niedziela, 21 października 2018

Eagles can fly, people can try, but that's all about it

Adamasto (Kseniia Tselousova)
Imię: Ilja. Krótkie, ale dla osób nieprzyzwyczajonych do języków wschodniej Europy może być ciężkie do wymówienia. Dlatego większości przedstawia się nazwiskiem. Wołanie na niego w ten sposób w ogóle mu nie przeszkadza. Skoro cały gang Kuglarza tak robi, to i Szczury mogą.
Nazwisko: Raskolnikow - przybrane od prawnego opiekuna, gdy Ilja w końcu opuścił sierociniec. Zżył się z nim tak, jakby miał je od zawsze.
Pseudonim: Nigdy nie potrzebował pseudonimów. Ale dostał przezwisko. Odkąd mieszka w Megalopolis, o wiele częściej pracuje z ludźmi innego pochodzenia niż rosyjskie. Niektórzy po długiej walce z jego imieniem i nazwiskiem zaczęli zdrabniać to drugie do ,,Rasko”. Ksywka przyjęła się także wśród Rosjan, a nawet przypadła do gustu samemu Ilji.
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 27 lat. Ze względu na swoją nietypową urodę, często uchodzi za młodszego. Gdyby chciał, mógłby pewnie z powodzeniem udawać nastolatka.
Rasa: Mutant klasy średniej, jak to się fachowo mówiło w rodzimej telewizji. Raskolnikow już jako dzieciak odkrył, że potrafi manipulować metalami siłą woli. Może je nie tylko wyginać, ale także przyciągać i odpychać. Szybko jednak przekonał się, iż nie jest w stanie rzucać samochodami niczym Magneto, ale pomimo tego to i tak przydatna umiejętność. Korzysta z niej tak często, że nie potrafi już sobie wyobrazić życia bez mocy.
Narodowość: Rosjanin, jednakże odkopanie jakichkolwiek jego danych między opuszczeniem sierocińca, a przyjazdem do Megalopolis graniczy z cudem. Wszyscy jego pracodawcy pilnowali, by służby porządkowe nie wpadły na żaden trop ich mutanta, dopóki ten dla nich pracuje.
Obywatelstwo: Eden. Tam też dostał mieszkanie, kilka ulic od kryjówki Kuglarza w Bujanie.
Rodzina: Został porzucony jako niemowlę. Z domu dziecka wyrwał się dopiero w wieku dwunastu lat, dzięki Piotrowi Wasiliczowi Raskolnikowi. Umownie ojcem dla niego nie był, ale Ilja skłamałby, gdyby powiedział, że było mu pod jego opieką źle. Co prawda gdyby nie Piotr, to chłopak nigdy nie trafiłby między przestępców...
Miłość: Nigdy nie planował szukać partnera, ani na chwilę, ani na całe życie. Co prawda niektórzy faceci wpadają mu w oko, ale w żaden sposób tego po sobie nie okazuje. Stara się dawać wrażenie, jakby nie był kimkolwiek zainteresowany, zwłaszcza wśród ludzi Kuglarza - wystarczy, że jest od nich wyraźnie słabszy fizycznie, nie muszą dodatkowo wiedzieć, że jest gejem. Musi jednak przyznać, że wśród Szczurów czuje się z tym o wiele pewniej. Nie na tyle, by do kogokolwiek podbijać, oczywiście.
Aparycja: Raskolnikow ogółem nie wygląda w żaden sposób specjalnie. Uchodzi za ,,chuchro”, ale patrząc na niego bardziej obiektywnie, chyba nie jest tak źle jak twierdzą niektórzy. Jest szczupłym, przeciętnej budowy brunetem, o wystarczająco dobrej kondycji, by poradzić sobie w swojej robocie. Ma ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, czym również nie ucieka od średniej krajowej. Jedynie jego twarz może nie pasować do tłumu. Jak to ujmywał Piotr, chłopak zawsze miał... ,,dziewczęcą” urodę. Rasko już zdarzało się słyszeć, że jest niezwykle fotogeniczny i na pewno zrobiłby karierę w branży modelingowej. Jego twarz jest wąska, z delikatnie zarysowaną szczęką i wyraźniejszymi kośćmi policzkowymi. Duże, brązowe oczy i okalające je gęste rzęsy tym bardziej nie nadają mu poważnego wyrazu, co jednakże nie przeszkadza Ilji mrozić ludzi wzrokiem. Nieważne jak łagodnie by nie wyglądał, mężczyzna nadal skutecznie potrafi zniechęcać innych samym spojrzeniem. Mało go obchodzi, jakie robi wrażenie - uroda ani mu nie przeszkadza, ani też specjalnie pomaga. Chociaż, co musi przyznać, nie przepada za własnymi uszami. W jego mniemaniu trochę za bardzo odstają, ale nie na tyle, by faktycznie go to irytowało, bo ze wszystkich zmartwień wygląd zawsze był na szarym końcu. Nie ubiera się wyszukanie, jednakże trudno nie zauważyć, że gustuje tylko w ciemnych kolorach, przez co jego blada cera wydaje się jeszcze jaśniejsza. Dodatkowo zawsze nosi coś z długim rękawem, jak prostą męską bluzę lub cienki sweter, jakby próbował się jak najbardziej zasłonić. Głos Rasko, mimo pozorów, nie jest cienki, a raczej średni. Ponieważ aż do tej pory na co dzień do życia potrzebował tylko rosyjskiego, nadal słychać charakterystyczny akcent, zmiękczony poprawną angielszczyzną.
Charakter: Są ludzie, do których lepiej się nie zbliżać. Z różnych powodów. Najoczywistszym jest wyraźny sygnał ,,Ten człowiek jest niebezpieczny”, nadawany przez zdrowy rozsądek po czasem nawet pierwszym odniesionym wrażeniu. Następnie są ludzie, którzy takich oznak nie dają, ale nadal pozostają zagrożeniem - po prostu dobrze się z tym ukrywają. A potem są jeszcze ludzie, którzy działają wręcz na odwrót: to ty będziesz dla nich zagrożeniem, i z tego właśnie powodu powinieneś ich zostawić w spokoju. Po Rasko widać to właściwie natychmiast, gdy tylko nawiążesz z nim rozmowę. Czy też raczej SPRÓBUJESZ nawiązać rozmowę - są spore szanse, że do takowej nigdy nie dojdzie. Raskolnikow dobrze czuje się we własnym towarzystwie, najlepiej z książką. Oczywiście nie może nosić ze sobą swojej bliblioteczki do pracy (nawet e-readera - po prostu nie chce go zniszczyć), toteż siedząc w bazie musi ograniczać się do izolowania od reszty towarzystwa. Ma do tego niezły talent, wyrobiony latami praktyki. Nie pawa wyraźnym entuzjazmem do pracy w grupie i da ci o tym znać nawet nie otwierając ust. Większość z miejsca tego nie widzi, bo Ilja nie wygląda na kryjące się po kątach strachliwe zwierzątko. Rzecz w tym, że facet po prostu doskonale udaje całkowitą obojętność. Nigdy nie należał do ,,aktywnych socjalnie” ludzi, ale szybko zorientował się, że przez okazywanie tego, ironicznie ściąga na siebie więcej uwagi. Ludzie szybciej zapomną o kolejnym mijanym przechodniu, niż o tym dziwnym typku, który siedział w rogu i mierzył przechodniów nieufnym spojrzeniem. Tak więc Ilja w miejscach publicznych zawsze dokłada starań, by zachowywać się jak najnormalniej. Ba, od kilku lat przychodzi mu to wręcz naturalnie! Grunt to chodzić prosto, nie rozglądać się zbytnio na boki i utrzymywać neutralny wyraz twarzy. Dla każdego zdrowego na umyśle człowieka pamiętanie o takich rzeczach może wydawać się co najmniej dziwne. Sęk w tym, że Raskolnikow nigdy zdrowy psychicznie nie był. Ma drobne, zdatne do kontrolowania skrzywienie, zahaczające o paranoję. Czasem daje o sobie znać w najmniej odpowiednich sytuacjach: za kierownicą, na środku ulicy, w połowie wypowiadanego właśnie zdania, słowem - jakaś część mózgu Ilji z nudów próbuje go speszyć, wybić z rytmu. Z tego powodu nigdy nie udało mu się zdać prawa jazdy (niczym nie jeździ poza komunikacją miejską, a i za nią nie przepada) ani jakiegokolwiek innego egzaminu. Idąc tym torem, nie uczęszczał do normalnych szkół, pomimo faktu, że jest niezwykłe błyskotliwy. Szybko łączy fakty i wyciąga wnioski, ma doskonałą pamięć (niemal fotograficzną) oraz nieustannie analizuje swoje otoczenie. W jego głowie zawsze coś się dzieje, przy czym nadal pozostaje czujny, chociaż - jak sam się do tego przyznaje - z takim natłokiem myśli ciężko człowiekowi nie bujać w obłokach. Mimo wszystko fakt, że dzieciństwa nie spędził trzymając się swoich rówieśników, boleśnie odbił się na nim i jego pewności siebie. To ciekawa sprawa, równie niepewna jak jego ataki lękowe. Miewa czasem chwile, w których chętnie by do kogoś podszedł i zagadał, po czym po kilku słowach nagle zaczyna się plątać, jeśli oczywiście nie przestraszył się rozmowy zanim jeszcze ją zaczął. Rasko ma tak z wieloma rzeczami. Widzi w głowie swój plan, każdy krok, czuje, że może to zrobić, ale ostatecznie nie robi nic. Jeśli cokolwiek związane jest z kontaktem z drugim człowiekiem, szybko straci zapał i wycofa się, zadając sobie pytanie ,,Co ja, do cholery, wyprawiam?”