środa, 5 czerwca 2019

A ona zabiła je ich miłością, ich wzajemną miłością. Teraz pan widzi jak to jest. Tak jest codziennie... na całym świecie


Imię: Jej prawdziwego imienia nie sposób wymówić w żadnym z ludzkich języków, jednak przy pozbyciu się kilku, wyjątkowo nieprzyjemnych dla ucha dźwięków jej mowy ojczystej i zabraniu paru już zupełnie niewymawialnych głosek, z przymrużeniem oka można przetłumaczyć jej imię na słowo zbliżone do “Sumin” i takim też dziewczyna posługuje się na codzień. 
Nazwisko: Ponieważ faktycznego nazwiska nie posiada, a jej profesja nie wymaga od niej przedstawiania się w żaden konkretny sposób, zwykła wymyślać je na poczekaniu, ale tylko w sytuacjach, kiedy jest to konieczne. Robi to jednak rzadko, gdyż z jakiegoś powodu wymyślanie sensownie brzmiących i względnie przekonujących nazwisk sprawia jej niemały kłopot i Sumin wyjątkowo tego nie lubi.
Pseudonim: Dawno temu dostała przydomek Cykada i w dalszym ciągu lubi się nim posługiwać, chociaż obecnie używa go przede wszystkim jako zastępczego imienia, którym w dolnym rogu podpisuje swoje obrazy. W jej przypadku, otrzymanie pseudonimu po owadzie, który w melodyjny sposób zwykł irytować lub umilać wieczór, zawsze jednak spędzając przy tym sen z powiek wydaje się bardziej, niż odpowiednie.
Płeć: Kobieta
Wiek: Wygląda na nie więcej niż 30 lat, jednak nie staży się w taki sam sposób jak ludzie. Nawet sama Sumin nie jest w stanie określić, ile faktycznie liczy sobie lat, gdyż w miejscu, z którego pochodzi nikt nie interesuje się zapamiętywaniem wieku sukkubów. Może jedynie stwierdzić, że od momentu, kiedy zaczęła żyć pośród ludzi, nie postarzała się nawet odrobinę i póki co nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek miało się zmienić.
Rasa: Chociaż kobiecie brakuje pary rogów, długiego, zakończonego ostrym pazurem ogona, rozłożystych, nietoperzych skrzydeł, oraz wachlarza pozostałych atrybutów tak często przypisywanych demonom, Sumin bez wątpienia jest sukkubem z krwi i kości. Mimo wszystko, ponieważ woli trzymać swoją rasę w sekrecie, zwykła podawać się za człowieka, chociaż ze względu na jej wygląd i tak mało kto jest w stanie uwierzyć w jej człowieczeństwo.
Narodowość: Podobnie jak imię, Cykada posiada również i typowo koreańską urodę, a mimo to kobieta nie tylko nie jest Koreanką, ale tak naprawdę nie urodziła się w żadnym ze znanych nam krajów. Sukkub pochodzi z krainy, w której żaden człowiek nigdy nie miał, nie ma i nie będzie mieć prawa, ani możliwości postawić stopy. Jej stopa razem z cała resztą również od dłuższego czasu nie ma prawa się tam pojawić, a od momentu, w którym Sumin mogła bezkarnie nazywać tamto miejsce domem dzieli ją już wiele długich lat.
Obywatelstwo: Shangri-La
Rodzina: Jako demon, tej biologicznej rodziny nigdy nie posiadała, chociaż swego czasu przez lata należała do swego rodzaju społeczności, która mogłaby pełnić podobą rolę, nawet jeśli ich więzi były zdecydowanie bardziej formalne i hierarchiczne, niż te, które charakteryzują większość rodzin. To było jednak dawno temu, zanim kilka niezwykle głupich błędów nie zmusiło jej do zamieszkania na stałe w świecie ludzi.
Miłość: Odkąd pamięta bez przerwy wpajano jej, że podobne uczucia z wiadomych przyczyn nigdy nie były dostępne dla istot pokroju jej rasy, zaś Sumin, nie licząc krótkiego okresu niezwykle głupiego i naiwnego młodzieńczego buntu, przez który najwyraźniej muszą przejść także i te nieludzkie istoty, również święcie w to wierzy. Oczywiście, skłamałaby mówiąc, że ledwo pamięta swoją pierwszą i jedyną miłość, albo, że nigdy nie żywiła do niej urazy za sposób, w jaki obie się rozstały, ale po tak długim czasie osoba, która była zdolna zawrócić sukkubowi w głowie pozostała dla niej jedynie tym, czym sama Sumin do dzisiaj jest dla większości ludzi - przelotnym wspomnieniem, wstydliwą nostalgią, słodko-gorzką mieszanką naiwnych oczekiwań i dobrze ukrywanych wyrzutów sumienia. Mimo wszystko, kobieta ma dość długie doświadczenie w pakowanie się w dwuznaczne i niezobowiązujące związkach (nie miałam bladego pojęcia jak ładnie przetłumaczyć friends with benefits) i raczej przy tego typu relacjach pozostanie. Nie ukrywajmy jednak, że kiedy wiele pierwszych rozmów z nieznajomymi sprowadza się do bycia oskarżanym o mieszanie w głowie, tudzież czysto bezwstydną kradzież partnerów (Cykada zawsze stara się cierpliwie tłumaczyć, że to jedynie nieporozumienia, chociaż ciężko wziąć ją na poważnie, kiedy na ustach tańczy jej ten dwuznaczny uśmiech), to raczej nie pomaga jej to w tworzeniu jakichkolwiek relacji.
Aparycja: Od momentu, kiedy Sumin została zmuszona na stałe mieszkanie wśród ludzi, sukkub została pozbawiona wielu cech jakich można by oczekiwać od przedstawicielki tej rasy. Mimo wszystko, brak owych “demonicznych znaków rozpoznawczych” tłumaczy zwykłą głupotą mitów i naiwnością ludzi, którzy w dalszym ciągu gotowi są uwierzyć w tak wyolbrzymiony i oklepany obraz demona. W końcu brzmi to znacznie lepiej, niż przyznanie się, że to jedynie z własnej głupoty utraciła tak znaczącą część dawnego życia i, co gorsza, potwierdzenie, że znaczna część opowieści wspominających o wyglądzie i zachowaniach jej rasy jest prawdziwa. 
Zapewne ma to jedynie związek z byciem sukkubem, jednak mimo wszystko nie da się ukryć, że wygląd, a w szczególności twarz Cykady najzwyczajniej w świecie zwraca na siebie uwagę. Delikatne i kobiece rysy twarzy, pełne usta, jasna, ale nie niezdrowo blada cera, oraz błękitne oczy w kształcie migdałów, tak nienaturalnie połączone z Azjatycką urodą, które zdecydowanie wyróżniają się na tle gęstych, ciemnych włosów. Mimo wszystko, jej rysy, choć niewątpliwie urokliwe, należą do grona tych rzeczy, które zdecydowanie lepiej prezentują się na bezpiecznej odległości. Sumin przypomina tym nieco ręcznie zdobioną, porcelanową lalkę, która pod uśpionym okiem domowników, pozostawiona samotnie w mieszkaniu wydaje się niepostrzeżenie zmieniać swoje miejsce lub elegancki portret niezwykle pięknej kobiety, który wieczorami zdaje się śledzić przypadkowych przechodniów namalowanymi oczami, jednocześnie przerażając i fascynując. Ujmując to w bardziej bezpośredni sposób, wymaga to nieco dokładniejszego wpatrzenia się, aby zauważyć, że wygląd Sumin ma w sobie coś pociągającego i zarazem odpychającego, zaś sama jej osoba kojarzy się raczej z przyprawiającą o poczucie winy przelotną fantazją lub odległą wizją dawno utraconej pierwszej miłości, niż kimś nadającym się do bliższego poznania. Jakkolwiek samotnie może to nie brzmieć, należy pamiętać, że to właśnie z taką myślą podobne jej demony przybierały wygląd - miały zwracać na siebie uwagę, uwodzić i intrygować, ale nie rozkochiwać, a już na pewno nie zostawać nigdzie na stałe, niezależnie od tego, czy sama Sumin zdecydowała się kontynuować podobne życie w zupełnie nowym świecie.
Kobieta nie odznacza się szczególnie umięśnioną posturą, a jej wysoka, szczupła sylwetka pozbawiona blizn i większych zadrapań jedynie utwierdza w przekonaniu, że zaradność Cykady przejawia się w postaci umiejętnego unikania zagrożeń i starannego panowania nad niebezpiecznymi sytuacjami, niż polegania na resztkach jakichkolwiek  siły fizycznej. Jednym z bardziej rzucających się w oczy elementów wyglądu Sumin jest kwiatowy tatuaż, ciągnący się od lewego uda, pokrywający wijącym się wzorem niemalże całe jej plecy, kończąc na barku i lewym ramieniu. Przedstawia on kolorowy wzór rozwijających się kwiatów japońskiej moreli, który z każdym nienaturalnie przyspieszonym biciem serca Cykady zaczyna się poruszać ostrzegawczo, płynnie wykonując coraz to szybsze zgięcia łodyg, naprzemian zwijając i rozwijając żółte kwiaty.
Charakter: W porównaniu z wcześniej opisanym, urokliwym wyglądem Sumin, całą egzystencję sukkuba można przedstawić jako nieciekawie prezentującą się mieszankę niekorzystnych dla niej zbiegów okoliczności i nieporozumień, zaskakującej łagodności i okazjonalnych napadów porywczości, przeplatanych z wiecznie niezaspokojoną ciekawością.
Kobieta uwielbia siedzieć i obserwować z odległości otaczający ją świat, a w szczególności zachowania nieznajomych ludzi, przyglądając się im z dwuznacznym uśmiechem na ustach, jakby w ten sposób starała się luźno zasugerować, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robili ostatniej nocy i to jedynie od jej humoru zależy, czy zdecyduje się podzielić tą wiedzą z wścibską częścią świata. Przypomina tym odrobinę niewielkiego, a przez to i niepozornego drapieżnika, obserwującego stado znacznie większych i silniejszych od siebie zwierząt, wywołując tym dziwną mieszankę niepokoju i politowania. Z drugiej strony, nazwanie tego sukkuba samotnikiem, a tym bardziej odludkiem i posądzenie o nieśmiałość byłoby wielką pomyłką. Nawet jeśli kobieta zdecydowanie jest indywidualistką, to mimo wszystko lubi rozmawiać z ludźmi i pomijając jej niemalże mechaniczne nawyki uwodzicielki, których w dalszym ciągu próbuje się wyzbyć i ograniczyć jedynie do sytuacji, które takich zachowań faktycznie wymagają, Cykada odnosi się do nieznajomych naprawdę przyjaźnie. Fascynuje ją poznawanie nowych osób, lecz zupełny brak w tej fascynacji jakichkolwiek śladów pogardy, czy politowania, jakiego można by oczekiwać od demona, mającego na karku dekady wspomnień, przepełnionych zlewającymi się ze sobą twarzami, powtarzającymi się dialogami, oraz niezbyt oryginalnymi już sytuacjami. Zamiast szukać znajomych, oklepanych schematów w zachowaniach i sposobie myślenia ludzi, Sumin woli skupiać się na tych cechach, które stanowią tą małą wyrwę w rutynie. Pomimo jej niechęci do monotonii, kobieta zdecydowanie nie jest typem znudzonego życiem awanturnika, uparcie wyczekującego okazji, aby namącić w życiu przypadkowych nieszczęśników, a już na pewno nie przepada za zbytnim zwracaniem na siebie uwagi, co wydawać może się wręcz absurdalne, zważywszy na jej wygląd. Oczywiście, wbrew usilnym staraniom trzymania się na uboczu, jej okazjonalnie dająca o sobie znać porywczość skutkuje czymś zupełnie odwrotnym. Nie zrozumcie tego źle, Sumin nie należy do nerwowych osób, a sytuacje, w których zachowuje się jak w gorącej wodzie kąpana należą do rzadkości, spowodowanych głównie przez jakże niewygodne przeczucie, że oto znalazła się w sytuacji bez wyjścia, w skutek czego najzupełniej w świecie potrzebuje wyżyć na czymś swoją irytację. Całe szczęście, podobne, nagłe wybuchy kończą się tak szybko, jak tylko się zaczynają, a kiedy już znikają to na długo i niemalże bez śladu. 
