie – ale tylko od czasu do czasu!). Nie łudził się co prawda do tego, że miał talent. Najprawdopodobniej wcale go nie miał i zupełnie mu to nie przeszkadzało. Po prostu lubił od czasu do czasu bazgrać po kartce papieru, starając się w miarę możliwości zachowywać zasady realizmu. Lub zupełnie je zignorować i sprawdzić co się stanie. W każdym razie nigdy nie przykładał się do tego zajęcia za bardzo.
     Na szczęście miał pod ręką Felixa. Australijczyk zdecydowanie wiedział co robić i sprawiał wrażenie profesjonalisty. A przy tym nie zadawał zbędnych i głupich pytań. Po prostu wspólnik w zbrodni idealny, o czym Sylve miał okazję się już przekonać wcześniej. Praca nad nowym wzorem poszycia śmigłowca tylko utwierdziła go w przekonaniu, iż w kwestii wyboru swojego najlepszego kumpla w życiu nie pomylił się ani odrobinę.
     Na pierwszy ogień poszły wszelkie oznaczenia wojskowe, symbol jednostki wojskowej w Shangri-La i oczywiście sam numer boczny maszyny. Wszystkie zginęły pod jednolitą, czarną farbą, żeby nikomu na pewno nie przyszło do głowy pytać jakim cudem śmigłowiec z takim rodowodem ,,przypadkowo" zgubił się w Norze. Sylvain może i był człowiekiem wielkiej kreatywności, ale zdecydowanie nie chciało mu się na poczekaniu wiarygodnej historyjki. Wątpił, by ktokolwiek uwierzył mu w to, że znalazł błyszczącego nowością Changhe na ulicy i tak po prostu go przygarnął. Nie, Sylvain Berthier nie był głupi. Co najwyżej mocno stuknięty. Dlatego skrzętnie zatarł wszelkie ślady przeszłości swojej nowej maszyny i pozbył się z kokpitu jakichkolwiek urządzeń ułatwiających namierzanie.
     Dopiero wtedy razem z Ćwiekiem przystąpił do właściwej akcji ociekającej wręcz swoim artyzmem. Plan zakładał, by było krzykliwie, ale elegancko i jakoś tak... klasycznie? Sylvain widział swoją machinę zagłady z wyszczerzonym, zębatym pyskiem na przodzie, który kojarzył mu się ze zdjęciami Splitfire'ów. Felix podsunął mu też pomysł, by nadać śmigłowcowi jakieś znaczące imię. Ot tak dla zabawy. To wystarczyło, żeby przekonać Francuza. W ten sposób Changhe zyskał nowy, całkowicie adekwatny przydomek: Śmierć z Powietrza. I już, już mieli zabrać się do pracy, gdy nagle uwagę blondyna przykuł nowy cyborg. Stosunkowo szybko okazało się też, że cyborg być może zostanie w rodzinie na dłużej.
     – Jak dla mnie to żaden problem – skwitował Sylve, zmierzywszy giganta krytycznym wzrokiem artysty – Wpasuje się do nas.
     – Fera o tym wie? – upewnił się Felix.
     – Zaczęłam właśnie od spytania Fery o zdanie – zapewniła Polka.
     Sylvian jednak w tym samym momencie zupełnie przypadkowo uciekł myślami w bardziej niż bardzo odległe miejsca. Oczyma wyobraźni zobaczył co najmniej kilka mniej lub bardziej dramatycznych akcji z udziałem siebie i nowego towarzysza zbrodni. Spodobała mu się ta wizja. A jakby tak jeszcze dodać do tego całego bałaganu Echo...
     – Będziemy kumplami – wypalił ni stąd, ni zowąd, posyłając Craigowi swój firmowy, rozbrajająco szczery uśmiech.
     Cyborg w odpowiedzi na jego oświadczenie uniósł jedną brew.
     – Mam względem ciebie całkiem konkretne plany, złociutki – doprecyzował Leviathan. – Uwierz, że nudził się nie będziesz u nas. Prawda, mon ami? – zwrócił się do Ćwieka, szukając poparcia dla swoich słów.
     – Zdecydowanie – haker bez wahania pokiwał głową, zgadzając się na wszystko.
     – Lena – cyborg chwilowo zwrócił się do swojej towarzyszki – Jesteś absolutnie pewna, że Szczury pomogą z moim problemem?
     Polka uśmiechnęła się przebiegle i uniosła do góry jeden palec, uciszając tym zbierającego się do zadawania pytań Sylve.
     – Craig ma problem z Rosjanką i jej bandą – oświadczyła na tyle wyraźnie, by na pewno wszyscy zrozumieli.
     Sylvain Berthier zamknął usta, natychmiast poważniejąc. Zmrużył oczy w niekłamanej nienawiści, wyprostował ręce wzdłuż ciała i rozciągnął palce, szykując się do zaciśnięcia pięści. Ściągnął też brwi tak mocno, że niemalże zetknęły mu się nad nosem. Nastroszył się, a na jego twarz wypłynął pełen ponurej determinacji grymas. Nienawidził ruskich z całego swojego niezdolnego do nielubienia kogoś serca.
     – Imię, nazwisko i miejsce, gdzie się ten pomiot szatana ukrywa – zażądał, strzelając kostkami dłoni. Ćwiek przezornie odsunął się o pół kroku. Craig po raz kolejny przybrał na twarz skonsternowaną minę. Elena natomiast uśmiechnęła się pobłażliwie.
     – A broń masz?
     Ręka Francuza wystrzeliła w stronę Śmierci z Powietrza.
     – Widzisz, Craig? – spytała wesoło cyborga – Odpowiedni ludzie na odpowiednich stanowiskach.