. Gorsze od tego bywają tylko te poważne ataki lękowe lub tak zwane, ,,czarne myśli”. Raskolnikow ma zwyczaj wizualizowania sobie swoich planów, wszystkich. Czasami, wbrew Ilji, wyobraźnia podsuwa mu dosyć paskudne wizje. Z reguły to takie typowe paranoiczne lęki, jak niefortunne potknięcie się na schodach (wyjątkowo irytujące, jeśli akurat coś znosisz), ale przy takiej kreatywności jaką posiada umysł Rosjanina, sytuacje naprawdę niebezpieczne stresują go jeszcze bardziej. Podobnie, gdy na myśl przychodzi mu zrobienie czegoś złego - mężczyznę czasem przeraża sam fakt, że prawie był gotów przerobić wizję w czyn. Co zaskakujące, mutacja momentalnie pomaga mu oczyścić umysł z tego wszystkiego. Nierzadko wystarczy, iż Rasko pobawi się chwilę monetą, spinaczem lub innym metalowym przedmiotem i nagle jest w stanie spokojnie się wysłowić. To by wyjaśniało jakim cudem paranoja nie przeszkodziła mu nigdy w trakcie pracy dla gangu. Nieważne, czy chodzi o Kuglarza, czy Ferę, jego robota z zasady opiera się na powyginaniu jakiegoś metalu. Równocześnie jasnym staje się, dlaczego nieśmiały, niepewny chłopak nie wycofał się z nielegalnego biznesu póki miał okazję: tak długo, jak jego moc go uspokaja i pozwala mu normalnie myśleć, tak długo Rasko będzie pracował dla Szczurów. Chociaż nie wygląda, ta robota jest dla niego po prostu idealna.
Zarys przeszłości: Mały Ilja zawsze marudził (w duchu, oczywiście), że jego życie nigdy się nie zmieni. Codziennie będzie się budził w tym samym pokoju, w tym samym sierocińcu, będzie się uczył, jadł, pił, bawił się i z powrotem zasypiał. Różnić będą się jedynie jego lokatorzy, bo inne dzieci z jakiegoś powodu zawsze ostatecznie znajdowały jakiś dom. Przy piątej nowej osobie zajmującej górną część piętrowego łóżka, Ilja porzucił już zamysł zaprzyjaźniania się z kimkolwiek. Wiedział, że prędzej czy później znowu zostanie tutaj sam. A im był starszy, tym robiło się gorzej. Inne dzieci jakby wyczuwały, że chudy, blady brunet jest stałym lokatorem przytułka. Młodsze oraz podobni mu wychowankowie sierocińca trzymały się od niego z daleka. Natomiast starsze, przyprowadzone przez opiekę społeczoną, próbowały od niego dowiedzieć się czegokolwiek, jakby wiedział dlaczego zabrano ich od ich rodziców, co się stało z mamą, tatą, dziadkami, czy kimkolwiek innym. Czasami szybko go to irytowało. Innym razem wykazywał się nieco większą wyrozumiałością i potrafił coś wydukać. Pewnym było, że ta rozmowa była pierwszą i ostatnią, jaką można było z nim nawiązać.
Starsze dzieciaki miały jeszcze inny zasadniczy problem: młodsze były chętniej adoptowane. Ilja próbował dociec, co skłania dorosłych akurat do wybrania takiego, a nie innego dziecka. Nawet opracował sobie w głowie schemat, którego obecnie niestety nie potrafi sobie przypomnieć. Wiedział tylko, że dziwaki jego pokroju do niego nie pasowały w żaden sposób. Chłopak już mając jedenaście lat przestał się nawet starać zrobić dobre wrażenie - podczas wizyt nadal siedział w tym samym kącie lub pod płotem na podwórku, pilnując kątem oka czy nikt nie widzi, jak wygina monety siłą woli. Ale raz ktoś to zobaczył: wysoki mężczyzna z garbatym nosem. Obiecał speszonemu Ilji, że nikomu nie powie, pod warunkiem, że będzie mógł się tej sztuczki nauczyć. Chłopiec jednak tylko pokręcił głową, wyjaśniając z pełną powagą, że mutantem trzeba się urodzić. Tak przynajmniej przeczytał w jednej książce, którą sobie zażyczył na święta. Facet wybuchł śmiechem i nazwał bruneta mądralą. Tak samo nazywał go przez następne dziesięć lat, mówiąc to tym samym pobłażliwym tonem.
Piotr Raskolnikow przykładem ojca nie był, ale przynajmniej dopilnował, by jego podopieczny poradził sobie w życiu. Oboje, niewypowiedzianą nigdy umową, nie traktowali się jak bliskich krewnych, głównie przez upartość Ilji, stale powtarzającego Piotrowi, że nie jest jego ojcem i nigdy nie będzie. Nie mówił tego w złej wierze - po prostu stwierdzał fakty. Starszy Raskolnikow szybko się do wszystkich tych dziwactw przyzwyczaił, tak samo jak młodszy szybko uczył się zasad rządzących życiem jego opiekuna. A nie było to normalne życie.
Młody mutant nigdy nie dowiedział się, na co Piotrowi był dzieciak, jeśli pracował nielegalnie między raczej niebezpiecznymi ludźmi. Po części domyślał się, że trafił pod jego opiekię tylko przez swoje nienaturalne zdolności. Był natomiast pewien, że to dzięki nim żaden z jego zmieniających się szefów nie uważał go za zbędny balast. Piotr pilnował, by dzieciak systematycznie ćwiczył, a dorosły już Ilja musiał mu za to podziękować - w rosyjskim przestępczym półświatku bezużyteczny mutant był gorszy od bezużytecznego człowieka.
Miał dwadzieścia dwa lata, gdy jakiś obcy powiadomił go, że Piotr zniknął bez śladu. Przyjął to spokojnie, ale nie bez ukłucia gniewu. Został sam, młokos wśród gangsterów. Na jego szczęście nie musiał zadawać sobie pytania ,,Co ja teraz zrobię?”, bo jego nowy przełożony - Jurij Siemienowicz Gawaryłow, w Megalopolis znany jako ,,Kuglarz” - natychmiastowo rozplanował dla niego następne kilka lat. Nazwał je ,,kontraktem”, który ogólnie polegał na tym, że Raskolnikow będzie robił to, co robił dotychczas, ale tylko dla niego i nikogo innego. Oczywiście w grę wchodziła także stała wypłata. Poza brakiem Piotra, nic się więc w życiu Ilji nie zmieniło. Przeprowadził się do Czterech Miast, dostał małe, eleganckie mieszkanie na własność, ale nadal nie miał absolutnie żadnej władzy nad swoim życiem. Sierociniec, Piotr, Kuglarz Gawaryłow - lista robiła się tylko coraz dłuższa. A Raskolnikow robił, co mu kazano, bo co innego miał do wyboru? Nigdy nie sprawiał nikomu problemów i nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Gdy go wołano, opuszczał swój kąt i wracał do niego zaraz po skończonej robocie, do swoich książek i własnych myśli.
Wszystko przybrało ciekawszy obrót, gdy Kuglarz dogadał się ze Strzygą, przywódczynią Szczurów. Gang Gawaryłowa tracił na wartości. Ludzie zaczynali bardziej obawiać się konkurencji, a wpływy ograniczyły się do Edenu. Aż Fera Rosa przekroczyła próg gabinetu, jak gdyby nigdy nic, wymierzyła palec w Ilję i powiedziała:
- Żywy magnes idzie ze mną.