Sumin, pomimo swojej tajemniczości względem własnego pochodzenia, a także wspomnianej wcześniej okazjonalnej porywczości, na codzień jest osobą rozsądną i zdecydowanie bardziej odpowiedzialną, niż może się wydawać, chociaż zdecydowanie lepiej wychodzi jej dbanie o otaczających ją bliskich, niż o samą siebie. Co ciekawe, jak na demona Cykada wydaje się być wręcz  podejrzanie łagodna i empatyczna. Oczywiście daleko jej do czystego altruizmu, choć zdolna jest do różnego rodzaju poświęceń i bezinteresownych czynów, w szczególności kiedy przedstawiona sprawa wydaje jej się dostatecznie intrygująca. Dziewczynę cechuje nie tylko inteligencja, ale przede wszystkim niesamowita zaradność i umiejętność wybrnięcia z naprawdę paskudnych sytuacji w jak najbardziej pokojowy sposób, nie wzbudzając przy tym zbyt dużych podejrzeń. 
Chociaż Cykada zazwyczaj stara się trzymać swoją rasę w sekrecie, aby uniknąć kolejnych, niepotrzebnych oskarżeń o niewiadomo jak bezwstydne czyny, to w niektórych okolicznościach chętnie korzysta z możliwości rozpowszechnienia przeróżnych pogłosek (zarówno tych prawdziwych i nieprawdziwych) tylko po to, aby odrobinę namieszać komuś w głowie (czyżby to była hipokryzja?). Bo nawet jeśli droczenie się nie należy do ulubionych zajęć tego sukkuba, to Sumin od czasu do czasu po prostu lubi bawić się stereotypami. Gwarantuję, że jeśli tylko znajdzie okazję do nabrania kogoś, że chociażby noszona przez nią biżuteria jest tak prawdę amuletem zapewniającym jej wieczną młodość, stojącym za jej przyciągającym wzrok wyglądem, albo rzucenia luźnej sugestii o możliwości wyssania komuś całej życiowej energii przez sen, szanse, że ją przepuści są naprawdę małe. Wbrew temu, Sumin zwykła traktować typowe umiejętności i cechy (nawet te wrodzone) sukkubów bardziej jak część pracy, niż nieodłączną część siebie. A jak to już z większością zawodów bywa, Cykada przechodzi przez dni pełne całkowitego zobojętnienia, choć innym razem to, kim jest przepełnia ją zwyczajnym niesmakiem. Dziewczyna potrafi być sobą serdecznie zmęczona, a jednak (nawet gdyby było to faktycznie możliwe) z czystego przywiązania nie byłaby w stanie pozbyć się resztek, jakie pozostały jej po dawnym życiu. Miewa dni, podczas których czuje się jak najbardziej wykwalifikowany sukkub, które zaraz mijają, tyko po to, aby zostać zastąpionym chwilami spędzonymi na podejrzeniach, że jest nikim więcej jak oszustem bez rogów, który dziwnym i zupełnie niewyjaśnionym trafem nie został jeszcze zdemaskowany.
Zarys przeszłości: Sama historia życia sukkuba przez niezmiernie długie, monotonne lata tak naprawdę nie miała żadnego początku. Nie oznacza to jednak, że Cykada istniała od zawsze, albo, że od momentu powstania po prostu żyła bezzmiennie. Nic z tych rzeczy! Dorastała tak samo, jak dorasta wszystko na tym świecie, lecz przez okres przypominający jedną, ciągnącą się w nieskończoność noc Sumin po prostu istniała jako część jej własnego, nieco pokrzywionego społeczeństwa, nawiedzając ludzi, mieszając nie tylko w ich głowach, zabierając rzeczy, które nigdy nie należały do niej. Bardzo chciałabym powiedzieć, że to zdrowy rozsądek lub współczucie było przyczyną zmiany, że doprowadziło do powstania tego nowego początku, którego wcześniej jej brakowało. Niestety, tylko i wyłącznie z powodów jeszcze szczenięcej naiwności i niepohamowanej ciekawości, z niemałym udziałem drugiej osoby, życie Cykady wywróciło się do góry nogami. Jej ciekawość 
(to pierwszy stopień do piekła, a zaspokojona ciekawość to krok w przeciwnym kierunku)
uruchomiła spór natury z wychowaniem i chęć udowodnienia sobie samej, że być może nic się nie stanie, jeśli spróbuje nieco zboczyć z wyznaczonej drogi. Przecież zabierze ze sobą tylko jedną osobę, w końcu we dwie już od dłuższego czasu wspólnie pociągały siebie na samo dno. Z ciekawości zrodziła się fascynacja, zaś z fascynacji zaczęły rodzić się niezliczone błędy, a popełniane jeden za drugim coraz bardziej oddalały ją od możliwości powrotu do dawnego życia i osób, z którymi żyła i dorastała przez lata. A kiedy ta dawna ciekawość  
(zabiła kota, satysfakcja go wskrzesiła) 
minęła tak szybko i nagle, jak tylko została zaspokojona, wraz z jej odejściem całkowicie zniknęła również szansa jaką Sumin dostała na powrót do miejsca, nazywanego przez nią domem. To nie było wygnanie, a raczej ucieczka. Kiedy kobieta zrozumiała, że jej czyny w dużym stopniu dotknęły również innych, postanowiła się wynieść i to najdalej jak tylko było to możliwe. Tak właśnie zdecydowała się na zamieszkanie pośród tych, którzy niegdyś przez tak długi czas byli tylko jej ofiarami. 
A jeśli po przeczytaniu tych niejasnych zdań wydaje ci się, że, chociaż łączą się one w całość, to tak naprawdę niczego nie tłumaczą, ani nawet nie opisują, to oczywiście masz rację. I póki co niech tak pozostanie.
Oficjalnie: Na codzień zajmuje się malowaniem, z pomocą farb i pędzli balansując między tym, co piękne i tym, co odrzucające i szkaradne. Przede wszystkim skupia się na semi-surrealistycznych malunkach, zaś jej dwie serie obrazów - jedna poświęcona kwiatowym ludziom, druga mieszająca senne koszmary z raczej dwuznacznymi aktami zapewniły jej nieco rozgłosu, jednak daleko jej do tytułu sławnej malarki i raczej się to nie zmieni.
Rola w gangu: Jakby na to nie patrzeć, chociaż Cykada jest demonem, a te zwykły kojarzyć się z nieludzką bezwzględnością i ponad przeciętną siłą, ten konkretny sukkub nie potrafi walczyć, ani tym bardziej korzystać z wszelkiego rodzaju oręży. Jedyną bronią jaką kobieta ma w zanadrzu i która przydaje się w gangu jest jej umiejętność perswazji, zdobywania informacji, czy też zmuszania ludzi do przeróżnych czynów za pomocą raczej wątpliwych środków. Przez ostatnie lata nauczyła się, że w przeciwieństwie do większości nadnaturalnych istot, ludzie zazwyczaj nie opierają się pokusie odpowiadania na każde zadane przez nią pytanie, nieważne jak bardzo krępująca lub poufna może być ich odpowiedź. Czasem wystarczy, że sukkub jedynie ładnie poprosi i szepnie do ucha parę miłych słówek.
Umiejętności: Bez umiejętności w posługiwaniu się bronią, czy to palną, czy białą, bez znajomości technik samoobrony i praktycznie znikomą wiedzą na temat współczesnej technologii, która jest w stanie otworzyć zupełnie nowe drzwi niemalże nieskończonych możliwości, Sumin tak naprawdę wydaje się po prostu bezbronna, a już na pewno nie jest tak nietykalna jak można od niej oczekiwać na podstawie czytanych legend i słyszanych historii. Jedynym, co pozostało kobiecie jest jej zaradność i to, że najprościej w świecie wie jak zawrócić w głowie. No, może “wie” nie jest najlepszym określeniem, a raczej p o t r a f i  i podczas lat życia w ludzkim społeczeństwie nauczyła się to wykorzystywać do czysto samolubnych celów. Warto jednak wspomnieć, iż Cykada nie korzysta z tej umiejętności (jeśli w ogóle można to nazwać umiejętnością) nawet w połowie tak świadomie jakby chciała. Zamiast dogłębnie zaplanowanego i kontrolowanego czynu, przypomina to raczej mruganie - owszem, na upartego każdy z nas jest w stanie przez jakiś czas je kontrolować i jeśli tylko skupimy na nim całą swoją uwagę, to tylko od nas zależy, kiedy i w jakim tępie zaczniemy zamykać oczy. Jednak, koniec końców wystarczy chwila nieuwagi, tudzież znalezienie jakiekolwiek bardziej pochłaniającego zadania, a sama czynność nie tylko zacznie dziać się samoistnie, ale w dodatku nie sposób będzie jej całkowicie zatrzymać, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli.
Ci, co słyszeli o sukkubach słowo lub dwa zazwyczaj bezbłędnie kojarzą te stwory z i ich umiejętnością pokazywania się w snach osób, które obrały sobie za ofiarę. Mowa tutaj więc o nawiedzaniu przez sen w formie gorzko-słodkej tortury, która w najlepszym wypadku jedynie namiesza, osłabi i zdekoncentruje nieszczęśnika na kilka kolejnych dni. W gorszym wywoła paraliż senny, którym sukkuby gotowe są dręczyć śniących nocami, a pamiętajmy, że nie każde z tych potwornych doświadczeń kończy się przebudzeniem. Niestety od czasu, kiedy Sumin zdecydowała się bezpowrotnie zadomowić wśród ludzi, moce kobiety uległy osłabieniu. Oczywiście, w dalszym ciągu jest w stanie kontynuować swoje "sukkubie obowiązki", jednak aby tego dokonać najpierw sama musi zasnąć, co nie jest możliwe bez uprzedniego nafaszerowania się tabletkami nasennymi, szczególnie jeśli planuje wyrządzić większe szkody, niż zwykłe osłabienie. Z tego też powodu, chociaż jest w stanie nawiedzać i dręczyć w cudzych snach niemalże na zawołanie, to jedynie z pomocą tabletek i długich, męczących godzin snu potrafi znacznie bardziej wykończyć, doprowadzić do obłędu, a przy dłuższej pracy nawet odebrać życie. 
Przyjaciele: Sukkub należy do tego typu istot, które świetnie radzą sobie w zdobywaniu znajomych, ale w kwestii tworzenia jakichkolwiek głębszych relacji są po prostu beznadziejne. I nie ma to najmniejszego związku z brakiem zaufania do ludzi, a raczej z tym, że trzymanie swojego pochodzenia i rasy w sekrecie jest znacznie trudniejsze, kiedy przez lata będziesz żyć blisko z powoli starzejącymi się ludźmi, sama nie zmieniając się ani odrobinę. Koniec końców nawet ona nie jest w stanie przez tak długi czas bronić się tekstem: “Ponoć dobrzy ludzie się nie zmieniają!”.
Wrogowie: Sama Cykada uważa, że tak naprawdę nie posiada żadnych prawdziwych wrogów. W końcu nawet krytycy, którzy czasem potrafią być nadzwyczaj bezwzględni w stosunku do jej obrazów potrafią być dla niej nikim więcej, niż jedynie tymczasowym utrudnieniem, zaś nawiedzania przez sen bezbronnych ludzi nikt nie jest w stanie jej udowodnić. Póki będzie się trzymać z daleka od rodzinnej krainy, powinna być względnie bezpieczna.
Autor: Earl Blue