     – Widzę... Nie lubisz Rosjan, huh?
    – Nienawidzę – oświadczył Sylvain z całkowitą pewnością. – No... Może niekoniecznie w s z y s t k i c  h Rosjan jak popadnie, ale stanowczej większości. Wariaci, mówię ci. Nigdy nie ufaj ruskim.
     – Tia... Faktycznie ma to jakiś sens... – zgodził się Craig. – Ciebie też oszukali?
    Tym razem dla odmiany Leviathan parsknął śmiechem.
     – A żeby tylko! Pojechałem na pokojową, rozumiesz, p o k o j o w ą rozmowę o rekrutację. Facet przywitał mnie łopatą i kulką między oczy. Umarłem. Po prostu mnie facet zastrzelił jak kundla. A jeśli ktoś mnie zabija to automatycznie go nie cierpię. Dlatego nie zabijaj mnie, bo chciałbym się z tobą lubić.
     Craig chyba nie do końca mu uwierzył. Rozejrzał się dyskretnie po pozostałych, sprawdzając czy któryś ma ochotę jakoś skomentować aż takie stężenie absurdu w jednej wypowiedzi. Niestety zarówno Elena jak i Ćwiek uwierzyli mu na słowo już jakiś czas temu. No bo dlaczego mieliby mu nie wierzyć? Świadków może i nie miał (jeszcze), ale Felix na samym początku ich znajomości mógł pooglądać jeden z jego jak najbardziej prawdziwych aktów zgonu. Miał też własny grób z bardzo ładnym, jasnym pomnikiem na cmentarzu w Edenie. I – co najważniejsze – żadnych powodów do tego, by kłamać.
     – Poważnie mówisz? – upewnił się w końcu cyborg. – Umarłeś i dalej żyjesz?
     – Nie raz, mon ami – Sylve uśmiechnął się niewinnie, dawno już zapominając o swojej wściekłości. – Dobrze... To wy tu sobie jeszcze porozmawiajcie, a ja zajmę się czymś pożytecznym. I tak spotkamy się jeszcze z milion razy!
     Już odwrócił się, by w spokoju wrócić do swojej maszyny i zacząć swoje nowe dzieło stworzenia, gdy przypomniał sobie o jednej nader ważnej kwestii.
     – Hej, Elen? Masz potem chwilkę?
     – Coś się znajdzie... A co?
     – Jesteś moim jednym z niewielu pewnych źródeł kobiecej wiedzy. No... W każdym razie bardziej pewnym niż taka, powiedzmy sobie szczerze, Cup albo Fera. Będę miał kilka pytań.
     – Co ty znowu planujesz? – wtrącił się Fel.
    Sylvain Berthier wyszczerzył się tak, jak potrafił tylko, gdy wpadał na kolejny niesamowity pomysł.
     – Coś super – rzucił na odchodnym, machając towarzystwu ręką.
     Nie dało się ukryć, że Sylvain w kwestiach rekrutacji nie miał zbyt wielkich osiągnięć. Raz jeden poszedł na spotkanie z kimś ważnym i od tego czasu osoba ta miała go najwyraźniej za lekko niedorozwiniętego. Do tego ukradł Japończykowi mechaniczną sekretarkę o mentalności dziecka i nieomal ukradł mu kota. A samotny wypad Berthiera na poszukiwanie rekrutów pozbawił go życia. Sylvain musiał spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że akurat do tego talentu zdecydowanie nie miał. Dlatego litościwie usunął się z dyskusji, pozwalając dorosłym porozmawiać jak trzeba. Grunt, że wyraził swoje zdanie w kwestii nowego kolegi. Teraz pozostało mu tylko czekać na efekty.
     Schylił się do pozostawionej na podłodze torby i pogrzebał w niej chwilę, szukając odpowiedniej farby oraz ołówka. Z czerwoną puszką stojącą dumnie tuż obok wielkiej płachty kartonu rozłożonej na ziemi zabrał się za planowanie kształtu zębatej paszczy dla swojego śmigłowca. Z tyłu głowy z wolna rysował mu się już projekt całej reszty maszyny, który tylko czekał na skonsultowanie go z Felem i ostatecznie wykonanie. Sylvain cieszył się na myśl o tym jak będzie wyglądała jego maszyna. Szkoda tylko, że musiał ją rozbić tego samego dnia, w którym przydać się miała po raz pierwszy.

Krótko, bo krótko, ale jak chcesz coś Red dodać, to się nie krępuj

niedziela, 21 października 2018

Od Sylvaina (CD Echo) - Jak się kradnie helikoptery?

     Sylve padł na kolana i mocno oparł się dłońmi o ziemię. Odetchnął głęboko przez nos i zamrugał kilka razy, próbując wmówić sobie, że świat wcale aż tak się nie kołysze. Mimo wszystko uśmiechnął się szeroko – w końcu miał co świętować. Niecodziennie zdarzało mu się rzeczywiście latać, a salto wykonał po raz pierwszy w życiu. Zasadniczo nigdy wcześniej też nie zdobywał szturmem bazy wojskowej i nie kradł śmigłowców. Jakby nie spojrzeć cała ta akcja wyładowana była aż po brzegi nowymi doświadczeniami. Wobec tego cały dzień wychodził mu jak najbardziej na plus.
     – Sylve? Żyjesz? – spytał Echo z niekłamaną troską.
     – Oui! – odpowiedział. – Chyba nie jestem przyzwyczajony do takich atrakcji... Zmienimy to. Chcę jeszcze raz!
     Zaraz jednak przypomniał sobie gdzie jest i dlaczego w takim miejscu. Dalsza nauka latania musiała poczekać. Ale tylko troszeczkę.