Oficjalnie: Ilja Raskolnikow jest na tyle szarą postacią, że jego sąsiedzi nigdy nie zastanawiali się, co robi ze swoim życiem. Ma szczęście mieszkać w rosyjskiej dzielnicy Edenu, gdzie od razu potraktowano go jak swojego. Dopóki tylko uśmiecha się do starszych sąsiadek i uchyla czoła sąsiadom, nikt nie zwraca na niego większej uwagi. Ot, kolejny miły chłopak, sądząc po wyglądzie student. Nic dziwnego, że całymi dniami gdzieś się włóczy.
Rola w gangu: Tak właściwie, to jest swego rodzaju kartą przetargową między gangami Jurija Siemienowicza Gawaryłowa i Fery Rosy. Kuglarz potrzebował podbudować swoją pozycję, więc zdobył wsparcie Szczurów, między innymi proponując Strzydze swoich ludzi. A wśród nich znalazła Raskolnikowa, który doskonale pasował do jej grupy awanturników, najemników i mutantów. Tym sposobem Ilja pracuje na dwie zmiany: jest równocześnie członkiem Szczurów i osobistym ,,otwieraczem do puszek” Gawaryłowa.
Umiejętności: Mówiąc o mutacji Rasko w wielkim skrócie, mężczyzna potrafi manipulować wszelkimi metalami. Z reguły jego wkład w jakiekolwiek akcje ogranicza się do otwierania przejść (a czasem zamykania ich tak, by nie dało się z powrotem otworzyć), czyli niszczenia pancernych zamków. I faktycznie, po prostu wyginając metal można załatwić sprawę szybko i mieć spokój, ale niewielu poza samym Ilją wie, że mutant potrafi więcej. W końcu po co uszkodzić zamek trwale, gdy można go otworzyć, a potem zamknąć z powrotem bez uszczerbku, by zrobić właścicielowi większy mętlik w głowie? Już w sierocińcu z nudów uczył się granic swoich możliwości, a pod okiem Piotra wymyślał nowe sztuczki, którymi mógłby kupić następnego pracodawcę. Odkrył też swoje ograniczenia. Szybko zorientował się, że nie jest w stanie podnieść i utrzymać w powietrzu każdy kawał metalu jaki zechce. Nadal jest w stanie unosić większe ciężary, niż gdyby robił to własnymi rękoma, ale Rasko równocześnie wyraźnie ten ciężar czuje. Żeby działać długo i efektywnie, stosuje się prostych zasad fizyki: jeśli coś jest od niego cięższe, rozsądniej jest tym nie rzucać. Siła, z jaką Ilja może podnosić przedmioty, jest mniej więcej równa sile, z jaką robi się to normalnie. Główna różnica między nim, a normalnym człowiekiem podnoszącym ciężary jest taka, że Raskolnikow jest mutantem i mimo pozorów jest w stanie przewrócić samochód. Ale ogółem nie przechodząc przez granicę własnej wagi, może używać mocy prawie bez wysiłku. Zresztą nie zawsze musi dźwigać coś niesamowicie ciężkiego - nawet monety, spinacze i sztućce (poza aluminiowymi) można użyć jako broni, i to skuteczniejszej od czegoś większego. Jednak to właśnie słynna technika włamania Rasko go rozsławiła. Ironicznie, to czasem cięższe od wyrywania barierek z betonu. Cała sztuka polega na wyczuciu metalu, którego się nie widzi. Odpowiednio skupiony, Raskolnikow może wyczuwać i manipulować przedmiotami nawet zza ścian. To w swoich zdolnościach lubi najbardziej: finezję. Zdecydowanie trudniejsze od bezmyślnego miotania. Dzięki wieloletnim ćwiczeniom jego ,,wyczucie” stało się na tyle silne, że mężczyzna radzi sobie z zamkniętymi oczami. Metal jest wszędzie - każde z czterech miast Megalopolis zbudowane jest na jego gigantycznych ilościach. Każdy nosi przy sobie coś metalowego, a im więcej tego czegoś ma, tym łatwiej stwierdzić, że jest uzbrojony i zaczekać aż sam do ciebie przyjdzie. W towarzystwie Ilji broń palna nie będzie ci straszna - nie tylko wykryje ją na czas, ale będzie też w stanie wyszarpnąć ją z rąk przeciwnikowi. Nawet jeśli nie zdąży, potrafi na czas odepchnąć kule na bok... a potem, jeśli naprawdę się zirytuje, wykorzystać ich pozostałości przeciwko strzelającemu.
Przyjaciele: Rasko nie czuje żadnej potrzeby nawiązywania z kimkolwiek znajomości. Jeśli już jakieś ma, to tylko dlatego, że to ktoś inny uważa go za przyjaciela.
Wrogowie: Tego mu jeszcze brakowało...
Autor: Red Riding Hood

Od Sylvaina (CD Echo) - Jak się kradnie helikoptery?

     Sylve padł na kolana i mocno oparł się dłońmi o ziemię. Odetchnął głęboko przez nos i zamrugał kilka razy, próbując wmówić sobie, że świat wcale aż tak się nie kołysze. Mimo wszystko uśmiechnął się szeroko – w końcu miał co świętować. Niecodziennie zdarzało mu się rzeczywiście latać, a salto wykonał po raz pierwszy w życiu. Zasadniczo nigdy wcześniej też nie zdobywał szturmem bazy wojskowej i nie kradł śmigłowców. Jakby nie spojrzeć cała ta akcja wyładowana była aż po brzegi nowymi doświadczeniami. Wobec tego cały dzień wychodził mu jak najbardziej na plus.
     – Sylve? Żyjesz? – spytał Echo z niekłamaną troską.
     – Oui! – odpowiedział. – Chyba nie jestem przyzwyczajony do takich atrakcji... Zmienimy to. Chcę jeszcze raz!
     Zaraz jednak przypomniał sobie gdzie jest i dlaczego w takim miejscu. Dalsza nauka latania musiała poczekać. Ale tylko troszeczkę.
     – Jasne – zgodził się Echo. – A jaki mamy teraz plan?
   – Na dobry początek zejdź z widoku, błękitny przyjacielu – Sylve pociągnął Echo za rękę, zmuszając go do zajęcia miejsca obok siebie. Tak zdecydowanie trudniej było ich wypatrzeć na tle muru. Zwłaszcza, że Merkury jakby nie patrzeć świecił bardziej niż maska Leviathana. – Dobra... Plan jest taki. Ty – wskazał palcem na Echo – postarasz się zdrowo tu namieszać i zwrócić na siebie jak najwięcej uwagi. Ja – tu dźgnął się palcem w pierś – znajdę helikopter i wywiozę go stąd w jednym kawałku. Pod warunkiem, że odrobinę pomożesz mi przy bramie zanim radośnie odjedziemy w stronę zachodzącego słońca.
     Echo wyraźnie zmrużył oczy i pokiwał w zamyśleniu głową.
     – Łapię.
     – Cudownie. Czas się zabawić – Levi zaśmiał się szatańsko, zacierając ręce. A potem podniósł się z ziemi i zgięty w pół ruszył w stronę, gdzie jak mu się zdawało widział hangary.
     Musiał wierzyć nowemu koledze, że świetnie sobie poradzi z przydzielonym mu zadaniem. W końcu nikogo innego tu nie zabrał. Miał jednak przeczucie, że Echo go nie zawiedzie. Przecież grzebał przy grawitacji, więc nie mogło mu się nie udać. Nawet jeżeli jakimś cudem nie był aż tak kuloodporny jak Francuz.
     Skup się, Sylve, żebyś to ty nie nawalił, upomniał sam siebie. Nie odważył się jeszcze oddalić od muru. Oddzielony od głównej części jednostki kilkoma warstwami metalowej siatki czuł się względnie bezpieczny. Zwłaszcza, że niewyraźnie widział zarys niewielkiego oddziału żołnierzy, musztrowanych na placu pomiędzy budynkami i bardzo nie chciał, żeby się nim zainteresowali. Ci, którzy niewątpliwie pilnowali terenu ze strażnic, również mogliby zostawić go w spokoju. Jego plan zakładał przecież, że wszyscy ci groźni ludzie zgromadzeni na niewielkiej przestrzeni, z której nie sposób uciec żadnym sposobem, zauważą go dopiero wtedy, gdy będzie już za późno. Inaczej nie wróżył sobie ani długiego dziewiątego życia, ani tym bardziej przyjemnej i spokojnej śmierci. 