niedziela, 7 kwietnia 2019

Od Sylvaina (CD Craiga) - Nic tak nie łączy, jak nienawiść do ruskich!

     Sylvain Berthier zawsze czuł, że powinien był zostać artystą. Nie jakimś tam terrorystą, za którego zdawali się go mieć wszyscy dookoła (z nim samym włącznie – ale tylko od czasu do czasu!). Nie łudził się co prawda do tego, że miał talent. Najprawdopodobniej wcale go nie miał i zupełnie mu to nie przeszkadzało. Po prostu lubił od czasu do czasu bazgrać po kartce papieru, starając się w miarę możliwości zachowywać zasady realizmu. Lub zupełnie je zignorować i sprawdzić co się stanie. W każdym razie nigdy nie przykładał się do tego zajęcia za bardzo.
     Na szczęście miał pod ręką Felixa. Australijczyk zdecydowanie wiedział co robić i sprawiał wrażenie profesjonalisty. A przy tym nie zadawał zbędnych i głupich pytań. Po prostu wspólnik w zbrodni idealny, o czym Sylve miał okazję się już przekonać wcześniej. Praca nad nowym wzorem poszycia śmigłowca tylko utwierdziła go w przekonaniu, iż w kwestii wyboru swojego najlepszego kumpla w życiu nie pomylił się ani odrobinę.
     Na pierwszy ogień poszły wszelkie oznaczenia wojskowe, symbol jednostki wojskowej w Shangri-La i oczywiście sam numer boczny maszyny. Wszystkie zginęły pod jednolitą, czarną farbą, żeby nikomu na pewno nie przyszło do głowy pytać jakim cudem śmigłowiec z takim rodowodem ,,przypadkowo" zgubił się w Norze. Sylvain może i był człowiekiem wielkiej kreatywności, ale zdecydowanie nie chciało mu się na poczekaniu wiarygodnej historyjki. Wątpił, by ktokolwiek uwierzył mu w to, że znalazł błyszczącego nowością Changhe na ulicy i tak po prostu go przygarnął. Nie, Sylvain Berthier nie był głupi. Co najwyżej mocno stuknięty. Dlatego skrzętnie zatarł wszelkie ślady przeszłości swojej nowej maszyny i pozbył się z kokpitu jakichkolwiek urządzeń ułatwiających namierzanie.
     Dopiero wtedy razem z Ćwiekiem przystąpił do właściwej akcji ociekającej wręcz swoim artyzmem. Plan zakładał, by było krzykliwie, ale elegancko i jakoś tak... klasycznie? Sylvain widział swoją machinę zagłady z wyszczerzonym, zębatym pyskiem na przodzie, który kojarzył mu się ze zdjęciami Splitfire'ów. Felix podsunął mu też pomysł, by nadać śmigłowcowi jakieś znaczące imię. Ot tak dla zabawy. To wystarczyło, żeby przekonać Francuza. W ten sposób Changhe zyskał nowy, całkowicie adekwatny przydomek: Śmierć z Powietrza. I już, już mieli zabrać się do pracy, gdy nagle uwagę blondyna przykuł nowy cyborg. Stosunkowo szybko okazało się też, że cyborg być może zostanie w rodzinie na dłużej.
     – Jak dla mnie to żaden problem – skwitował Sylve, zmierzywszy giganta krytycznym wzrokiem artysty – Wpasuje się do nas.
     – Fera o tym wie? – upewnił się Felix.
     – Zaczęłam właśnie od spytania Fery o zdanie – zapewniła Polka.
     Sylvian jednak w tym samym momencie zupełnie przypadkowo uciekł myślami w bardziej niż bardzo odległe miejsca. Oczyma wyobraźni zobaczył co najmniej kilka mniej lub bardziej dramatycznych akcji z udziałem siebie i nowego towarzysza zbrodni. Spodobała mu się ta wizja. A jakby tak jeszcze dodać do tego całego bałaganu Echo...
     – Będziemy kumplami – wypalił ni stąd, ni zowąd, posyłając Craigowi swój firmowy, rozbrajająco szczery uśmiech.
     Cyborg w odpowiedzi na jego oświadczenie uniósł jedną brew.
     – Mam względem ciebie całkiem konkretne plany, złociutki – doprecyzował Leviathan. – Uwierz, że nudził się nie będziesz u nas. Prawda, mon ami? – zwrócił się do Ćwieka, szukając poparcia dla swoich słów.
     – Zdecydowanie – haker bez wahania pokiwał głową, zgadzając się na wszystko.
     – Lena – cyborg chwilowo zwrócił się do swojej towarzyszki – Jesteś absolutnie pewna, że Szczury pomogą z moim problemem?
     Polka uśmiechnęła się przebiegle i uniosła do góry jeden palec, uciszając tym zbierającego się do zadawania pytań Sylve.
     – Craig ma problem z Rosjanką i jej bandą – oświadczyła na tyle wyraźnie, by na pewno wszyscy zrozumieli.
     Sylvain Berthier zamknął usta, natychmiast poważniejąc. Zmrużył oczy w niekłamanej nienawiści, wyprostował ręce wzdłuż ciała i rozciągnął palce, szykując się do zaciśnięcia pięści. Ściągnął też brwi tak mocno, że niemalże zetknęły mu się nad nosem. Nastroszył się, a na jego twarz wypłynął pełen ponurej determinacji grymas. Nienawidził ruskich z całego swojego niezdolnego do nielubienia kogoś serca.
     – Imię, nazwisko i miejsce, gdzie się ten pomiot szatana ukrywa – zażądał, strzelając kostkami dłoni. Ćwiek przezornie odsunął się o pół kroku. Craig po raz kolejny przybrał na twarz skonsternowaną minę. Elena natomiast uśmiechnęła się pobłażliwie.
     – A broń masz?
     Ręka Francuza wystrzeliła w stronę Śmierci z Powietrza.
     – Widzisz, Craig? – spytała wesoło cyborga – Odpowiedni ludzie na odpowiednich stanowiskach.
     – Widzę... Nie lubisz Rosjan, huh?
    – Nienawidzę – oświadczył Sylvain z całkowitą pewnością. – No... Może niekoniecznie w s z y s t k i c  h Rosjan jak popadnie, ale stanowczej większości. Wariaci, mówię ci. Nigdy nie ufaj ruskim.
     – Tia... Faktycznie ma to jakiś sens... – zgodził się Craig. – Ciebie też oszukali?
    Tym razem dla odmiany Leviathan parsknął śmiechem.
     – A żeby tylko! Pojechałem na pokojową, rozumiesz, p o k o j o w ą rozmowę o rekrutację. Facet przywitał mnie łopatą i kulką między oczy. Umarłem. Po prostu mnie facet zastrzelił jak kundla. A jeśli ktoś mnie zabija to automatycznie go nie cierpię. Dlatego nie zabijaj mnie, bo chciałbym się z tobą lubić.
     Craig chyba nie do końca mu uwierzył. Rozejrzał się dyskretnie po pozostałych, sprawdzając czy któryś ma ochotę jakoś skomentować aż takie stężenie absurdu w jednej wypowiedzi. Niestety zarówno Elena jak i Ćwiek uwierzyli mu na słowo już jakiś czas temu. No bo dlaczego mieliby mu nie wierzyć? Świadków może i nie miał (jeszcze), ale Felix na samym początku ich znajomości mógł pooglądać jeden z jego jak najbardziej prawdziwych aktów zgonu. Miał też własny grób z bardzo ładnym, jasnym pomnikiem na cmentarzu w Edenie. I – co najważniejsze – żadnych powodów do tego, by kłamać.
     – Poważnie mówisz? – upewnił się w końcu cyborg. – Umarłeś i dalej żyjesz?
     – Nie raz, mon ami – Sylve uśmiechnął się niewinnie, dawno już zapominając o swojej wściekłości. – Dobrze... To wy tu sobie jeszcze porozmawiajcie, a ja zajmę się czymś pożytecznym. I tak spotkamy się jeszcze z milion razy!
     Już odwrócił się, by w spokoju wrócić do swojej maszyny i zacząć swoje nowe dzieło stworzenia, gdy przypomniał sobie o jednej nader ważnej kwestii.
     – Hej, Elen? Masz potem chwilkę?
     – Coś się znajdzie... A co?
     – Jesteś moim jednym z niewielu pewnych źródeł kobiecej wiedzy. No... W każdym razie bardziej pewnym niż taka, powiedzmy sobie szczerze, Cup albo Fera. Będę miał kilka pytań.
     – Co ty znowu planujesz? – wtrącił się Fel.
    Sylvain Berthier wyszczerzył się tak, jak potrafił tylko, gdy wpadał na kolejny niesamowity pomysł.
     – Coś super – rzucił na odchodnym, machając towarzystwu ręką.
     Nie dało się ukryć, że Sylvain w kwestiach rekrutacji nie miał zbyt wielkich osiągnięć. Raz jeden poszedł na spotkanie z kimś ważnym i od tego czasu osoba ta miała go najwyraźniej za lekko niedorozwiniętego. Do tego ukradł Japończykowi mechaniczną sekretarkę o mentalności dziecka i nieomal ukradł mu kota. A samotny wypad Berthiera na poszukiwanie rekrutów pozbawił go życia. Sylvain musiał spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że akurat do tego talentu zdecydowanie nie miał. Dlatego litościwie usunął się z dyskusji, pozwalając dorosłym porozmawiać jak trzeba. Grunt, że wyraził swoje zdanie w kwestii nowego kolegi. Teraz pozostało mu tylko czekać na efekty.
     Schylił się do pozostawionej na podłodze torby i pogrzebał w niej chwilę, szukając odpowiedniej farby oraz ołówka. Z czerwoną puszką stojącą dumnie tuż obok wielkiej płachty kartonu rozłożonej na ziemi zabrał się za planowanie kształtu zębatej paszczy dla swojego śmigłowca. Z tyłu głowy z wolna rysował mu się już projekt całej reszty maszyny, który tylko czekał na skonsultowanie go z Felem i ostatecznie wykonanie. Sylvain cieszył się na myśl o tym jak będzie wyglądała jego maszyna. Szkoda tylko, że musiał ją rozbić tego samego dnia, w którym przydać się miała po raz pierwszy.