     – Jasne – zgodził się Echo. – A jaki mamy teraz plan?
   – Na dobry początek zejdź z widoku, błękitny przyjacielu – Sylve pociągnął Echo za rękę, zmuszając go do zajęcia miejsca obok siebie. Tak zdecydowanie trudniej było ich wypatrzeć na tle muru. Zwłaszcza, że Merkury jakby nie patrzeć świecił bardziej niż maska Leviathana. – Dobra... Plan jest taki. Ty – wskazał palcem na Echo – postarasz się zdrowo tu namieszać i zwrócić na siebie jak najwięcej uwagi. Ja – tu dźgnął się palcem w pierś – znajdę helikopter i wywiozę go stąd w jednym kawałku. Pod warunkiem, że odrobinę pomożesz mi przy bramie zanim radośnie odjedziemy w stronę zachodzącego słońca.
     Echo wyraźnie zmrużył oczy i pokiwał w zamyśleniu głową.
     – Łapię.
     – Cudownie. Czas się zabawić – Levi zaśmiał się szatańsko, zacierając ręce. A potem podniósł się z ziemi i zgięty w pół ruszył w stronę, gdzie jak mu się zdawało widział hangary.
     Musiał wierzyć nowemu koledze, że świetnie sobie poradzi z przydzielonym mu zadaniem. W końcu nikogo innego tu nie zabrał. Miał jednak przeczucie, że Echo go nie zawiedzie. Przecież grzebał przy grawitacji, więc nie mogło mu się nie udać. Nawet jeżeli jakimś cudem nie był aż tak kuloodporny jak Francuz.
     Skup się, Sylve, żebyś to ty nie nawalił, upomniał sam siebie. Nie odważył się jeszcze oddalić od muru. Oddzielony od głównej części jednostki kilkoma warstwami metalowej siatki czuł się względnie bezpieczny. Zwłaszcza, że niewyraźnie widział zarys niewielkiego oddziału żołnierzy, musztrowanych na placu pomiędzy budynkami i bardzo nie chciał, żeby się nim zainteresowali. Ci, którzy niewątpliwie pilnowali terenu ze strażnic, również mogliby zostawić go w spokoju. Jego plan zakładał przecież, że wszyscy ci groźni ludzie zgromadzeni na niewielkiej przestrzeni, z której nie sposób uciec żadnym sposobem, zauważą go dopiero wtedy, gdy będzie już za późno. Inaczej nie wróżył sobie ani długiego dziewiątego życia, ani tym bardziej przyjemnej i spokojnej śmierci. 
     A jeśli spaliliby moje ciało ZANIM bym się obudził? Na myśl o tym przeszył go zimny dreszcz. Przegiąłeś, Sylvainie... Tym razem naprawdę przegiąłeś. Ale przejmiesz się tym? Francuz uśmiechnął się lekko do siebie, na chwilę zamierając w bezruchu, gdy na jednej ze strażnic dojrzał ruch. Oczywiście, że nie. Zdrowy rozsądek zostawiłem dzisiaj w domu. A potem oderwał się od muru i skulony, pochylając głowę, żeby światła maski go nie zdradziły, skręcił w ścieżkę prowadzącą do wnętrza kompleksu. Raz Francuzowi śmierć!
     Wierzył głęboko w swoją zdolność do bycia niewidzialnym. Przecież starał się jak mógł, żeby nie zobaczyć nikogo, więc wedle wszelkich prawideł wszechświata on też powinien być niezauważalny. Tak głosiło odwieczne i fundamentalne prawo jego sprawdzonej logiki. Przystanął na rozwidleniu dróg i rozejrzał się czujnie, szukając wzrokiem hangarów. Nie było mowy, żeby nie znalazł w ich pobliżu żadnego śmigłowca. Jeśli Sylvain Berthier wiedział cokolwiek o wojsku, z pewnością mógł ręczyć za chorobliwy wręcz porządek. Zwłaszcza, gdy w jednostce znajdowali się głównie Azjaci – królowie dyscypliny i ładu.
     Tacy jak Legion. Mon Dieu, oby nie... Mam nadzieję, że ten gość jest wyjątkowym kwiatuszkiem i drugiego takiego już nie spotkam.
     Tylko czystym cudem udało mu się przekraść niezauważenie. Nie miał pojęcia jak do tego doszło, ale też niespecjalnie go to obchodziło. Grunt, że żył swoim dziewiątym życiem i nie zanosiło się, by miał przestać. Może było coś w powiedzeniu, że głupi miał zawsze szczęście? Nie żeby Leviathan uważał się za wybitnie głupiego. Ba! Był przecież wyjątkowym geniuszem. Dlatego dziwił się tym bardziej ilekroć coś szło mu aż tak gładko. Zwłaszcza, gdy przemykał w miejscu, gdzie niekoniecznie ktoś powinien go znaleźć.
     Hangar wyglądał zaskakująco normalnie. Ogromna jak na jego standardy hala, do której dostać się dało przez równie słusznej wielkości drzwi nie zaskoczyła go. Spodziewał się czegoś podobnego. I zupełnie go to nie interesowało. No bo co mógł w nim znaleźć? Myśliwce? Pierwszorzędne uzbrojenie? Nowoczesne samoloty? Drony?
     Pokręcił gwałtownie głową. Zgiń przepadnij, Szatanie! Może następnym razem się tobą zajmę...