     A jeśli spaliliby moje ciało ZANIM bym się obudził? Na myśl o tym przeszył go zimny dreszcz. Przegiąłeś, Sylvainie... Tym razem naprawdę przegiąłeś. Ale przejmiesz się tym? Francuz uśmiechnął się lekko do siebie, na chwilę zamierając w bezruchu, gdy na jednej ze strażnic dojrzał ruch. Oczywiście, że nie. Zdrowy rozsądek zostawiłem dzisiaj w domu. A potem oderwał się od muru i skulony, pochylając głowę, żeby światła maski go nie zdradziły, skręcił w ścieżkę prowadzącą do wnętrza kompleksu. Raz Francuzowi śmierć!
     Wierzył głęboko w swoją zdolność do bycia niewidzialnym. Przecież starał się jak mógł, żeby nie zobaczyć nikogo, więc wedle wszelkich prawideł wszechświata on też powinien być niezauważalny. Tak głosiło odwieczne i fundamentalne prawo jego sprawdzonej logiki. Przystanął na rozwidleniu dróg i rozejrzał się czujnie, szukając wzrokiem hangarów. Nie było mowy, żeby nie znalazł w ich pobliżu żadnego śmigłowca. Jeśli Sylvain Berthier wiedział cokolwiek o wojsku, z pewnością mógł ręczyć za chorobliwy wręcz porządek. Zwłaszcza, gdy w jednostce znajdowali się głównie Azjaci – królowie dyscypliny i ładu.
     Tacy jak Legion. Mon Dieu, oby nie... Mam nadzieję, że ten gość jest wyjątkowym kwiatuszkiem i drugiego takiego już nie spotkam.
     Tylko czystym cudem udało mu się przekraść niezauważenie. Nie miał pojęcia jak do tego doszło, ale też niespecjalnie go to obchodziło. Grunt, że żył swoim dziewiątym życiem i nie zanosiło się, by miał przestać. Może było coś w powiedzeniu, że głupi miał zawsze szczęście? Nie żeby Leviathan uważał się za wybitnie głupiego. Ba! Był przecież wyjątkowym geniuszem. Dlatego dziwił się tym bardziej ilekroć coś szło mu aż tak gładko. Zwłaszcza, gdy przemykał w miejscu, gdzie niekoniecznie ktoś powinien go znaleźć.
     Hangar wyglądał zaskakująco normalnie. Ogromna jak na jego standardy hala, do której dostać się dało przez równie słusznej wielkości drzwi nie zaskoczyła go. Spodziewał się czegoś podobnego. I zupełnie go to nie interesowało. No bo co mógł w nim znaleźć? Myśliwce? Pierwszorzędne uzbrojenie? Nowoczesne samoloty? Drony?
     Pokręcił gwałtownie głową. Zgiń przepadnij, Szatanie! Może następnym razem się tobą zajmę...
     Aktualnie miał inne zmartwienie: nie widział na placu helikoptera. Z braku lepszego pomysłu postanowił obejść hangar dookoła, by upewnić się, że latająca maszyna śmierci nie czeka spokojnie z innej strony. I w tym momencie najwyraźniej zgraja Azjatów odkryła obecność Echo. Gdzieś w innej części kompleksu zawyła syrena alarmowa. Kilka sekund później wybrzmiała już cała reszta. Wszystko wskazywało na to, że Merkury postawił na nogi całą jednostkę. Wobec tego miał niekwestionowany talent w zwracaniu na siebie uwagi. Sylve zapamiętał to bardzo dokładnie.
     Nie chcąc tracić zbyt wiele cennego czasu – w końcu nie wiedział ile dokładnie go miał, a być może wcale nie było czym szastać – truchtem ruszył wzdłuż ściany hangaru. Poza tym nie był pewien czy Echo jest aż tak niesamowity jak na to wyglądał. Leviathan nie był pewien czy chciałby tłumaczyć się przed Ferą z tego, że porzucił kolegę na pastwę małej armii, a błękitny przyjaciel nie podołał na dłuższą metę wyzwaniu. Nie, Sylvain Berthier zdecydowanie nie chciał odbywać podobnej rozmowy. A poza tym Echo był mu jeszcze potrzebny. Od kiedy ja się tak przejmuję wspólnikami w zbrodni?
     Jego cel czekał na niego po drugiej stronie hangaru. Czarna piękność błyszczała zachęcająco, kusząc go swoim smukłym kształtem. Cztery płaty rotora zalotnie opadały ku ziemi. Zgrabne, malutkie kółeczka zdawały się czekać aż ktoś je poruszy. A ten ogon! Jednocześnie masywny i pełen nieskrywanego wdzięku. Prawdziwy, chiński Changhe, gotowy, by ktoś zaoferował mu wiele miłości. Tak się składało, że Sylvain właśnie zakochał się na zabój po raz pierwszy w życiu. Dystans dzielący go od śmigłowca pokonał wręcz mistrzowskim wieloskokiem i przykleił się do poszycia. A potem, z iście diablim uśmiechem sięgnął do kieszeni kurtki...

     – Echo! Mon ami! Niech no ja cię uściskam! – Sylvain wyskoczył z szoferki półpancernej ciężarówki, rozkładając szeroko ręce, by złapać swojego błękitnego przyjaciela.
     Merkury nie zdołał uciec. Nie żeby próbował, bo zdawało się, że nigdzie nie zamierzał się wybierać. Nie mniej Francuz i tak zamknął go w żelaznym uścisku. Bądź co bądź cały przekręt udał się właściwie tylko dzięki pomocy Echo. Sylvain może i był człowiekiem wielu talentów i nie do końca rozumiał koncepcję niemożliwości, ale z pewnością nie zakrzywiał praw wszechświata wedle własnej woli. Dlatego od czasu do czasu potrzebował wsparcia w postaci jeszcze bardziej uzdolnionej persony. A patrząc po tym, co do zaoferowania miał jego nowy błękitny i bardzo futurystycznie wyglądający przyjaciel, Sylve był pewien, że jeszcze nie raz przyjdzie mu złożyć propozycję Hermesowi.
     Tymczasem jakiś zaufany człowiek Eleny – jak Levi założył, że powinno się to wymawiać (Jaki normalny naród odruchowo czyta ,,H" na początku? Toż to nawet Włosi tego nie robią!) – wsiadł do JEGO ciężarówki i odprowadził JEGO nową dziewczynę helikopter głębiej w trzewia Nory.
     – Hej! Moje!
     Sylve szybko skinął głową Merkuremu, przysięgając, że należycie podziękuje mu później w kryjówce i, że od teraz są przyjaciółmi, a potem pognał w kierunku czekającej w oddaleniu zielonowłosej Polki za toczącą się ostrożnie ciężarówką. W końcu miał sporo pracy. Musiał przede wszystkim pozbyć się ustrojstwa, które umożliwiało odszukanie śmigłowca oraz zatrzeć numery boczne jednostki. A przy tym pamiętać, by uzgodnić z Eleną szczegóły jej obecności w jego wielkim planie.
     Wskoczył na pakę ciężarówki i chwycił się ogona helikoptera. Pomachał na pożegnanie Echo i  odwrócił z powrotem w stronę kierunku jazdy. Sylvain Berthier u boku swojej czarnej piękności majestatycznie sunął ku kolejnej przygodzie. Przecież z jakiegoś powodu został tymczasowym szefem małego oddziału indywidualności. I czuł się jak pan świata. Atak na wariatoodporną igłę po prostu nie mógł się nie udać.

niedziela, 7 października 2018

Od Jekyll i Hyde - Niechcący!

        Niebieskowłosa Lafresque nie miała w trakcie przerwy wiele do roboty. Viola pewnie jeszcze umiałaby się czymś zająć, a w każdym razie czymś sensownym i normalnym dla dwudziestoparolatki. Może za namową Hyde przełamałaby się i zaczęła z kimś rozmowę na tematy luźniejsze od wojskowości lub terroryzmu, albo pobawiła z Cup, ewentualnie zaszyłaby się w przysłowiowym kącie (dosłowny zajął RatFace), by poczytać coś na internecie. Ale ponieważ przyszła kolej Jacqui na ,,odrobinę rozrywki", Jekyll uczciwie ustąpiła siostrze miejsca i zaszyła się w jej podświadomości, skąd nie miała zbyt wielkiego wpływu na dalszy rozwój wydarzeń...
    Chociaż, mimo wszystko, usilnie starała się odbić na niej swoje zażenowanie, gdy dziewczyna już kolejną minutę wpatrywała się w Matthiasa jak w obrazek.