Krótko, bo krótko, ale jak chcesz coś Red dodać, to się nie krępuj

sobota, 16 marca 2019

Od Fery Rosy - Wojna szczurzo-japońska

        Twarz Fery rozjaśnił (złe porównanie, ale ciężko powiedzieć cokolwiek pozytywnego o błyskaniu kłami) szeroki uśmiech, ten z kategorii ,,Chyba mam pomysł". Daniel widząc jej wyszczerz, zgodnie ze swoim zwyczajem, zaczął mieć złe przeczucia. Nawet Jägerowi i Ichiro - całkowicie niedoświadczonym w tej kwestii - reakcja mutantki nie przypadła do gustu. Strzyga pochyliła się nad stołem i oparła łokciami o blat, przypatrując się Japończykowi, który przyniósł jej tak wspaniałe wieści.
    - Sobota, mówisz? - powtórzyła.
    - Dokładnie za cztery dni - potwierdził Iro. Przeczesał dłonią kruczoczarne włosy, leżące w nieładzie po zdjęciu z głowy pasującej do stroju elastycznej maski. - Idealna okazja, by zająć się całą trójką.
    Do bazy nie przyszedł ubrany na swój typowy, pół elegancki sposób. Zamiast garnituru miał na sobie ciemnoszary kostium, zakrywający całe ciało od stóp aż po całą szyję. Materiał, z którego był wykonany, wydawał się co jakiś czas rozmywać w oczach, przyjmując mieszające się ze sobą odcienie szarej ściany i granatowej kanapy. W takim wydaniu faktycznie przedstawiał się jako współczesny ninja. Ferze jakoś ciężko było sobie do tej pory wyobrazić tego aroganckiego ważniaka z bronią w ręku, a tymczasem facet przyszedł do niej w pełnym oporządzeniu. Gdy wszedł do kryjówki, na zdziwione spojrzenia odpowiedział krótko, że nie zamierzał schodzić do ścieków w nowej koszuli. Z ironicznego tonu Szczurzyca domyśliła się, iż miało to więcej związku z jego napiętymi stosunkami z yakuzą niż ze współczuciem dla ubrań.
    Rola Osoku, jaką miał odegrać w planie Fery, brzmiała prosto tylko na papierze. Kobieta doskonale zdawała sobie sprawę, że postawiła go w wyjątkowo nieprzyjemnej sytuacji i tym bardziej jej zaimponował wywiązując się ze wszystkiego. Część jego papierkowej roboty, dotyczącej przejmowania legalnych interesów Fujiyamy, przejął Likaon, dając Japończykowi więcej czasu na zbieranie kluczowych informacji prosto od źródeł. Nie było to łatwe - z samym Fujiyamą nie miał dobrej relacji, Orochi wątpił w jego lojalność odkąd przestał dostawać wiadomości o poczynaniach swojej córki, ale Takahachi podobno miał do Osoku więcej zaufania od reszty Triady. Kilka dni ostrożnego badania gruntu w końcu się opłaciło i poprzedniej nocy Ichiro kazał Ferze wezwać do bazy Jägera. Małe spotkanie rozpoczął od podania idealnej daty na wielki finał.
    - Od kiedy Fujiyama ma własne kasyno? - Dan zadał pytanie, które także i Strzygę drażniło.
    - B ę d z i e  miał - sprostował Iro. - Zbierał się do kupna sporo czasu, bo obecny właściciel dobrze się targował. Wydało się dopiero niedawno. Oficjalne otwarcie odbędzie się w tę sobotę o dwudziestej.
    - Zrujnujemy nowy interes zanim się zacznie... podoba mi się to - Fera miała już przed oczami wizję zrujnowanego kasyna.
    - Zniszczymy też jego reputację w oczach przerażonych gości - dodał Dan.
    - Nawet więcej - Ichiro na nowo zwrócił uwagę szefowej. - Podobno wydał na to miejsce małą fortunę. Gdy Isati i Likaon przejmą jego interesy, pozostanie stratny. Takahachi nie będzie miał czym mu pomóc, a Orochi odsunie się od nich obu, gdy tylko wyczuje, że kontakt z nimi mu zagraża.
    - Skoro już mówimy o Orochim... - przypomniał Matthias. Niemiec odpowiadał za zrujnowanie właśnie jego i, jak było Ferze wiadomo, ciężko szły mu przygotowania do głównej akcji. Nie była to wina samego Jägera. Trafił na wyjątkowo twardy orzech do zgryzienia w kwestii ochrony, zarówno fizycznej jak i sieciowej. Mistrz Orochi trzymał siebie i swoje dobra pod kulo- i wariatoodporną kopułą, której nie dało się sforsować... chyba, że...
    - Za dwa dni, jak co roku, wylatuje do Japonii - odpowiedział ninja. - Jakaś rodzinna okazja, nie pamiętam dokładnie. Grunt, że nie będzie go w Megalopolis.
    - I to daje mi okazję do działania? - ton Jägera sugerował Iro, by nieco bardziej wyjaśnił mu tę sytuację. Czarnowłosy nachylił się więc lekko i przeszedł do sedna:
    - Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że Orochi największą wagę przypisuje do własnej osoby i krewnych. Gdziekolwiek by nie był, jego i kogokolwiek o tym samym nazwisku otaczają specjalnie wyszkoleni ochroniarze. Natomiast gdy opuszcza klanową rezydencję, ci najpaskudniejsi zawsze idą z nim, a na miejscu zostają zwykli uzbrojeni ludzie. I trochę czujników alarmowych, ale z pozostałymi członkami Triady zajętymi i samym Orochim za oceanem, nie przyjedzie żadne wsparcie.
    Matthias zmarszczył brwi.
    - Skoro nie pilnuje własnego domu, to co w nim cennego? - zapytał.
    - Idea, Matt - wtrąciła się Fera. - Fujiyama, Orochi i Takahachi mają wiedzieć, że Szczury wdarły się do ich domów, narobiły zniszczeń i uciekły, zanim mogli zareagować. Mają czuć się wobec nas bezsilni. Tylko wtedy zaczną się nas bać.
    - Raczej ,,traktować jak realne zagrożenie" - poprawił ją Osoku.
    Strzyga obdarowała go uśmiechem jeszcze bardziej upiornym niż zwykle.
    - Grunt, by moja twarz śniła im się po nocach - powiedziała wesołym tonem.
    Wtedy z korytarza wyszła z głębokim ziewnięciem Violet. Widząc dwójkę gości drgnęła zaskoczona, momentalnie odzyskując przytomność. Musiała nie spać od dłuższego czasu - była już ubrana i pierwsze kroki kierowała w stronę swojego stanowiska przy biurku Feliksa, zanim przerwał jej widok małego zgromadzenia w salonie.
    - Cześć, Viola - rzucił Jäger.
    - Hej... - odparła nadal patrząc pytająco na przystojnego gościa w stroju ninja.
    - Violet - Iro, Iro - Violet - Fera przeszła krótko przez formalności. Miała do Lafresque inną sprawę, skoro już przyszła: - Wiesz może, co tam w mediach w sprawie yakuzy i śmigłowca?
    Dziewczyna zmarszczyła brwi.
    - To Fel ci nie mówił? - zdziwiła się.
    - Wyszedł gdzieś z Sylve zanim zdążyłam zareagować - wyjaśniła Meksykanka.
    - Ach, no tak, przecież ty jeszcze tego nie widziałaś - Daniel nagle parsknął śmiechem. Z jego strony był to gest mało spodziewany, co tym bardziej Ferę zaintrygowało.
    - Co przegapiłam? - różowowłosa patrzyła to na cyborga, to na Violę.
    - Rano zadzwoniła Kasumi - powiedział w końcu Dan. - Kazała nam zerknąć na kanał informacyjny. Już od czwartej nad ranem nadają o moście, który ,,z niewiadomych przyczyn" opadł na statek transportowy.
    Fera zmrużyła oczy.
    - Czy ,,niewiadoma przyczyna" to nie przypadkiem drugie imię Echo? - spytała, przypominając sobie, że świecący lepik do ścian wyszedł poprzedniego dnia, by pomóc Feniksowi i Godoghanowi.
    - Od dzisiaj najwyraźniej tak - stwierdził Kanadyjczyk. - Nie wierzę, że nie usłyszałaś reakcji chłopaków.
    - Możliwe, że coś mi się wydarło za drzwiami - machnęła niedbale ręką.
    - Na pokładzie były kontenery dosyć bezpośrednio związane z Takahachim - dodała Violet. - Sporo z nich wylądowało w rzece, a gdy je wyłowią... cóż, w połączeniu z ostatnią akcją Kasumi i Godoghana w Origami Hare, możemy chyba skreślić Takahachiego z listy zmartwień.
    - Czyli zostało nam tylko podbić Akai Hari - Fera klasnęła w dłonie zadowolona. - Dżannah z głowy, w Edenie spokój, interesy Fujiyamy leżą w bezpiecznych, niejapońskich rękach... zostaje tylko parę kwestii - spojrzała wyczekująco na Jägera. - I jak? Nowe wiadomości nasunęły ci coś na myśl?
    Matthias odchylił się do tyłu w fotelu, w namyśle przykładając pięść do ust. Po chwili otworzył szerzej oczy, jakby wpadł na jakiś pomysł.
    - Potrzebuję dwoje ludzi - powiedział. - Kogoś, kto zna budynek i wejdzie do środka niezauważony i kogoś, kto załatwi grupę ludzi na pół otwartym terenie.
    - Pół otwartym?