     Aktualnie miał inne zmartwienie: nie widział na placu helikoptera. Z braku lepszego pomysłu postanowił obejść hangar dookoła, by upewnić się, że latająca maszyna śmierci nie czeka spokojnie z innej strony. I w tym momencie najwyraźniej zgraja Azjatów odkryła obecność Echo. Gdzieś w innej części kompleksu zawyła syrena alarmowa. Kilka sekund później wybrzmiała już cała reszta. Wszystko wskazywało na to, że Merkury postawił na nogi całą jednostkę. Wobec tego miał niekwestionowany talent w zwracaniu na siebie uwagi. Sylve zapamiętał to bardzo dokładnie.
     Nie chcąc tracić zbyt wiele cennego czasu – w końcu nie wiedział ile dokładnie go miał, a być może wcale nie było czym szastać – truchtem ruszył wzdłuż ściany hangaru. Poza tym nie był pewien czy Echo jest aż tak niesamowity jak na to wyglądał. Leviathan nie był pewien czy chciałby tłumaczyć się przed Ferą z tego, że porzucił kolegę na pastwę małej armii, a błękitny przyjaciel nie podołał na dłuższą metę wyzwaniu. Nie, Sylvain Berthier zdecydowanie nie chciał odbywać podobnej rozmowy. A poza tym Echo był mu jeszcze potrzebny. Od kiedy ja się tak przejmuję wspólnikami w zbrodni?
     Jego cel czekał na niego po drugiej stronie hangaru. Czarna piękność błyszczała zachęcająco, kusząc go swoim smukłym kształtem. Cztery płaty rotora zalotnie opadały ku ziemi. Zgrabne, malutkie kółeczka zdawały się czekać aż ktoś je poruszy. A ten ogon! Jednocześnie masywny i pełen nieskrywanego wdzięku. Prawdziwy, chiński Changhe, gotowy, by ktoś zaoferował mu wiele miłości. Tak się składało, że Sylvain właśnie zakochał się na zabój po raz pierwszy w życiu. Dystans dzielący go od śmigłowca pokonał wręcz mistrzowskim wieloskokiem i przykleił się do poszycia. A potem, z iście diablim uśmiechem sięgnął do kieszeni kurtki...

     – Echo! Mon ami! Niech no ja cię uściskam! – Sylvain wyskoczył z szoferki półpancernej ciężarówki, rozkładając szeroko ręce, by złapać swojego błękitnego przyjaciela.
     Merkury nie zdołał uciec. Nie żeby próbował, bo zdawało się, że nigdzie nie zamierzał się wybierać. Nie mniej Francuz i tak zamknął go w żelaznym uścisku. Bądź co bądź cały przekręt udał się właściwie tylko dzięki pomocy Echo. Sylvain może i był człowiekiem wielu talentów i nie do końca rozumiał koncepcję niemożliwości, ale z pewnością nie zakrzywiał praw wszechświata wedle własnej woli. Dlatego od czasu do czasu potrzebował wsparcia w postaci jeszcze bardziej uzdolnionej persony. A patrząc po tym, co do zaoferowania miał jego nowy błękitny i bardzo futurystycznie wyglądający przyjaciel, Sylve był pewien, że jeszcze nie raz przyjdzie mu złożyć propozycję Hermesowi.
     Tymczasem jakiś zaufany człowiek Eleny – jak Levi założył, że powinno się to wymawiać (Jaki normalny naród odruchowo czyta ,,H" na początku? Toż to nawet Włosi tego nie robią!) – wsiadł do JEGO ciężarówki i odprowadził JEGO nową dziewczynę helikopter głębiej w trzewia Nory.
     – Hej! Moje!
     Sylve szybko skinął głową Merkuremu, przysięgając, że należycie podziękuje mu później w kryjówce i, że od teraz są przyjaciółmi, a potem pognał w kierunku czekającej w oddaleniu zielonowłosej Polki za toczącą się ostrożnie ciężarówką. W końcu miał sporo pracy. Musiał przede wszystkim pozbyć się ustrojstwa, które umożliwiało odszukanie śmigłowca oraz zatrzeć numery boczne jednostki. A przy tym pamiętać, by uzgodnić z Eleną szczegóły jej obecności w jego wielkim planie.
     Wskoczył na pakę ciężarówki i chwycił się ogona helikoptera. Pomachał na pożegnanie Echo i  odwrócił z powrotem w stronę kierunku jazdy. Sylvain Berthier u boku swojej czarnej piękności majestatycznie sunął ku kolejnej przygodzie. Przecież z jakiegoś powodu został tymczasowym szefem małego oddziału indywidualności. I czuł się jak pan świata. Atak na wariatoodporną igłę po prostu nie mógł się nie udać.

czwartek, 21 czerwca 2018

Od Sylvaina - Od kciuka do śmigłowca

     Sylvain Berthier zaskoczył świat po raz kolejny. Zaskoczył tym bardziej, że absolutnie niczego nie zepsuł ani nie wysadził. Nikt nie ucierpiał w żaden sposób, znajdując się w złym miejscu i czasie. Ukryty w jego kieszeni błyskacz i zagłuszacz nie uległy detonacji i nie sparaliżowały kryjówki na kilka godzin. Właściwie to nawet nie zrobił niczego chaotycznego czy nieprzemyślanego. Delikatnie i z maksymalnie dobrymi intencjami napadł jedynie na Felixa, wyprosił od niego zdjęcia rzeczonej Igły, którą miał zdobyć, a potem zniknął bez śladu. I właśnie to było najdziwniejsze. Nad siedzibą Szczurów zawisło ciężkie widmo ciszy przed burzą. Jednak wszyscy byli zbyt pochłonięci swoimi zadaniami, by zdać sobie z tego sprawę. Może właśnie tak było lepiej – Francuz nie przeszkadzał reszcie swoją dezorganizującą obecnością, a reszta nie zauważała braku jego osoby, więc w efekcie nie przeszkadzała jemu.