    Jacqui, wiesz, że widzę każdą twoją myśl?, odezwała się w końcu głośniej, licząc, że jak raz Hyde jej posłucha i nie zacznie kolejnej znajomości w tak upokarzający sposób. Dziewczyna oczywiście ją zignorowała, zastanawiając się głównie nad tym, jakie są szanse, że facet pokroju Mattiego nadal jest singlem. Violet wydałaby się nieartykułowany pomruk frustracji, gdyby tylko miała kontrolę nad swoim ciałem.
    Całe szczęście Niemiec skupiony był głównie na zdjęciach rozłożonych na stole. Lafresque udało się znaleźć chociaż te strzępy informacji. Wszystkie wyglądały na robione z ukrycia, co jasno świadczyło jak bardzo Orochi dbał o swoją prywatność. Jego dom nie był wymieniony jako żadna z atrakcji Shangri-La, chociaż stanowił idealny przykład tradycyjnej japońskiej architektury, która w futurystycznym mieście nie była często spotykana. Viola miała szczerą nadzieję, że człowiek, który zrobił te zdjęcia i udostępnił je w sieci nadal żyje i ma się dobrze - to oznaczało, że gdzieś tam Szczury wciąż mają nieumyślnych wspólników tuż pod nosem yakuzy.
    Nie były to dokładne plany, ale Jäger nie zamierzał marudzić. Uznał, że lepsze to niż powrót do domu bez żadnych perspektyw na realizację planu Fery. Najwyraźniej nie przeszkadzało mu także zostanie w bazie trochę dłużej. Hyde także to wcale nie przeszkadzało, czego skrępowana Jekyll była boleśnie świadoma.
    To nie jest normalne, zdajesz sobie z tego sprawę?, spróbowała po raz kolejny. W taki sposób tylko go wystraszysz. Jacqui stłumiła parsknięcie śmiechem. W końcu była przecież naprawdę przerażająca ze swoją drobną posturą i bijącym w oczy kolorem włosów. Czy ty naprawdę chcesz sprawić, bym znowu czuła się niewygodnie w cudzym towarzystwie przez najbliższe kilka lat?! Może. A może po prostu faktycznie polubiła Matthiasa. Był zabawny, inteligentny... no i przystojny. ON MA TRZYDZIEŚCI LAT!
    - Sylve i Kas też - odpowiedziała dwuznacznie na głos. Violet miała ochotę skulić się w kącie i zakryć rękoma. Nie tylko dlatego, że doskonale wiedziała, co Hyde miała na myśli (przez nią i jej komentarz na żywo wkrótce obecność każdej atrakcyjnej osoby stanie się niewygodna), ale i przez sam fakt, że odezwała się bez żadnego kontekstu, w końcu zwracając na siebie uwagę Wölfa. Co wcale jej nie przeszkadzało, oczywiście.
    Brunet uniósł jedną brew.
    - Myślę na głos - powiedziała szybko Hyde uśmiechając się szeroko. - Zdarza się, jeśli w głowie siedzi ci inna osoba - wzruszyła ramionami.
    - Nie będę wnikał - stwierdził pojednawczo Niemiec.
    Dzięki Bogu, pomyślała Violet.
    - Violi też to pasuje - Jacqui zachichotała.
    O nie...
    Tym oto sposobem Lafresque już na stałe przykuła uwagę Jägera do swojej osoby. Nie było to niczym dziwnym, w końcu właściwie każdy człowiek byłby zafascynowany jak właściwie dziewczyny ,,funkcjonowały", tylko nie wszyscy uznawali zaczynanie tego tematu za właściwe.
    - Dalej wszystko słyszy? - zaciekawił się Matthias. I, tak samo jak każdy inny, nie zadał tego pytania zbyt pewnie, jakby miało którąś z sióstr obrazić.
    - Oczywiście - Jacqui oparła się wygodnie na kanapie i uśmiechnęła diabolicznie. - W innym wypadku życie z nią nie byłaby takie zabawne.
    - Zabawne?
    Dlaczego ty mi to robisz?
    - Powiedzmy, że ma... inne poglądy w niektórych sprawach - wyjaśniła dziewczyna. - Na przykład nie lubi przytulać się do maskotek na meczach.
    Wölf parsknął śmiechem.
     - Chyba łapię o co chodzi.
    - To dobrze, bo jeśli zacznę wchodzić w szczegóły, to będę już po prostu wredna.
    Brunet znowu się zaśmiał. Hyde natomiast była niezwykle dumna z faktu, że zrobiła na nim równie dobre wrażenie co Jekyll przed nią. Ostatnie czego teraz potrzebowała, to bycie zazdrosną o faceta.
    Wtedy kątem oka dziewczyna zauważyła jakieś zamieszanie przy biurku Feliksa. Cup trzymała w łapkach komórkę (łatwo było się domyślić czyją) i tłumaczyła się, że tylko odebrała, bo ktoś dzwonił. Ćwiek spokojnie poprosił ją o oddanie telefonu i sam kontynuował rozmowę. Robot jednak pociągnął go za rękaw, na co chłopak wyjaśnił, iż wcale nie jest na nią zły. Potem Czkawka obejrzała się do tyłu w stronę Hyde i podjechała do niej.
    - Felix powiedział, że potrzebujesz mojej pomocy - powiedziała, bardziej prosząco niż stwierdzając fakt.
    Jacqui westchnęła. Fel za pośrednictwem Cup dał jej wyraźny sygnał ,,Proszę, zajmij się nią przez jakiś czas". Nie miała serca jej przeganiać, chociaż zdecydowanie chętniej posiedziałaby jeszcze z Matthiasem. Mówi się trudno, dopowiedziała Viola, częściowo wdzięczna Hiccup za interwencję.
    - Wybacz, że zostawiam cię na pastwę losu - powiedziała Lafresque do Niemca - ale muszę się zająć dzieckiem.
    - Macierzyństwo w środku studiów? Ciężka sprawa - skomentował.
    - Takie jest życie - niebieskowłosa westchnęła teatralnie.
    - No nic. I tak miałem się zbierać do siebie - stwierdził brunet zbierając zdjęcia do kupy. - Miłej zabawy.
    - Dzięki! Do jutra! - rzuciła wesoło Hyde i wzięła robota za rączkę. - Chodź, znajdziemy coś fajnego.
    - Fajnego? - Cup brzmiała na zaintrygowaną.
    Lafresque mieszkały tu od zaledwie kilku godzin, ale w bazie nie było wiele do zwiedzania. Zdążyły już wrzucić swoje rzeczy do wolnego pokoju (później się wszystko rozpakuje), a przez resztę czasu siedziały w głównym pokoju, nie będącego jakoś specjalnie skomplikowanym miejscem. Połowa była najzwyklejszym salonem, umeblowanym w niedopasowane do niczego kanapy i stół i udekorowanym rozmaitymi zdjęciami, a pozostałą część stanowiły komputery, monitory i warsztat. W chwili obecnej ten trzeci wydał się Hyde szczególnie obiecującym rozwiązaniem problemu. Viola niezbyt podzielała jej zdanie, ale nie mogła nic poradzić. Jacqui nie miała zielonego pojęcia ile rzeczy miał tam Ćwiek. Na pewno parę z nich było na tyle zajmujących, by Cup się nie nudziła, aż ktoś jej będzie potrzebował. Dziewczyny przeszły więc niezauważone obok Ćwieka i RatFace'a i zniknęły za ścianą monitorów. Fel oczywiście od razu je zauważył przez szparę między ekranami.
    - Hyde? - zaczął.
    - Tak? - odpowiedziała, rozglądając się po blacie.
    - Co wy tam robicie? - do hakera dotarł niepokojący dźwięk wysuwanej szuflady.
    - Na pewno nie bombę - Hyde zamknęła szafkę i uklękła na podłodze, by przyjrzeć się znaleziskom Hiccup z najniższej szuflady.
    - Przez twój akcent mam jakieś dziwne wrażenie... - Australijczyk zastanowił się chwilę. - Coś jak deja vue, ale niekoniecznie... bardziej jakbym MÓGŁ usłyszeć coś podobnego, ale w innych okolicznościach... jak to się nazywa? - spojrzał na RatFace'a. Ten tylko pokręcił szybko głową.
    - Nie mam zielonego pojęcia - odparła Hyde, pilnując poczynań kulistego robota.
    Pomimo nadzoru okazało się, że Cup już znalazła sobie jakąś zabawkę, przy której zaczęła grzebać zanim jej opiekunka zorientowała się co robi. Robocik mocując się z otwarciem obudowy małego ustrojstwa kliknął parę przycisków. Równocześnie gdy udało jej się w końcu otworzyć obudowę, na zewnątrz zaświeciła dioda. Czkawka zdążyła jeszcze pogrzebać między kabelkami i układami scalonymi zanim zorientowała się, że coś włączyła.