    - Rezydencję Orochiego otacza nie tyle ogród, co prywatny park. Pełno w nim altan, wiśni i wierzb płaczących, więc ciężko tu mówić o terenie ,,otwartym" - wyjaśnił Niemiec. - Nie mam obecnie do dyspozycji na tyle licznej wyszkolonej grupy, by zabezpieczyć cały budynek i do soboty raczej ich nie zbiorę... dlatego wcale nie będę wchodził do środka. Wyciągnę ochronę na zewnątrz, może fałszywym alarmem... a może po prostu ich do tego zmuszę. W każdym razie, muszę zastawić na nich pułapkę. Albo i faktyczne pułapki. Do tego potrzebuję kogoś zdolnego wyciąć przynajmniej kilku z nich, dla całkowitej pewności.
    - ,,Wyciąć" - odezwał się ktoś nagle. - Bardzo dobre słowo.
    Strzyga drgnęła i obejrzała się przez ramię. Nie miała pojęcia jak długo (co chyba najbardziej przyprawiało ją o dreszcze), ale prawie za jej plecami stał Piaskun. Teraz patrzył w stronę Matthiasa, najwyraźniej zainteresowany udziałem w grupowym morderstwie. Jäger zmrużył oczy, nie przerywając kontaktu wzrokowego z Pierwszym.
    - Nic o tobie nie wiem - przyznał szczerze, przy okazji niedosłownie sugerując, by Caperucita Roja przekonał go, dlaczego ma go ze sobą zabrać na, jakby nie było, ważną misję.
    - Jak sam widzisz, potrafię się poruszać bezszelestnie - zaczął, wskazując brodą Ferę. Trochę ją to uraziło. - Mogę też przemieszczać się o wiele szybciej od biegnącego człowieka. Teren pełen przeszkód i osłon to będzie problem dla nich, nie dla mnie. Jeśli masz wątpliwości co do mojej skuteczności... - Piaskun wyciągnął spod płaszcza kościstą dłoń. Trzymał w niej pokaźny pęk blaszek przypominających wojskowe nieśmiertelniki. Siedząca najbliżej Fera dostrzegła znaczącą ilość daleko wschodnio brzmiących nazwisk. Wszyscy za to byli w stanie zauważyć plamy zaschniętej krwi.
    - Lepiej nie chwal się tym Echo - rzuciła złośliwie Strzyga. - Nie mam pojęcia, czy może zejść na zawał i chyba nie chcę tego wiedzieć.
    Pierwszy zignorował jej komentarz.
    - Więc? - patrzył wyczekująco na Jägera.
    Mężczyzna po chwili zastanowienia skinął tylko głową.
    - W takim razie widzimy się w sobotę - stwierdził Pierwszy i ruszył w stronę wyjścia. Brzmiał na zadowolonego, ale Fera nie dałaby sobie ręki uciąć, czy faktycznie współpraca z innymi przypadła mu do gustu. Gdy zniknął za drzwiami - dosłownie - Matthias udał się do warsztatu Fela, a reszta wróciła do rozmowy.
    - Dobra, załatwiliście już Eden, Dżannah i Shangri-la - powiedział Ichiro. - Ale Fujiyama ma znaczący wkład w nielegalne interesy w Elizjum.
    - To działka Ifryt - odparła Fera.
    Iro uniósł brew.
    - Niech zgadnę - zaczął. - Dajesz jej przejąć rynek narkotykowy i w zamian za Fujiyamę dostaniemy Mekbib.
    - Masz z tym jakiś problem?
    - Z całym szacunkiem, ale wolałbym przekazać taką władzę w ręce kolejnego niegroźnego idioty niż już i tak wystarczająco potężnej królowej czarnego rynku.
    - Ma rację - wtrącił się Dan. Strzyga zgromiła go wzrokiem. Zniósł to bez mrugnięcia wizjerem.
    - Nie bierz mnie za idiotkę - odpowiedziała w końcu, patrząc na Japończyka. - Póki mamy Norę, żaden wielki interes w Elizjum nie odbędzie się bez udziału Szczurów.
    - Nora jest neutralna - mężczyzna zmrużył podejrzliwie oczy.
    - Czyżby? - mutantka uśmiechnęła się zjadliwie. - Z całym szacunkiem, ale jesteś w tej ekipie za krótko, by prawić mi kazania.
    Osoku tylko uniósł ręce do góry i wzruszył ramionami.
    - I tak bym tym nic nie wskórał - westchnął wstając. - Wrócę więc do tego na czym się doskonale znam i dowiem się z pierwszej ręki jak głęboko w dupie jest Takahachi - mówiąc to ruszył w stronę wyjścia.
    Po chwili przy stole została już tylko Fera i Daniel.
    - Co do Mekbib, wiesz już cokolwiek na temat nowego towaru? - zapytała Meksykanka. - Mamy czas do soboty i jeśli przed tym nie trafi na rynek...
    - Dziś wieczór - zapewnił ją cyborg. - Ifryt i Likaon ustawili spotkanie z najlepszymi handlarzami Fujiyamy.
    - I to chciałam usłyszeć. Viola! - liderka Szczurów zawołała wgłąb salonu. Lafresque odsunęła się od monitora przy stanowisku Fela. - Zaproś paru naszych dealerów. Danny poda ci adres.
    Kanadyjczykowi jednak nie podobał się jej pomysł. Dało się to słyszeć wyraźnie w jego głosie.
    - Zmienianie planów Semiry może się dla nas źle skończyć - zauważył.
    - Wszystko nadal pójdzie zgodnie z jej planem. Nie możemy dać wszystkiego w ręce ludzi Fujiyamy - wyjaśniła Strzyga. - Nawet jeśli będą zbierać zaopatrzenie od Isati, dalej będą kojarzeni jako handlarze yakuzy. Jeśli natomiast ten sam narkotyk będą równocześnie sprzedawać nasi renomowani ludzie i w tym samym czasie interesy Fujiyamy trafi szlag, wszyscy skojarzą, że to my go wygryźliśmy.
    Dan westchnął ciężko.
    - Wszystko dla reputacji, co? - rzucił zgryźliwie.
    Strzyga rzuciła mu znaczące spojrzenie.
    - To więcej niż pokaz siły, Danny. To prawdziwa wojna, którą zamierzam wygrać raz, a dobrze.
    - Niczego mniej się po tobie nie spodziewam - zgodził się mężczyzna. - Co z tobą?
    - Hm?
    - Co z twoim ,,wielkim finałem"? - doprecyzował. - Sylvain ma śmigłowiec, Matthias też już na coś wpadł, ale w twoim wypadku wiem tylko o kasynie i dwójce wysoce niebezpiecznych ludzi w twoim towarzystwie. Czwórka to wystarczająca liczba szaleńców do zdobycia prywatnej posesji lub kilku pięter, ale, jeśli dobrze rozumiem, ty zamierzasz odwiedzić Fujiyamę w jego nowym kasynie w dniu otwarcia. Tam będzie o wiele więcej ludzi...
    - Między innymi mnóstwo gości, którzy narobią zamieszania paniką - wtrąciła Fera.
    - A to oznacza więcej ochrony - dokończył Daniel. - Jak zamierzasz poradzić sobie ze znaczną przewagą liczebną w takim chaosie?
    - To proste: wezmę zakładnika.
    Dan zamrugał kilka razy.
    - Ty chyba nie...
    - Tak - Strzyga uśmiechnęła się szeroko.
    - Fujiyamę?
    - Tak!
    - Ja pier... - cyborg ukrył twarz w dłoniach. Przeczekał tak chwilę, po czym wziął głęboki oddech i jego głos wrócił do opanowanego tonu. - Fera, poważnie, Osoku, Legion i Ronan to za mało, by powstrzymać ochronę przed zastrzeleniem was na miejscu.
    - Och, ależ ja nie zamierzam wziąć tylko tej trójki - uspokoiła go Strzyga, po czym wychyliła się w bok i krzyknęła w korytarz: - CORA!
    Po parunastu sekundach niewygodnej ciszy mutantka i cyborg usłyszeli zgrzyt uchylanych drzwi.
    - QUÉ?! - odwrzasnęła Corazon.
    - Serce ty moje, masz może wolny wieczór w sobotę?! - zapytała Meksykanka.
    - Zależy! - odpowiedziała. - Obawiam się, że kobiety nie są w moim typie!
    - Dobrze wiedzieć - mruknęła do siebie różowowłosa, na co Dan tylko przewrócił oczami, i dodała głośniej: - Fujiyama otwiera kasyno i mam wolne miejsca w ekipie na paru wyimaginowanych żołnierzy!
    - Trzeba było tak od razu! Pewnie, że idę!
    Zgrzyt się powtórzył, tym razem przy zamykaniu. Fera spojrzała tryumfalnie na Danny'ego.
    - Teraz mam w sumie... - przeliczyła na palcach. - Dziewięciu ludzi. Czworo to tylko iluzje, ale liczy się efekt zastraszenia.
    Kanadyjczyk jednak dalej nie wyglądał na udobruchanego. Strzyga wyciągnęła więc najcięższe działo - oparła się w fotelu, skrzywiła i założyła ręce na piersi, mówiąc prawie szeptem:
    - Jak będziesz się tak dąsał, to nigdzie z nami nie idziesz.
    Cyborg drgnął. Fera uśmiechnęła się lekko. Czasem to jednak za łatwo da się przewidzieć twoją reakcję, pomyślała.
    - Nie wspominałaś, że idę z wami - zauważył, również zniżając głos.
    - Bo jesteś moim asem w rękawie - odparła. - A przecież nie powinno się rozpowiadać o wszystkich swoich sztuczkach.
    - Czyli specjalnie dałaś mi się zamartwiać przez ostatnie kilka dni?
    - Lubię widzieć, że komuś na mnie zależy - rzuciła pół żartem Strzyga. - A poza tym, bądźmy szczerzy: byłoby mi szkoda, gdybyś przegapił widok wyrazu twarzy Fujiyamy uświadamiającego sobie, że ograły go szczury z kanałów.