     Leviathan zamknął się w swoim pokoju i dla pewności przekręcił klucz w zamku dwa razy. Nie tylko dlatego, by na pewno nikt nie przedarł się do niego szturmem i nie wyciągnął siłą na zewnątrz. Potrzebował odciąć się od reszty towarzystwa, by pracować. Rzadko to robił, być może nawet zbyt rzadko, jednak w końcu dostał poważne zadanie i bardzo odpowiedzialną funkcję. Fera wyznaczyła go na absolutnego szefa grupy, czyli  l i c z y ł a   n a    n i e g o  i na pewno zakładała, że Sylve doskonale sobie poradzi. Mało tego! Musiał samodzielnie dobrać sobie resztę drużyny i tylko od niego zależało czy misja się powiedzie czy nie. A niestety nie wszyscy byli aż tak trudni do usunięcia jak on. Wątpił, by Różyczka ucieszyła się z nadprogramowych trupów w swoich szeregach.
     Pokój, który sobie zajął w siedzibie gangu był zaskakująco pusty. Sylvain nie bywał w nim dość często, by mieć głowę i czas do spersonalizowania go i umeblowania po swojemu. Poza łóżkiem i jakąś szafką na te kilka rzeczy, których potrzebował, nie było w nim praktycznie nic. Będę musiał nad tym popracować, stwierdził wyciągając spod łóżka ściśle tajną tablicę korkową. Koniecznie z dużą liczbą plakatów i światełkami. Akurat tę starą, znalezioną w magazynie sklepu meblowego tablicę, przygotowaną do wyniesienia na śmietnik, uratował i zniósł pod ziemię już na samym początku, wiedząc, że będzie ona nieocenioną pomocą. Nie pomylił się ani odrobinę.
     Odczepił wszystkie zdjęcia i notatki, poskładał je na równą kupkę i schował pod materac. Nikt nie miał prawa choćby przypadkiem dowiedzieć się o treści tych zapisków i Sylve bezwzględnie tego pilnował. To były jego przyszłe plany – gdzie podziałby się element zaskoczenia, gdyby ktoś dokładnie się z nimi zapoznał?
     Drgnął, odganiając od siebie ten mrożący krew w żyłach, najczarniejszy z czarnych scenariusz i poprzypinał na tablicę świeżo zdobyte zdjęcia Akai Hari. Każde z nich było wykonane z innej strony i pokazywało jak najwięcej okolicy. Berthier samodzielnie wybrał takie ujęcia, żeby mieć pełny obraz tego, z czym musiał wygrać. Nie potrzebował dokładnych planów budynku. Interesowały go przecież tylko najwyższe piętra, a nie łudził się nawet, że w trójkę dałoby się przebić na szczyt igły.
     – Jak cię bezboleśnie zdobyć, co? – zapytał, mówiąc bardziej do budowli na zdjęciu niż do siebie i przesuwając palcem po strzelistym kształcie igły. Fotografia jednak milczała.
     Sylvain zmrużył oczy w zamyśleniu i odłożył tablicę na podłogę, żeby widzieć ją w całości. Siedząc na łóżku, oparł łokcie na kolanach i zetknął ze sobą czubki palców obu dłoni i przycisnął palce wskazujące do ust, przyglądając się centralnemu zdjęciu na tablicy. Miało żywe kolory i tak perfekcyjne ujęcie, że na pewno pochodziło z jakiegoś katalogu dla turystów. Od sfotografowanej strony musiało tam być zawsze pełno ludzi. Zwłaszcza, że kadr wykonany przypadkiem z innego miejsca stanowczo odbiegał w swojej niesamowitości od tego frontowego.
     Dobra, Sylve... Jak. Jak chcesz to zrobić? Jak dużo czasu to zajmie? Jak się przygotujesz? Jak zdobędziesz to, czego potrzebujesz?
      Westchnął i sięgnął do szafki po zeszyt i długopis. Wyrwał kartkę ze środka, podzielił ją na mniejsze części i zapisał wszystkie swoje pytania, a potem przytwierdził je do tablicy pomiędzy zdjęciami. Oparł ją o ścianę za łóżkiem i wstał. Skrzyżował ramiona na piersi, przez chwilę patrząc gdzieś w bok, a potem pokręcił głową, odrzucając nieprawdopodobny plan i zaczął chodzić po pokoju, raz za razem zerkając w stronę tablicy. Jego mózg pracował na najwyższych obrotach, błyskawicznie analizując i odrzucając kolejne pomysły.
     Wspiąć się? W życiu. Zdejmą nas zanim dotrzemy do dziesiątego piętra. Przebrać za personel? Za dużo roboty, za mało czasu. Nie wypali. Dołem? Przecież chcę się dostać na szczyt! Po prostu podejść pod drzwi i improwizować? Mogę od razu strzelić sobie w łeb i oszczędzić czasu. Może dachem? Ech. Jak się niby sensownie opuścić po tej igle? Linka mi się nie zaczepi. Nie mogę znowu umrzeć w tak głupi sposób. Myśl... Jak? Jak to zrobić?
     Ktoś załomotał pięścią w drzwi. Sylvain poderwał głowę i zamarł w pół kroku. Błyskawicznie odwrócił się w stronę hałasu, patrząc podejrzliwie na wejście. Ktoś najwyraźniej odkrył jego nieobecność.
     – Sylve?! Jesteś tam?! – usłyszał dobrze mu znany kobiecy głos. Pandora.
     Przeczesał dłonią zmierzwione włosy i w dwóch krokach znalazł się przy drzwiach. Przekręcił klucz w zamku i otworzył, od razu uśmiechając się szeroko w swoim firmowym uśmiechu.