    - O, świeci! - pochwaliła się.
    Ćwiek to usłyszał i chyba się zaniepokoił:
    - Co świeci?!
    Nagle urządzenie piknęło i chłopak zaklął. Coś spadło na blat, a potem na podłogę. Jacqui obiegła monitory wokół, by zobaczyć, co się stało. Okazało się, że ,,zabawka" Hiccup z jakiegoś powodu zmusiła Fela do zrzucenia maski. Australijczyk został w samym kapturze, przecierając oczy.
    - Cholera jasna... - mruknął. Bez nałożonego na głos filtra brzmiał niemal obco. - Ale mi błysnęło po oczach... co wyście zrobiły?!
    - Sama chciałabym wiedzieć - Hyde spojrzała na Cup, która wyglądała niepewnie zza rogu. - Cokolwiek to było, to było niechcący! - dodała szybko.
    Chłopak w końcu odsunął ręce od twarzy, mrugając szybko. Czkawka spojrzała na klnącego Fela i nagle się ożywiła. W jednej sekundzie podjechała do fotela, ignorując ilość kabli po drodze.
    - TY MASZ TWARZ! - ucieszyła się, patrząc na Feliksa z zafascynowaniem. Haker spojrzał na nią. Z jakiegoś powodu skrzywił się słysząc jej słowa.
    Hyde zmarszczyła brwi skonfundowana.
    - Co w tym takiego niezwykłego? - zapytała.
    Ćwiek podniósł błękitne oczy do góry. Jego zachowanie momentalnie się zmieniło, jakby właśnie wyszedł na jaw jakiś jego wstydliwy sekret. Violet zrozumiała to szybciej. Maska, powiedziała w głowie Hyde. Przecież my nigdy nie widziałyśmy Fela bez maski. Najwyraźniej cała reszta również...

Feeeeelix? Oto i okazja do reworku.

niedziela, 2 września 2018

Jeżeli sobie łeb rozbiję, to wam zaręczam, że w każdym razie pozostanie w murze porządna dziura

steelsuit
Lintu
Imię: Craig - proste imię dla faceta o prostym umyśle i równie prostych potrzebach. Zdrabniać się tego raczej nie da, aczkolwiek spora liczba osób nierzadko kończy skierowaną do niego wypowiedź na ,,Cra-". Z reguły przerywa im metalowa pięść, wycelowana albo w samego mówiącego, albo w kogoś na tyle niebezpiecznego, by był poważniejszym problemem od morałów.
Nazwisko: McReady. Nazwisko wyjątkowo adekwatne do osobowości (i już nieco nudny dowcip językowy, który mężczyzna słyszał chyba setki razy).
Pseudonim: Słysząc przezwisko ,,Leprechaun", większość raczej wyobraża sobie jego właściciela za niższego i ogółem gabarytowo mniejszego od Craiga. Widok masywnego cyborga po prostu zbija z tropu, gdy przed oczami nadal masz małego złośliwego karła z garnkiem złota i masą czterolistnych koniczynek. I to najprędzej symbolika przyczyniła się do tego, że ktoś kiedyś nazwał McReady'ego Leprechaunem, chociaż on sam już nie jest pewny, jak nim został. Ma też nieco bardziej zrozumiały pseudonim ,,Carraig", będący grą językową na jego imieniu i zdolnościach - tłumacząc z irlandzkiego, oznacza ,,skałę".
Płeć: Mężczyzna
Wiek: Tu właśnie jest pewien szczególny problem z byciem znudzonym życiem cyborgiem. Gdy każdy dzień wygląda tak samo, człowiek szybko traci rachubę. Craig nie potrafi ocenić, ile czasu minęło od jego dymisji, a wtedy był już dobrze po trzydziestce. Pewnym jest, że chyba nic się nie zestarzał (nie wspominając o wieku mentalnym - kryzys wieku średniego najwyraźniej odwiedza nawet cyborgi).
Rasa: Nie ciężko się domyślić, że jest cyborgiem, skoro niemal się z tym obnosi. Wnioskując po całej posturze, od razu także widać, iż to nie byle jaki blaszak - super żołnierze już zdążyli zapisać się na kartach historii postępu technologicznego, jeszcze przed kilkoma laty widniejąc jako główny temat wieczornych wiadomości. Żeby było jeszcze ciekawiej, McReady to jedyny w Megalopolis przedstawiciel jednostki ,,Tytanów", słynącej ze swojej niezniszczalności... oraz mało skomplikowanej taktyki działania. Ale bądźmy szczerzy: czy grupka kuloodpornej piechoty musi przejmować się czymkolwiek poza bronią przeciwpancerną?
Narodowość: Urodzony i wychowany w Irlandii. Akcent, chociaż zmiękczony latami za granicą, nadal dosyć łatwo go zdradza. Do tego wyjątkowo szybko mówi, co niektórzy lubią mu żartobliwie wytykać.
Obywatelstwo: Komuś jego pokroju ciężko ujść niezauważonym, zwłaszcza, gdy pomimo zwolnienia ze służby wojskowej nadal czuje się na karku oddech władzy. Zgodnie z prawem jest wolnym człowiekiem, ale równocześnie na tyle niebezpiecznym, że jego przełożeni po dzień dzisiejszy monitorują każdego członka rozwiązanej jednostki, by zareagować natychmiastowo, jeśli któryś zacznie robić zamieszanie. Dzięki dobroci pewnej Polki, Craig nareszcie uwolnił się od paskudnego uczucia bycia śledzonym na każdym kroku, a mając wsparcie Szczurów już nie musi się przejmować absolutnie niczym. W tym faktem, iż nie ma go w spisie ludności - drony policyjne słysząc jego nazwisko zaczynają się zacinać i grozić zaprowadzeniem na najbliższy komisariat celem wyjaśnienia tego ,,niedopatrzenia". Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, w jakim stanie roboty docierają na rzeczony komisariat (o ile w ogóle wracają).
Rodzina: Gdyby chwilę tak się nad tym zastanowić, wychodzi na to, że nie był w domu odkąd go opuścił tuż przed dołączeniem do Tytanów. Przez wyjątkowo głupią kłótnię jego równie idiotyczna duma kazała mu nie nawiązywać żadnego kontaktu z rodzicami... przez co obecnie nie poznaliby go na ulicy, nawet gdyby próbował z nimi porozmawiać. Podobnie jego dwie młodsze o osiem lat siostry, bliźniaczki, z którymi utrzymywał o wiele lepsze relacje. Chyba tylko dla nich byłby w stanie kiedykolwiek wrócić do Irlandii, ale doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że obie już prowadzą własne życie. Przeszłości nie zmieni i woli utrzymywać się w przekonaniu, że wszyscy są zdrowi, a czas im mija o wiele spokojniej, niż gdyby w okolicy plątał się jakiś zarozumiały blaszak żyjący z bójek w barach.
Miłość: Powiedzmy to sobie szczerze: żadnego militarnego cyborga nie buduje się z myślą o życiu uczuciowym. Craig niejednokrotnie odniósł już wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za jego nowe ciało nie przypuszczali, iż kiedykolwiek przestanie służyć w wojsku. Całe szczęście osobowości mu nie zamienili na implant i mężczyźnie nadal zdarza się słyszeć od przypadkowo zaczepionych kobiet, że jest naprawdę miłym facetem. Żadna jednak nie bierze go na poważnie, to i on nie przejmuje się za bardzo tym co i komu mówi. To podrywacz, ale - niemal dosłownie - ,,hobbystyczny".