sobota, 23 lutego 2019

Od Craiga - Przyjaciół znajduje się w biedzie

        Ktoś cisnął w Craiga jakimś zwiniętym pakunkiem. Było to niczym w porównaniu do oberwania spadającym dachem z metalowymi podporami, ale wystarczyło, by wyrwać tytana z drzemki. Zamrugał kilka razy i podniósł się na łokciach. Popatrzył najpierw na leżącą na nim zwiniętą skórę, a dopiero potem ponad oparciem kanapy na ściągającą buty Lenę.
    - Co to? - zapytał wprost, mrużąc podejrzliwie zielone wizjery.
    - Coś twojego - odpowiedziała wymijająco Polka.
    - Wiesz, że i tak za dużo ci już wiszę? - przypomniał jej siadając.
    - E tam, od razu dużo...
    - Dopiero co wczorajszego wieczoru pozwoliłaś mi zostać tutaj na noc pomimo ruskiej mafii na ogonie.
    - No i widzisz? Kurtka to przy tym nic - kobieta uśmiechnęła się tryumfalnie i oparła o kanapę, wpatrując się wyczekująco w Leprechauna. - A teraz przymierz.
    McReady słysząc władczy ton Hel uznał, że chyba i tak nie ma większego wyboru. Wstał więc, rozkładając w wyciągniętych rękach nową kurtkę. Gwizdnął przeciągle (czy też raczej: wydał dźwięk przeciągłego gwizdu - bez ust to ciężkie) oglądając nowy nabytek z obu stron. Była to pozbawiona kaptura pilotka w kolorze ciemnego brązu, od wnętrza podszyta krótkim sztucznym futrem jaśniejszym o parę odcieni. Miała parę naszywek - które chyba nigdy nie wyjdą z mody - kieszenie oraz, przede wszystkim, spory rozmiar. To najbardziej zaciekawiło Craiga.
    - Gdzie ty to znalazłaś? - spytał patrząc na metkę. - Mają jakiś pakiet dla stałych klientów...?
    - Najpierw załóż i rozciągnij się parę razy - naciskała Charon.
    Zrobił jak powiedziała. Wyprostował i zgiął ręce, nasłuchując niepokojących trzasków. Usłyszał dźwięk protestu, ale nic się nie rozerwało. Zamka nawet nie próbował zapinać - to nigdy nie był dobry pomysł. W końcu zwrócił się do Leny zadowolony:
    - I jak wyglądam? - zapozował teatralnie napinając ramiona. Zielonowłosa parsknęła śmiechem.
    - Jak dureń - odparła. - Ale kurtka w porządku. Lepiej ci w brązie niż czerni.
    - Jak to? Od kiedy czerń i złoto nie idą w parze? - mężczyzna założył ręce na piersi. Lubił swoją poprzednią czarną kurtkę, dopóki ktoś mu jej nie rozerwał śrubokrętem. - Czarna skóra to ciuchy dla twardzieli.
    - Ty i bez niczego wyglądasz na takiego. W starej w ogóle nie wyglądałeś jak Craig jakiego znam.
    - I dobrze! Płacą mi za groźny wygląd - odparł dumnie cyborg.
    - Skoro jesteśmy przy płaceniu, jesteś gotów wyjaśnić mi, co się wczoraj stało? Mam jeszcze trochę czasu przed wyjściem, chętnie posłucham - zaproponowała Lena.
    - Chcesz wersję ,,tylko wczoraj", czy ,,jak doszło do wczoraj"?
    - Najlepiej od samego początku - obeszła kanapę i usiadła, klepiąc zapraszająco miejsce obok.
    McReady odetchnął głęboko, drapiąc się po tyle głowy.
    - O rany... - westchnął. Usiadł obok Charon, od czego kanapa lekko podrzuciła ją do góry. Po chwili namysłu zaczął: - Jedno jest pewne: Nawaricz to faktycznie suka.
    - Nie gadaj - Polka przewróciła oczami. - Czyli jednak do niej poszedłeś?
    - Mówisz tak, jakby cię to dziwiło.
    - Ani trochę - oparła się wygodnie. - Kontynuuj.
    Leprechaun zastanowił się ponownie, tym razem jak dobrać słowa, by nie wyjść na konkretnego idiotę.
    - Zaczęło się od prostego przewozu - powiedział w końcu. - Obstawa tam i z powrotem, kasa od ręki, nawet się z pracodawcą nie widziałem. Łatwa robota. Stwierdziłem wtedy, że najwyraźniej układy z ruskimi nie są takie złe, w końcu mało wśród nich mutantów w Miastach. I kiedy następnym razem to ludzie Suki zadzwonili do mnie, jakoś nie przeszło mi przez myśl, że...
    - Zaciekawił ją cyborg i zdecydowała się zdobyć go na własność? - dokończyła Lena.
    - Tak ujęte brzmi o wiele gorzej... - syknął cicho. - Najpierw zaoferowała mi pełny etat.
    - A gdy odmówiłeś, bo jesteś kochanym naiwnym idiotą, zaczęła cię szantażować - kobieta odgadła resztę.
    - Och, uważasz, że jestem kochany?
    Helena zignorowała tę uwagę. Wstała z kanapy i stanęła naprzeciwko Craiga, mierząc go spojrzeniem godnym zawiedzionej matki.
    - Po jaką cholerę poszedłeś pracować dla mafii? - zapytała wprost i wcale nie brzmiało to na pytanie retoryczne.
    - Dostałem godną uwagi ofertę - bronił się Irlandczyk.
    - I co najmniej cztery ostrzeżenia od trzech różnych ludzi, że interesy z Suką to bagno, z którego się nie wygrzebiesz.
    - Potrafię sobie radzić z własnymi problemami...
    - Jak? Zamierzasz do niej pójść i jej przywalić?
    - Nie... - cyborg uciekł wzrokiem gdzieś w stronę sufitu, z dala od osądzających oczu Leny. Westchnęła sfrustrowana, zakładając ręce na piersi.
    - Kiedy ty się w końcu nauczysz, że tutaj nie wszystkim możesz się od tak postawić? - pokręciła głową na boki. - Nie jesteś kolejnym nikim, tylko wojskowym cyborgiem. Tacy jak ty chodzą na świecie za tysiące euro, nie wspominając, że Tytanów zostało tylko kilku. Tutaj ludzie są gotowi zrobić wszystko, by mieć przewagę nad konkurencją. A Suka jest wyjątkowo uparta, i jeśli ona nie może czegoś mieć, to już lepiej nieosiągalny element usunąć niż pozwolić, by pracował dla kogoś innego.
    Craig westchnął, opierając łokcie na kolanach. Hel przez chwilę patrzyła w ciszy na zdołowanego przyjaciela, aż w końcu coś się w niej przełamało. Usiadła na podłodze, próbując popatrzeć w zielone wizjery.
    - Hej, nikt ci jeszcze się nie kazał znowu wyprowadzać - zauważyła. - A nawet jeśli, to zamierzasz od tak podkulić ogon i się posłuchać?
    Zadziałało - Leprachaun zmarszczył brwi w zaciętym wyrazie i wyprostował się.
    - Jestem Tytanem - odpowiedział uderzając się metalową pięścią na wysokości serca. - To się nie godzi.
    Lena uśmiechnęła się wstając.
    - W takim razie trzeba się odgryźć Suce za te groźby - zarządziła. - Ale zrobimy to inteligentnie - w oczach zielonowłosej nagle pojawił się podejrzany błysk.
    - Co masz na myśli...?
    - Pójdziemy do kogoś gorszego od Suki - wyjaśniła. Z jakiegoś powodu Craigowi, człowiekowi powszechnie znanemu z braku zdrowego rozsądku, nie spodobało się to zdanie.