     – Tak, ślicznotko?
     – Całe szczęście, że tu jesteś... – Erro sprawiała wrażenie, jakby rzeczywiście jej ulżyło. Zaraz jednak odwzajemniła jego uśmiech, szczerząc zęby i przecisnęła się bezpardonowo w głąb pokoju – Co robisz?
     Berthier wskazał jej ręką tablicę i potarł dłonią kark.
     – Kombinuję... – stwierdził, mocno marszcząc brwi dla zobrazowania o jaki poziom intensywnego myślenia mu chodzi. – Nad tym wszystkim. Chcę zrobić to dobrze.
     – Aha... – Pandora pokiwała głową ze zrozumieniem.
     – Coś nie tak? – Levi przechylił pytająco głowę i podszedł do niej.
     Tego, że Erro przyłoży mu do czoła dłoń z jeszcze nie do końca odrośniętym kciukiem się nie spodziewał. Dlatego spiął się lekko i z niezrozumieniem wymalowanym na twarzy czekał na dalszy rozwój wypadków. To nie tak, że nie ufał Pandorze. Po prostu lekko się zdziwił.
     – Zrób sobie przerwę – poradziła z niebezpiecznie szerokim uśmiechem. – Lepiej na tym wyjdziesz.
     – Ale ja dopiero zacząłem! – zaprotestował. – Czekaj... Dlaczego mam przestać?
     – Nadmiar myślenia szkodzi – wyjaśniła mu Pandora, podnosząc do góry jeden palec dla dodania swoim słowom powagi – a nie zdziwiłabym się, gdybyś zaraz zaczął dymić z przegrzania.
     Sylvain Berthier zaśmiał się szczerze i wesoło. Pokiwał nawet głową, zgadzając się ze słowami Erro i popatrzył na nią, prezentując jej kolejny wariant ze swojego imponującego wachlarza rozbrajających i topiących serce uśmiechów. Leviathanowi niewiele rzeczy trzeba było powtarzać drugi raz. Dlatego padł w poprzek łóżka, wyciągając daleko przed siebie nogi i poklepał materac obok siebie. Założył ręce za głowę i zaczekał aż Pandora usiądzie we wskazanym miejscu i wygodnie się ułoży.
     – To jakie masz plany, mon cher? – zagadnął od niechcenia. Gdzieś nad jego głową nadal stała oparta o ścianę tablica, ale nie przejmował się nią, dopóki nie miała zamiaru spaść mu na twarz.
     Erro nie odpowiedziała zupełnie od razu. Zawiesiła wzrok na zdjęciach Akai Hari i rozsypanych dookoła pytaniach.
     – Słyszałeś przecież wyraźnie, że Fera wysyła mnie do Edenu. Słyszałeś, nie?
     – Ale to wcale nie takie oczywiste, że od razu tam pojedziesz – bronił swojego zdania Levi.
     – A co mam lepszego do roboty? – odparła Pandora.
     – No w sumie... Wygrałaś. – skrzywił się lekko jakby był obrażony, ale zaraz z powrotem przywołał na twarz swój permanentny zawadiacki uśmieszek – A kiedy wracasz?
     – Jeszcze nie wiem – wzruszyła ramionami. – Pewnie jak już skończę.
     – To skończ szybko – poprosił, przeciągając się – bo będę cię tutaj potrzebował.
     Erro już otworzyła usta, żeby zapewne spytać go do czego, ale ubiegł ją. Wyciągnął rękę i postukał palcami w ramkę swojej tablicy.
     – Akai Hari. Wielka, czerwona niby-igła – wyjaśnił. – Durna, wariatoodporna wieża.
     – ,,Jak chcesz to zrobić?" – przeczytała na głos.
    – Pojęcia nie mam – przyznał z niesmakiem. – A przynajmniej  j e s z c z e  nie. Skończyłem na etapie zastanawiania się jak nie dać się zabić.
     – Najwyższe piętra, tak? – upewniła się Pandora.
     – Yhym... – mruknął Sylve, biorąc do ręki długopis. Wykręcił się w stronę zdjęcia ze środka i zakreślił mniej więcej piętra, o które mu chodziło – Tutaj.
     – Nie ma sensu wchodzić od dołu.
     – Też na to wpadłem – pochwalił się Levi. – Tylko nic z tego nie wynika. Wiem dokładnie czego  n i e  robić. Brakuje tego dobrego sposobu.
      – Twoja linka? – zasugerowała Erro.
     – Odpada – pokręcił głową – Nie przebijam się przez takie iglice. Majestatycznie rozkwasiłbym się z całym zespołem na chodniku.
     Pandora skrzywiła się, najwyraźniej wyobrażając sobie tę scenę. Sylvain podążył za jej tokiem rozumowania i na jego twarzy pojawił się jeszcze gorszy grymas.
      – Bolałoby – skwitował.
      – I zostałby ślad.
      – Ha! Pewnie tak...
      Dwaj wariaci przez chwilę milczeli, wpatrując się w Igłę. Sylve wsparty na łokciu w skupieniu nagryzał końcówkę długopisu. Pandora, mrużąc oczy i przekrzywiając głowę, bawiła się kikutem kciuka.
      – To boli? – spytał w końcu Berthier, zerkając kątem oka w stronę dłoni Erro.
     – Co? – spytała, wyrwana z zamyślenia. – A, to. Nie. Nie boli. Może gdybym wyleciała w powietrze byłoby gorzej...
      – To dobrze. Prawie poczułem się winny.
      Wylecieć w powietrze... W powietrze!
      Leviathan usiadł gwałtownie i wyszczerzył się zachwycony.