Aparycja: Standardowi cybernetyczni żołnierze nie różnią się między sobą. Przykładowego można opisać dosłownie jako ,,mechanicznego człowieka", jakby robota zbudowanego na perfekcyjne podobieństwo do ludzkiej anatomii. Craig z zewnątrz jest więc, mówiąc krótko, zbiorem mechanizmów i tłoków układających się na kształt ścięgien i mięśni, zawiasów w miejscu stawów oraz przykrywającego resztki działających organów grubego materiału, w dotyku przypominającego chropowatą skórę. W przypadku w pełni bojowych jednostek, w miejscach wyjątkowo narażonych na ciosy (jak klatka piersiowa, uda, przedramiona, barki i sama czaszka) umocowane są także płyty wytrzymałego pancerza. Twarz w większości przypadków najwyraźniej jest zbędnym dodatkiem, bo z reguły u cyborgów militarnych zastępuje ją płyta z otworami na wizjery. Tytani pod tym względem mają trochę lepiej od starszych ,,modeli": dolna szczęka jest osobną, ruchomą częścią, która porusza się, gdy cyborg coś mówi. Dodatkowo pancerną płytą na czole może poruszać w górę i w dół jak brwiami. To dosyć dziwny zamysł, biorąc pod uwagę fakt, że kompletnie nic nie wnosi do skuteczności. Wszystko prawdopodobnie zaplanowano tak, by jednostka prezentowała się w telewizji ładniej od swoich poprzedników. Irlandczyk jednak lubi myśleć, że projektant stojący za wyglądem Tytanów chciał im dać możliwość zachowania niektórych ludzkich odruchów. Wizjery również to ułatwiają, bo cyborg może je mrużyć na różne sposoby. Lena (wspomniana wcześniej Polka) nawet kiedyś uznała z rozbawieniem, że Leprechaun specjalnie nauczył się ,,uśmiechać" samymi oczami. Zawsze błyszczą zielonym blaskiem, w mroku widocznym nawet od wewnątrz w otwartych ustach. Z jakiegoś powodu jego górna ,,warga" jest rozcięta, przywodząc na myśl wargę kocią lub (zdecydowanie bardziej adekwatne porównanie względem charakteru) psią. Ciężko ocenić, czy był to zabieg seryjny dla całej jednostki, czy tylko na życzenie właściciela. Craig, zawodowo będący czarną owcą, zawsze musiał chociaż trochę odbiec od schematu. Tytani nie byli kropka w kropkę do siebie podobni. Jako mało liczna jednostka specjalna nie byli kolejnym fragmentem armii klonów, a ponieważ ich przeznaczenie zakładało działania bezpośrednie, w pełnym świetle dnia i bez żadnych podchodów, nikt nie przejmował się ich wyglądem. Mieli po prostu zrobić wrażenie, zarówno na wrogach jak i sojusznikach, dlatego gama kolorów pancerzy ciągnęła się głównie przez szarości do czerni, z akcentami barw imitujących metale szlachetne. Carraig dla przykładu jest w całości brudnoszary, a drobniejsze elementy i płyty pancerza są bladozłote. Możliwe, że przyczyniło się to do nazywania go ,,Leprechaunem", gdy ktoś skojarzył kolor z narodowością McReady'ego, bo to na pewno nie sprawka postury. Mężczyzna dodatkowo wygrawerował sobie ryczące lwie łby - lwice, dla ścisłości - po jednym nieco ponad oboma nadgarstkami. Wzory dodatkowo poprawił złotawą farbą, by były bardziej widoczne. Cyborg jest zbudowany niczym perfekcyjny, wszechstronny atleta, zdolny do poradzenia sobie z każdą dyscypliną olimpijską. I, wedle zamierzeń, potrafi wywrzeć spore wrażenie na ludziach, jeśli zechce. Czasem wystarczy, że pochyli się nad stolikiem w barze i wszyscy ustępują mu miejsca widząc sam cień. Craig jednak zdecydowanie częściej narzeka na swoją budowę niż z niej korzysta, bo znalezienie pasujących na niego ubrań graniczy z cudem. To nie tak, że czuje potrzebę wmieszania się między normalnych obywateli Czterech Miast. Leprechaun doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo wyróżnia się w tłumie. Wie też, że próby ukrywania tego czym jest są całkowicie pozbawione sensu. Rozciągnięte kurtki i jeansy (często trochę rozerwane na wysokości stawów) nosi wyłącznie z kaprysu, chcąc jedynie jeszcze bardziej wyróżniać się wśród sobie podobnych. Nie nosi żadnych butów, bo nie może ich szybko zrzucić w razie potrzeby. Jego garderoba zwykła zmieniać się dopiero wtedy, gdy ulegnie całkowitemu zniszczeniu, dlatego potrafi przez nawet dwa miesiące chodzić w tych samych ciuchach, zanim szwy kompletnie trafi szlag. Czasem psują się nawet szybciej - sam cyborg może być kuloodporny, ale sklepowa odzież zdecydowanie nie jest wykonana z kevlaru.
Charakter: Pierwsze wrażenie gra wielką rolę w zawieraniu znajomości. Nie ma co się przed tym wzbraniać - każdy instynktownie dokonuje wstępnej oceny drugiego człowieka po samym jego wyglądzie. To swoisty mechanizm obronny, który pozwala nam dostrzec potencjalne zagrożenie zanim stanie się... no, realnym zagrożeniem. To by wyjaśniało wszelkie trudności Craiga z zawieraniem nowych znajomości. Ludzie na niego patrzą i spodziewają się, że wielki metalowy facet albo szuka kłopotów, albo przyszedł je komuś sprawić. Nie da się ukryć - Leprechaun najlepiej wyglądałby przy bramce do bogatego klubu lub eskortując członków wyższych sfer, ale w jego przypadku pierwsze wrażenie bywa zgoła błędne. Cyborg wydaje się mieć tylko dwa tryby: potulnego olbrzyma i żywego czołgu, z czego pierwszy zdecydowanie dominuje w jego codziennym nastroju. Jeśli akurat nie jest wściekły, poznasz to po pierwszym wypowiedzianym zdaniu. Ba! Nawet po odgłosie - Craig często wybucha gromkim śmiechem widząc przerażenie na twarzach grupki nieznajomych, którzy nie mają pojęcia kim jest. Z takim ,,przedstawieniem się" niepokój szybko przechodzi w konsternację, a stamtąd w dwie strony, bo McReady'ego albo się lubi, albo nie. Ciężko nie mieć o nim żadnego zdania, gdyż mężczyzna uparcie będzie sobie wypracowywał jakąś opinię, z naciskiem oczywiście na tą pozytywną wersję. Jest typowym towarzyskim gościem, który nie potrafi wytrzymać zbyt długo w samotności, a gdy już sobie znajdzie kompana, to będzie gadał za pięciu. Jednych to irytuje, drudzy odpowiadają równie przyjaznym usposobieniem, a trzeci cieszą się z faktu, że ktoś ich wyręcza w rozmowie. Tu jednak w drogę wesołego cyborga wchodzi jego zwyczaj mówienia zbyt wielu słów w krótkim czasie. Zrozumienie McReady'ego wymaga czasem poproszenia go o powtórzenie ostatnich dwóch zdań. Za to jego znajomi z reguły wydają się już przyzwyczajeni do paplaniny i - niezależnie od tego, czy rozumieją o czym mówi - po prostu pozwalają mu się wygadać. Jakkolwiek źle by to nie zabrzmiało, właśnie po tym sporo osób poznaje w Craigu Irlandczyka, a niektórzy nawet sobie z niego na tym polu żartują. Całe szczęście w parze z poczuciem humoru chętnie chodzi dystans do swojej osoby i własnych wad. Craig jest świadom swoich problemów i w miarę możliwości próbuje się poprawiać... często nieskutecznie, ale przynajmniej intencje ma dobre. Mówi się, że wielu Tytanom odbiło już po kilku tygodniach bezczynności. Obeznani w temacie czasem bezpodstawnie gratulują Leprechaunowi, że sam wytrzymał tak długo, chociaż i on tak po prawdzie nie ma całkowicie równo pod kopułą. To, że nie urządzał bezmyślnych demolek nie znaczy, iż wszystko było z nim w porządku. Długi czas wymuszania na sobie ,,grzecznego zachowania" odbił się na nim po ucieczce do Megalopolis - mężczyznę drażni spokój i cisza. Po latach ciągłego szumu wokół swojej osoby, nagły bezruch sprawia, że po prostu go świerzbi, by narobić gdzieś hałasu. Przeprowadzka do głównej bazy w Elizjum była dobrym wyjściem, bo Craig, mając wokół siebie tyle podobnych mu osób, nie wydaje się już tak szybko nudzić jak niegdyś. Nadal jednak lepiej nie testować jego cierpliwości w warunkach domowych. Posiada jej sporo do dzieci, kobiet i kumpli, ale wszystko inne stoi w strefie ryzyka. A gdy już cyborg się wścieknie... cóż, powodzenia w szukaniu kogoś na tyle silnego, by przytrzymał go aż się uspokoi. Wspomniany wcześniej tryb ,,żywego czołgu" może równie dobrze pomóc, co zaszkodzić, w zależności od tego, kiedy McReady się na niego przełącza. Jego uderzenie mogłoby okazać się zabójcze w skutkach, ale facet na szczęście zdaje sobie sprawę z własnej siły i potrafi sam się opanować. Przyzwyczaił się już do faktu, że do rozwiązywania jego ,,codziennych problemów" wystarcza jeden cios. Gorzej mają z nim przedmioty martwe - nie bez powodu trzyma w pokoju kilka zapasowych worków treningowych, w razie gdyby już naprawdę potrzebował coś walnąć (,,To tak dla dobra ścian"). Mimo wszystko jednak ciężko się go bać, gdy już raz się przekonasz, z kim tak naprawdę masz do czynienia. To naprawdę miły i uprzejmy gość z wielkim sercem, który stara się jakoś radzić z własnymi problemami. Łatwo jest się z nim zaprzyjaźnić, niezależnie od wieku i osobowości, a, co za tym idzie, zyskać sobie osobistego obrońcę. Potrafi być zaskakująco delikatny, ale z przytulaniem go nadal powinno się uważać - może oddać trochę za mocno. Nie jest przesadnie inteligentny, tylko przesadnie silny, o czym lepiej nie zapominać.