        McReady bywał już w Norze kilkukrotnie. Nadal połowicznie żył na kanapie Leny, a ta stanowczą większość czasu spędzała w swojej nielegalnej i jedynej robocie. Craig miał więc do wyboru zostać w pustym mieszkaniu sam na sam z kryzysem egzystencjalnym, włóczyć się po mieście i znowu nieumyślnie narobić sobie kłopotów lub iść z nią. Nie był to najgorszy sposób na spędzanie wolnego czasu - w Norze działo się wiele i zawsze znajdowało się coś ciekawego na co można było popatrzeć. Tym razem był to śmigłowiec, nieudolnie zasłonięty zbyt małą plandeką. Obok niego stało swoje ludzi: szatyn i długowłosy blondyn. Nie zwracali uwagi na nic innego poza helikopterem.
    - Nowy wystrój? - spytał Irlandczyk, gdy Charon wróciła na parking z jednego z bocznych pomieszczeń. Przez moment próbowała dociec, o co mu chodziło, aż jej wzrok zatrzymał się na latającej machinie.
    - A, to - uśmiechnęła się pod nosem. - To tylko na przechowanie. Nie mój.
    - Kto go tu przywlókł?
    - To już poufne informacje - ucięła temat i przeszła do bardziej istotnej sprawy: - Dodzwoniłam się w końcu do Strzygi.
    - I? - Craig od razu zapomniał o śmigłowcu.
    - Cytując jej słowa, byłbyś naprawdę kuszącym nabytkiem w szeregach i bardzo ładnie wyglądałbyś obok Dana, ale ma teraz na głowie poważne plany. Obiecała, że zajmie się i tobą, i Kuglarzem, i Suką w następnym tygodniu.
    Lena skończyła mówić. Zapadła chwila ciszy, przez którą dało się usłyszeć podekscytowany głos szatyna wyjaśniającego coś swojemu towarzyszowi.
    - Już? To tyle? - mężczyzna rozłożył ręce.
    - Tak - kobieta kiwnęła głową. - To naprawdę dobre wieści, nawet jeśli nie brzmią niesamowicie - zapewniła go. - O Ferze Rosie można powiedzieć wiele, ale na pewno nie rzuca słów na wiatr. Jeśli powiedziała, że zajmie się Suką, to zdecydowanie to zrobi.
    Cyborg wypuścił powietrze z frustracją. Wrócił do obserwacji dwóch gości przy śmigłowcu (szatyn właśnie prawie dosłownie wypadł z kokpitu w towarzystwie puszek farby w sprayu), aż wpadło mu do głowy inne pytanie:
    - Kim jest Dan i czemu miałbym obok niego ładnie wyglądać?
    - Też cyborg - odparła krótko Lena.
    - Poważnie? - mężczyzna przeniósł na nią całą uwagę. - Jaki model?
    - Nie jestem pewna, znam się na tym tyle, ile mi opowiadałeś. Ale chyba gdzieś słyszałam nazwę ,,Stalker".
    Leprechaun momentalnie roześmiał się na głos, odchylając głowę do tyłu. Jego głos poniósł się po całym parkingu, przerywając na chwilę zamieszanie, do którego zaraz wszyscy wrócili po krótkim zerknięciu w jego stronę. Także grzebiący się przy śmigłowcu mężczyźni obejrzeli się do tyłu, ale, w przeciwieństwie do reszty, na chwilę zapomnieli o tym, co mieli robić.
    - Stalkerów nie ma - powiedział w końcu Craig. - Po prostu nie istnieją. Wytępili ich jednego po drugim, tak jak ,,nieposłusznych" Tytanów.
    Kobieta tylko wzruszyła ramionami.
    - Może się przesłyszałam - stwierdziła.
    - Albo domniemany Stalker wie co robi i zawyża sobie cenę zmyśloną historią - zauważył mężczyzna. - Jak sama mówiłaś, tacy jak ja to unikalne okazy...
    - Ja nie mogę.
    Ta krótka uwaga, która padła od kogoś zupełnie do tej pory w rozmowie nie istniejącego, przerwała zupełnie temat. Craig i Lena spojrzeli w stronę blondyna z kucykiem, teraz stojącego obok. Miał błękitne oczy, pozabliźnianą twarz i czarną skórzaną kamizelkę. Jakby tego było mało, była ponabijana ćwiekami. McReady uniósł lekko brwi. I to mi czarna skóra nie pasuje, pomyślał. Chłopak patrzył na cyborga z dziecięcą fascynacją.
    - W czymś mogę pomóc? - zapytał blondyna.
    - Co? Nie! Wszystko w porządku - odezwał się szybko. Miał ciekawy akcent, którego Irlandczyk nie potrafił rozszyfrować.
    Lena przyglądała się mu przymrużonymi oczami, jakby skądś go kojarzyła.
    - Ty jesteś... Ćwiek? - zapytała. - Ostatni raz chyba widziałam cię w masce...
    - Ach, no tak - chłopak nazwany ,,Ćwiekiem" uśmiechnął się kłopotliwie. - Długa historia. Jestem Felix! ,,Ćwiek" to pseudonim zawodowy - zwrócił się wesoło do McReady'ego.
    - Szyjesz ubrania dla punków? - zgadywał cyborg. Po chwili parsknął śmiechem i wyciągnął przyjaźnie dłoń. - Craig.
    Ćwiek uścisnął podaną rękę, krzywiąc się lekko, gdy mężczyzna zacisnął swoją.
    - A Sylve co robi? - zapytała Polka, wyglądając w bok w poszukiwaniu szatyna.
    Felix także się obejrzał. W końcu zawołał ,,Teren czysty!" i zza śmigłowca wyłoniła się rudawobrązowa czupryna. Mężczyzna, na oko koło trzydziestki, podszedł do towarzystwa, niepewnie przyglądając się Craigowi.
    - Sylve, to jest Craig - przedstawił ich sobie blondyn. - I Craig najwyraźniej jest znajomym Charon, więc nie mamy się czego bać.
    McReady uniósł pytająco brew. Sylve widząc ten gest z jakiegoś powodu się ożywił.
    - Fel, on ma ruchomą twarz! - powiedział, jakby było to niesamowite odkrycie.
    - Też mnie to zaciekawiło - chłopak uśmiechnął się, po czym uświadomił sobie, że chyba nie wypadało rozmawiać o nowym znajomym tak, jakby nie było go w pomieszczeniu.
    - Ten Francuz to Sylvain - Hel wyręczyła zafascynowanego już szatyna. Słysząc swoje imię ogarnął się szybko i uśmiechnął szeroko.
    - Jeden, jedyny Sylvain Berthier - dopełnił i ukłonił się. - Wybacz tą ostrożność, ale ostatnim razem, gdy poznawałem nową osobę bez kogoś zdolnego do obrony pod ręką - tu rzucił do Fela krótkie ,,wybacz" - to oberwałem kulką o, tutaj - wskazał na środek czoła.
    - Pewnie... - odpowiedział Craig, niezbyt przekonany tą historią. - Nie ma sprawy, nie jestem obrażony - spojrzał na Lenę. - Skąd się znacie?
    - A widzisz, ciekawie się złożyło: Felix i Sylvain pracują dla Fery - kobieta uśmiechnęła się i spojrzała na dwójkę Szczurów: - Chłopaki, Craig jest zainteresowany dołączeniem do gangu.