     – Je l'ai!
     – Co?
     – Powietrze!
     – Powietrze, co?
    – Weźmiemy helikopter i zaatakujemy najwyższe piętra Igły. Przecież taką rakietą to na pewno się przebijemy, nie ma opcji, żeby nie wyszło.
      – Sylve, to szalone – stwierdziła Pandora. Jednak wyraz jej twarzy zupełnie przeczył temu, co powiedziała. Cieszyła się niemalże tak jak Berthier.
     – To chyba dobrze, non?
     – Pewnie, że tak! Skoro już mi obiecałeś, że będę ci potrzebna... nie wybaczyłabym ci, gdyby mnie ominęła taka akcja! Mamy w gangu jakiegoś pilota tak w ogóle?
      – Oczywiście, że mamy! – odpowiedział jej Sylve, dobitnie wskazując na siebie – Tak się składa, że mam na to legalne, powtarzam: LEGALNE, papiery!
      – To super – uśmiechnęła się i wstała – Teraz mam dobry powód, żeby się pospieszyć.
     Podekscytowany wyszczerz Francuza nieco zbladł.
     – Idziesz już, mon cher?
     – Oboje mamy swoją robotę – przypomniała mu.
     – Jasne, jasne. Różyczka wszystkich zagoniła do roboty, ale czekaj minutę!
     Zeskoczył z łóżka, szeroko rozkładając ręce i dla efektu uzupełniając to głośnym ,,Ta-dam!", na znak, że nie upadł zaplątany w narzutę leżącą na kołdrze. A potem, nadal nie opuszczając rąk, przysunął się do Erro. Zamknął dziewczynę w mocnym, przyjacielskim uścisku. Pandora zaskoczona nagłym przypływem czułości przez chwilę po prostu stała w miejscu, zanim zdecydowała się niezgrabnie objąć Francuza i równie przyjacielsko poklepać go po plecach.
     – Dzięki – rzucił prosto do jej ucha.
     – Umm... Pani Erro? – usłyszeli nagle z progu.
     Sylve puścił swoją ofiarę, ale nie odsunął się od Pandory na przyzwoitą odległość. Zamiast tego zarzucił dziewczynie rękę na ramiona i leniwie uśmiechnął się, mrugając jednym okiem do czekającego w progu dzieciaka w masce. Hej! Przecież był Francuzem! Mógł sobie przytulać każdego kogo chciał i kiedy chciał.
     – Co, młody? – spytała Erro, też nie garnąc się, żeby odsunąć się od Leviego. W końcu nie zdjęła ręki z jego pleców i nadal połowicznie obejmowała go w pasie.
     Dzieciak wyciągnął przed siebie kartkę, jakby chciał się jej jak najszybciej pozbyć.
      – Pan Felix kazał przekazać współrzędne celów, którymi ma się pani zająć, pani Erro. Proszę, oto one.
      Pandora uśmiechnęła się drapieżnie, a potem spojrzała na Sylve.
     – Chętnie bym została, ale obowiązki wzywają!
     Sylvain zmrużył oczy rozbawiony i krótko cmoknął dziewczynę w policzek. Nie musiał tego robić. Jednakże po pierwsze bardzo polubił Erro, po drugie RatFace w drzwiach śmiesznie usiłował udawać, że wcale go nie ma w tym pokoju i niczego nie jest świadkiem, a po trzecie kto mu zabronił? Skoro połowa populacji Paryża całowała się na powitanie i pożegnanie on też mógł. Ba, nawet powinien jako dumny przedstawiciel swojego kraju!

     – To idź, jeśli musisz. Pamiętaj co mi obiecałaś, ma belle.
     – O to się nie martw! Będę pamiętać – obiecała i puściła go. Przechodząc obok nastolatka pogłaskała go po głowie jak posłuszne zwierzątko domowe – Dobra robota, szczurku.
     Sylvain pomachał jej na pożegnanie. Opuścił rękę dopiero kiedy zamknęły się drzwi i powoli odwrócił się do łóżka z tablicą, opierając pięści na biodrach.
      Dobra, a skąd ja wezmę helikopter?
     Wyrwał kolejną kartkę ze swojego zeszytu i usiadł na podłodze, rozkładając ją na łóżku. Znalazł porzucony długopis i po kolei odpowiedział sobie na wszystkie postawione wcześniej pytania. W końcu miał już plan. Na koniec zostało mu tylko jedno – to dotyczące właśnie posiadania helikoptera.
     Ostateczne pytanie, skup się, bo łatwiejszych nie będzie. Kto ewentualnie może ci pomóc zdobyć śmigłowiec? Uśmiechnął się do siebie niczym rasowy geniusz zła. Chyba widziałem gdzieś tego gościa, którego przyprowadził Fel. Tego, no... Dezertera czy innego żołnierza.
       Pozbierał się z podłogi najszybciej jak tylko potrafił i wypadł z własnego pokoju. Zatrzymał się dopiero w wejściu do salonu kryjówki i rozejrzał uważnie dookoła. Wnętrze było zaskakująco puste jak na oczekiwania Leviathana. Spodziewał się nerwowej krzątaniny, gwaru i wszystkiego, co mogłoby wskazywać, że ludzie przygotowują się na wojnę. Tymczasem zastał całą sekcję informatyczną zgromadzoną w okolicy warsztatu i wymieniającą między sobą ciche uwagi, ale zbyt skupioną na własnych zadaniach, by normalnie porozmawiać, jednego szykującego się do wyjścia cyborga i błękitnego robota zafascynowanego samą obecnością Hiccup.