Sylve? Fel? Taki tam krótki poboczny wątek :P

środa, 20 lutego 2019

Od Kasumi (CD Echo) - Abordaż

        Feniks przez króciutką chwilę zwątpiła w powodzenie swojego planu, ale w tym samym momencie most zapadł się prosto na dziób statku. Błękitne światło będące Echo mignęło w stronę drugiej połowy uniesionej do góry zanim doszło do kolizji. Zaraz potem w uszy Kas wwiercił się zgrzyt ocierającego się o siebie metalu. Można by podziwiać ogrom destrukcji Hermesa jeszcze przez dobrą chwilę, ale Kasumi nie marnowała czasu. Dała sygnał Ghanowi i zeskoczyła z murku.
    Zanim dotknęła burty niemal nad powierzchnią wody, użyła mocy. Kilka sekund później zmaterializowała się z białej smugi światła już na pochylonym pokładzie. Wtedy statek ruszył się ponownie i kobieta na moment straciła równowagę. Jakiś załogant zauważył ją podnosząc się z ziemi i wyciągnął broń. Ta jednak wyrwała mu się z ręki, wzlatując samowładnie w nocne niebo. Mężczyzna spojrzał w górę zaskoczony tylko po to, by zobaczyć lecącego w jego stronę Echo. Błękitny chłopak powalił go na ziemię.
    - Jak mi poszło? - zapytał Kasumi.
    - Jeszcze się pytasz? - kobieta uśmiechnęła się, ale wtedy zauważyła kolejnych skonfundowanych pracowników biegnących w stronę mostku. - Zrób tu porządek, ja biegnę po kapitana! - zawołała.
    - Tajest! - Merkury zasalutował i jednym ruchem ręki zrzucił trójkę ludzi do wody. Potem skoczył naprzód i zniknął między kontenerami.
    Fushicho uznała, że broń Takahachiego jest w dobrych rękach. Ruszyła więc biegiem w stronę mostku. Przebiegając wzdłuż barierki przepchnęła się między dwójką ludzi, nie zastanawiając się, czy któryś z nich pracuje dla yakuzy. Nimi zajmie się później, najpierw musiała upewnić się, że nikt nie wezwie na wybrzeże wsparcia lub, co gorsza, policji.
    Wspinając się po klatce schodowej drogę zastąpił jej jakiś facet. Krzyknął do niej coś po Japońsku, ale Kas tylko wspięła się po barierkach na następne półpiętro, zupełnie nie przejmując się ostrzegawczymi wołaniami. W biegu złapała jeszcze zwój liny ratunkowej i nareszcie wpadła do sterowni. Było to półkoliste pomieszczenie z rzędem wielkich okien, paroma konsolami i sterem na środku. W środku było czworo mężczyzn, w tym kapitan. Widząc ją na chwilę się zawahali, jednak najmłodszy szybko ruszył biegiem w stronę wiszącego na ścianie telefonu alarmowego. Kasumi rozwinęła rozgrzewający się już łańcuch i celnie zamachnęła się w stronę słuchawki, rozcinając ją tuż przed dłonią marynarza.
    - Ani kroku dalej - ostrzegła.
    Kapitan cofnął się aż do okien. Feniks zaklęła widząc w jego dłoni telefon komórkowy z prawdopodobnie już wybranym numerem. Zanim jednak zdążył zadzwonić, okno po lewej pękło i niemal równocześnie tył jego głowy rozbryzgnął się krwawymi strzępami. Trafiony celnym strzałem Ghana mężczyzna upadł na podłogę w odłamkach szła, w akompaniamencie przerażonych wrzasków. Kas syknęła, domyślając się już, że chyba żaden z obecnych nie stanowił większego zagrożenia.
    - Mówiłam - powiedziała do reszty, starając się nadal brzmieć pewnie, jakby wszystko było zaplanowane. Zsunęła z ramienia grubą linę. - A teraz proszę o oddanie mi własnych komórek i nie stawianie oporu.
    Nie robili jej już problemów - martwy kapitan był wystarczająco przekonujący. Posadziła związanych pod zniszczonym telefonem i upewniła się, że nie mają w zasięgu związanych rąk żadnego kawałka stłuczonej szyby. Lina ratunkowa była gruba i szansa, że któryś zdążyłby ją przeciąć zanim Szczury opuszczą statek, robiąc to na dodatek na ślepo, kalecząc przy tym dłonie, była naprawdę znikoma, ale wolała nie ryzykować. W końcu sama by tak zrobiła na ich miejscu i wolała, by nikt inny jej podobnego numeru nie wykręcił.
    Gdy wróciła na główny pokład, koło jej głowy przeleciał czyjś pistolet i przykleił się do ściany za jej plecami.
    - Wybacz! - zawołał skądś Echo. Wtedy za bronią poleciał jakiś Azjata ubrany na czarno, prawdopodobnie najemny ochroniarz. Przed nim kobieta musiała już uskoczyć na bok.
    W końcu zobaczyła znajome niebieskie światełko, cofające się przed atakami teleskopowej pałki. Dlaczego po prostu go nie odepchnie jak poprzedniego?, przeszło Zili przez myśl i z niepokojem ruszyła biegiem na pomoc. Minęła dwa trupy - bez wątpienia robotę Ghana. Wtedy uświadomiła sobie, że nie słyszy już żadnych strzałów. Z wybrzeża natomiast wyły policyjne syreny. Zaczynała mieć coraz gorsze przeczucia.
    Pokład był wyczyszczony z blisko połowy ładunku i dopadła drugiego z ochroniarzy w otwartym polu. Zajęty atakowaniem Echo nie zauważył jej, aż owinęła mu wokół szyi łańcuch i przerzuciła przez ramię na ziemię. Podniosła upuszczoną pałkę, po czym ogłuszyła nią podnoszącego się na rękach mężczyznę.
    - Co się stało? - zapytała Hermesa. Chłopak tylko oparł się rękoma o kolana.
    - Nic wielkiego... tylko... zdyszałem się troszkę - wysapał. - Ciężkie te kontenery...
    - Dasz radę uciec? - Kas obejrzała się z powrotem na wybrzeże. Migające czerwono-błękitne światła bezdyskusyjnie kazały im się zmywać.
    - Mną się nie przejmuj - zapewnił ją chłopak. - Chyba powinniśmy poszukać twojego morderczego kumpla...
    Kobieta rozejrzała się z powrotem wzdłuż murku .
    - Tak, powinniśmy - stwierdziła i ruszyła w stronę burty. Chwilę potem biała smuga światła prześlizgnęła się między budynki dzielnicy industrialnej tuż poza zasięgiem wzroku policji. Błękitna skakała między budynkami tylko trochę spóźniona.

        Obudziło ją stukanie w szybę.
    Podniosła się gwałtownie, prawie zlatując z łóżka. Rozejrzała się po pomieszczeniu nieprzytomnie, przez moment zastanawiając się gdzie jest i jak tutaj trafiła. To nie był jej pokój. W tym były dwa piętrowe łóżka (na jednym z górnych właśnie siedziała) oraz ściany w kolorze pastelowej żółci. No i ten miał okno, za którym widać było kolejny blok mieszkalny i niebieskie oczy Echo patrzącego do środka do góry nogami. Chłopak pomachał do Kas i ponownie zastukał w szybę.
    Kobieta przetarła oczy, przypominając sobie wszystko. Była w jednym z pustych mieszkań należących do Fery - jedna z mniejszych, mało ważnych kryjówek, służących czasem jako bazy wypadowe. Ghan ją tu pokierował przez telefon ostatniej nocy, by miała gdzie przespać kilka godzin. Bardziej przytomna, Feniks podeszła na czworakach do krańca łóżka przy oknie i otworzyła je Hermesowi. Wskoczył do środka, od razu siadając na suficie po turecku.
    - Dzień dobry! - przywitał się wesoło. Nie było po nim widać nawet śladu wczorajszego zmęczenia. - Słonko wstało, czas wracać do Elizjum.
    Kasumi usiadła na krawędzi łóżka ziewając.
    - Chyba tak - mruknęła. - Gdzie ty w ogóle byłeś całą noc?
    - To tu, to tam... - wzruszył ramionami. - Ogólnie pilnowałem, czy nikt nie podłapał naszego tropu i czy Kuan wrócił do domu.
    - Kto?
    - Kuan Thai. Nie tak ma na imię twój kolega-snajper? Fera tak mi go przedstawiła.
    - Och... - kobieta zamrugała kilka razy. No tak. W końcu ludzie poza przezwiskami miewają także normalne imiona. Czy naprawdę przez dwa dni myślała, że ,,Godoghan" to imię?
    Chyba za krótko spałam, uznała w myślach i zeskoczyła na podłogę. Wzięła swoje dresy, które rzuciła razem z kurtką na dolne łóżko zanim sama padła bezwładnie na górne.
    - Widzę, że czujesz się o wiele lepiej ode mnie - rzuciła do Echo wsuwając stopy do nogawek. - A to nie ja rzucałam kontenerami...
    Merkury zmrużył oczy skonfundowany.
    - Też nimi nie rzucałem - odpowiedział. Po chwili otworzył oczy szerzej. - Aaa, chodzi ci o mój wczorajszy stan?
    - Wyglądałeś... niepokojąco - przyznała Zila patrząc w górę. Nadal dziwiło ją w jak dobrej formie i nastroju był Hermes. Ona miała za sobą kilka godzin snu i nadal nie czuła się wypoczęta, a on pomimo przemęczenia przez całą noc pilnował sytuacji w okolicy. I tylko lekceważąco machnął na to wszystko ręką:
    - To norma. Nawet ja mam swoje ograniczenia. Zawalenie mostu to nie byle co...
    Kasumi uniosła jedną brew w niemym ,,No co ty nie powiesz?" i udała się do kuchni z kurtką pod pachą.
    Zajrzała do lodówki, nie spodziewając się ujrzeć tam cudów i miała rację: była pusta. W całym mieszkaniu nie znalazła nawet śladu bytności innych Szczurów. Najwyraźniej rzadko, jeśli w ogóle z niego korzystano. Może istniał jakiś ranking ulubionych miejscówek, o którym nie wiedziała i to znajdowało się na szarym końcu? Fel i Sylve pewnie chętnie by się czymś takim zajęli. Westchnęła cicho. Może jak się pospieszy, to jeszcze załapie się na jakieś śniadanie w bazie. Erro i siostry jadały późno. Czasem zazdrościła ludziom umiejącym zmarnować tę godzinę więcej na sen...
    - Hej! - zawołał nagle z sufitu Echo gdy sięgała do jednego z pięciu zamków na drzwiach. - Nie chcesz zerknąć na poranne wiadomości? Dzisiejsze newsy mogą ci się spodobać...
    Zila obejrzała się przez ramię na zwieszony w kuchni mały telewizor. Wzruszyła ramionami i poszła szukać pilota. Gdy przełączała między stacjami kilka razy zobaczyła ten sam widok z innych perspektyw: zniszczony zwodzony most, z jedną połową nadal wzniesioną ku górze, i zablokowany pod nim statek transportowy. Bezwiednie uśmiechnęła się pod nosem widząc gdzieś migawkę o możliwej działalności terrorystycznej rozwijającej się w mieście i możliwość powiązań między mostem, a kilkoma poprzednimi incydentami w Elizjum.
    - Chyba nam się udało - stwierdziła zadowolona. Hermes, pomimo swoich oporów przed niszczeniem czegokolwiek, również wyglądał na dumnego z siebie.
    Po namyśle Japonka wyciągnęła telefon i zadzwoniła do Feliksa licząc, że chłopak już nie spał. Odebrał niemal natychmiast:
    - Dodzwoniłeś się do głównej bazy operacyjnej Szczurów, w czym mogę pomóc?
    - Fera jest gdzieś obok? - zapytała z miejsca kobieta.
    - O, cześć Kas! Fera chyba jest w kuchni...
    - Powiedz jej, żeby włączyła wiadomości.
    - Oooho, czyżby coś nas ominęło?
    - I to nie byle co - zapewniła go Feniks. - Sylve będzie z nas dumny - tu uśmiechnęła się do zadowolonego Echo.