     – Hej! A gdzie wszyscy? – spytał, wchodząc głębiej do pokoju. Przywitał się z Ćwiekiem serdecznym uściskiem ręki, skinął głową dziewczynie z turkusowymi włosami, a potem zajrzał pod biurko w poszukiwaniu Cup. Dopiero później dla własnego spokoju zajrzał za kanapy, ale tam też nikt się nie krył. Sylvain wyprostował się, nagle dochodząc do jednego, kluczowego wniosku. Na pewno nie czekało na niego bezinteresowne przyjęcie niespodzianka.
     – Wszędzie – odpowiedział mu Felix, na chwilę odchylając się od monitora. – Dosłownie wszędzie.
     Levi zerknął na mapę wyświetlającą położenie poszczególnych członków gangu w terenie. Rzeczywiście – niewielkie kolorowe kropeczki rozsiane były na terenie każdego z miast. Stanął dokładnie przed nią i w zamyśleniu zaczął przyglądać się poszczególnym kopkom. Niestety było ich więcej niż wcześniej, a on jak na złość nie zainteresował się rozpiską nowych oznaczeń. Już odwrócił się, by poprosić Dana o pomoc, ale cyborg właśnie zamykał za sobą drzwi.
     – Szukasz kogoś konkretnego? – odezwał się Fel.
     – Oui.
     – Kogo? – dopytał, kręcąc głową chyba w celu rozruszania sztywnego karku.
     – Tego faceta, którego niedawno przyprowadziłeś do domu.
     – Piaskuna? Echo? – spróbował Ćwiek, ale Sylve tylko kręcił głową.
     – Duonga? – podsunął RatFace. Sylvain podskoczył i obejrzał się przez ramię, dopiero w tym momencie zdając sobie sprawę z tego, że zamaskowany dzieciak wcisnął się w niewielką wnękę pomiędzy biurkami. Cóż, różni ludzie lubią pracować w różnych warunkach.
     – A to ten z karabinem i szczotką na głowie? – upewnił się.
     – Zdecydowanie – zgodził się Ćwiek. – Ale rozczarujesz się, Sylve, Chien wyszedł. I to chyba nawet jako pierwszy.
     – Mówił coś o tym gdzie albo kiedy go szukać?
     – Powinien niedługo wracać.
     – Świetnie. To ja usiądę i poczekam.
     – Jak wolisz – odparł Felix i znów zniknął za monitorem. Sylve dostał wyraźny znak, że powinien sam się sobą zająć. Dlatego zamiast bezpośrednio do kanapy, skierował swoje kroki do lodówki w kuchni. Otworzył ją, modląc się, by nikt nie wypił mu upatrzonej wcześniej puszki z jakimś dziwnym, opatrzonym chińskimi krzaczkami napojem gazowanym. Levi uwielbiał napoje gazowane bardziej niż cokolwiek innego i nie odmawiał żadnej okazji do otworzenia puszki. Na szczęście chociaż tym razem nikt go nie wyprzedził.
     Rozsiadł się na kanapie, wyciągnął nogi na stolik – który zwykle chyba nie służył do niczego innego, jeśli nie liczyć grania w karty albo rozkładania na nim imponującej ilości oręża – i z sykiem otworzył puszkę. Mimo wszystko jedna rzecz nie dawała mu spokoju.
     – Feeeeliiiiix...?
     – Tak, Sylve?
     – Jak się to pisze?
     – Co?
     – No... ,,Chien" – odpowiedział. – Jakie litery tam wchodzą?
     – C-H-I-E-N, a co? – spytał Ćwiek.
     Sylvain tylko wybuchnął śmiechem. I śmiałby się pewnie nadal, gdyby drzwi wyjściowe nie otworzył się na oścież, a do środka nie wmaszerował poszukiwany Azjata. Levi nie mógł przegapić okazji i nie podzielić się ze światem swoim odkryciem.
     – Cześć, PIESKU! – wyszczerzył się bezczelnie, popijając ze swojej puszki.
     Duong zmarszczył brwi i zignorował go. Na ramieniu zawieszoną miał torbę, którą zostawił przy kanapie.
     – Czemu obrażasz kolegę? – wtrącił się Echo.
     – Bo ,,Chien" to po francusku ,,pies"! – wtrąciła mimochodem Cup.
     – Dokładnie tak, mon petit! – pochwalił Leviathan – Ale też nie do końca. Chciałem po prostu zwrócić na siebie uwagę. Jestem tylko atencjonalnym wariatem, nie? No. Tak czy siak mam sprawę, wiesz Chien? – zaśmiał się cicho wbrew woli.
     – Dla ciebie Legion – odparował sztywno – Tylko Legion.
     – Przyjąłem, żołnierzu! – Sylve pokiwał głową, godząc się na wszystko – To pomożesz mi?
     – W sprawie?
     – Nie wiesz może przypadkiem, gdzie mogę dostać sprawny i uzbrojony śmigłowiec? – spytał Sylvain, siląc się na najbardziej niewinny ton głosu, na jaki tylko był w stanie się zdobyć.
      – Wiem.
     – To świetnie: gdzie?
     – W shangrilaskiej bazie wojskowej, ale i tak się tam nie dostaniesz.
     – A założymy się? – Sylve zatarł ręce, błyskając zębami w wiele obiecującym uśmiechu.
     – Chyba mogę ci pomóc, kolego. – usłyszał nad sobą.
     Spojrzał w górę, prosto w świecącą twarz Echo i wyszczerzył się jeszcze bardziej, a potem przeniósł wzrok z powrotem na Chiena, zadzierając głowę w niemym wyzwaniu. No dalej. Wypróbuj mnie!

Echo? Co powiesz na antygrawitacyjnego atencjonalnego wariata?