Song themeMan on Fire - Oh The LarcenyBoomerang - Smash Into Pieces
Zarys przeszłości: Craig McReady, podobnie do każdego nastolatka, nie zastanawiał się zbyt usilnie nad tym, co będzie robił ze swoim życiem. Zawsze skupiał się na swoich obecnych problemach, które rzadko wybiegały poza okręg domu i szkoły. Jego głównym zmartwieniem przez długi czas było pogodzenie nauki z pasją. Był jednym z tych dzieciaków, które wydawały się być urodzone do uprawiania sportu. Świetnie radził sobie w konkurencjach lekkoatletycznych, ale żeby móc trenować, musiał nie mieć problemów z ocenami. A takowe zdarzały mu się wyjątkowo często. Chłopak nie wybiegał myślami daleko naprzód i przejmował się wszelkimi sprawdzianami dopiero dzień przed, a to raczej nie najlepsza motywacja do nauki. Nauczyciele mimo wszystko go lubili - głównie przez fakt, że wbrew pozorom wykazywał się większą dojrzałością od rówieśników.
    Wszystko dlatego, że Craig pracował na dwa etaty: w szkole dawał z siebie wszystko, by nie zawieźć trenera i wychowawcy, a w domu solidnie wykonywał obowiązki starszego brata. I w tym drugim polu musiał pracować właściwie ponad normę. Odkąd tylko urodziły mu się siostry, Craig obiecał rodzicom, że będzie o nie dbał, ale nie spodziewał się, iż mając dwanaście lat będzie już musiał zastępować im oboje rodziców. Ojciec i matka kładli spory nacisk na swoje kariery zawodowe. Nie planowali trójki dzieci (planowanie rodziny brzmi prosto tylko na papierze), ale jednak liczyli, że nie zniszczy im to dalekosiężnych planów. Nie zrozumcie mnie źle - chcieli dla nich dobrze, w końcu zarabiali na prostszą przyszłość dla syna i córek. Jednakże z punktu widzenia dziecka, na którego głowie nagle znalazło się wychowanie dwójki innych dzieci, taki układ wydawał się po prostu nie fair.
    Plusem całej sytuacji był zdecydowanie wpływ młodszego rodzeństwa na Craiga. Opieka nad dziewczynkami nauczyła go odpowiedzialności i wymogła wiele cierpliwości, ale dzięki temu rodzeństwo bardzo mocno się ze sobą zżyło. Wyjaśniałoby to też, dlaczego w wieku szesnastu lat McReady nucił podczas treningów piosenki Disneya. Pomagał też koleżankom z klasy pleść warkocze po wf-ie, czego koledzy w liceum - po latach ubawu - zaczynali mu zazdrościć. Można uznać, że już wtedy znał się na kobietach jak nikt inny.
    Oczywiście z wiekiem do nastoletniej głowy wpadało coraz więcej drażniących myśli. Liceum było dla Craiga wyjątkowo ciężkie. Treningi kolidowały z nauką, nauka z siostrami, a siostry z treningami. McReady szczerze nie ma pojęcia, jak przez to przeszedł, ale gdy na horyzoncie zamajaczyła wizja udania się do koledżu, czuł niejaką ulgę. Uświadomiło mu to jednakże dosyć istotną sprawę: nie posiadał planów na życie. Dostanie się na uniwersytet nie byłoby dla niego problemem ze stypendium sportowym, ale chłopak zaczynał wątpić, czy jego miejsce było właśnie na takim czy innym stadionie. Doskonale wiedział, że profesjonalna scena sportowa nie jest tak kolorowa, jak mu wpajano w podstawówce, a już zwłaszcza lekkoatletyka. Niestety ze swoimi ocenami nie powinien marzyć o stopniu naukowym, nie czuł też zbyt wielkiej chęci by iść w tym kierunku. Odpowiedź przyszła nagle i wydawała się (przynajmniej jemu) genialna.
    Swoją decyzję ogłosił rodzicom na wspólnej kolacji. Chyba powinien się spodziewać, że matka niemal udławi się łyżką zupy na wieść, że jej syn chce iść do szkoły oficerskiej.
    Tego wieczoru nawet siostry Craiga nie były w stanie prędko zasnąć. Kłótnia trwała jeszcze długo po kolacji. Pani McReady odpuściła jako pierwsza, ale jej mąż ani myślał pozwolić synowi ruszyć do wojska. Jak się można domyślić, po całym zajściu chłopak długo nie potrafił już wytrzymać w domu. Wyniósł się kilka dni później, gdy pozałatwiał w rodzinnym mieście wszystkie sprawy i resztę swoich ostatnich wakacji w życiu przenocował u kumpla.
    Jakieś dziesięć lat później Craig ,,Leprechaun" McReady był już umowną prawą ręką dowódcy Tytanów. Jednostka była najnowocześniejszym i ostatnim wynalazkiem cybernetycznych sił zbrojnych, działając mniej więcej w tym samym czasie co ostatni Stalkerzy. Bez wątpienia w całej historii cyborgów w międzynarodowych siłach zbrojnych to właśnie o oddziale Carraiga było najgłośniej. Tytani oddziaływali na wynik konfliktów jeszcze przed przyłożeniem do nich ręki. Wieść o zbliżających się niezniszczalnych żołnierzach siała strach, a pokazy siły czasem nawet wystarczały, by przekonać tych bardziej inteligentnych do złożenia broni. Sam Craig - oraz pewnie paru innych żyjących jeszcze cyborgów - wyniósł jednak z tego okresu coś więcej niż sławę. Mężczyzna świetnie się czuł w swojej roli, bo wiedział, że zastępuje dziesięciu chłopa, z których prawdopodobnie przeżyłby tylko jeden. Czuł się... spełniony. Na jego oczach odwracały się losy ludzi, kończyły konflikty, świat się zmieniał... a on i reszta Tytanów przyłożyli do tego rękę.
    Ale, jak nam dobrze wiadomo, nic co dobre nie trwa wiecznie. Bo gdy na jednej szali stawiano sukcesy jednostki, z drugiej kładziono ich konsekwencje, silnie odczuwane przez przegraną stronę. Nie dało się ukryć: każdy Tytan z osobna był niesamowicie niebezpiecznym narzędziem. Jakby i tego było mało, do zakończenia projektu przyczyniły się wszystkie afery z udziałem cyborgów paramilitarnych, w tym wspomnianych wcześniej Stalkerów. Wszelkie organizacje humanitarne i stronnictwa polityczne szukające wyborców szybko wykorzystały je jako argumenty do kampanii antywojennych. Czy tego chcieli czy nie, super żołnierze stracili jedyną legalną pracę, do której się nadawali.
    Nie do końca wiadomo, co stało się ze Stalkerami. Craig miał co do tego tylko niezbyt przyjemne przeczucia, ostatecznie potwierdzone po spotkaniu z Danielem, ostatnim ocalałym z tej grupy. Tytani cieszyli się o wiele przyjemniejszą reputacją, która uratowała ich od losu ,,krewniaków". Pozwolono im po prostu odejść, ale zabroniono zniknąć - od tamtej pory każdy aktywny cyborg trafił pod ścisły nadzór. Wojsko reagowało natychmiastowo, gdy tylko któryś z nich zaczynał rozrabiać lub plątać się w szemrane interesy. Leprechauna nie dziwiło postępowanie przyjaciół. Czuł to samo co oni: nudę, gniew... czuł się bezużyteczny. Jakby był koniem wyścigowym, którego zaprzęgnięto do pługu. Normalne życie nie było dla żadnego z nich. Ale Craig nie był w stanie nic z tym zrobić, gdy nadal czuł, że wszystko go obserwuje i czeka na pretekst, by go aresztować. Ba! Władze mogłyby to zrobić bez takowego, a facet nic by nie zrobił w obawie, że skończy na stole operacyjnym jak już niemal wszyscy jego kumple. Musiał zniknąć. Nie widział innej opcji.
    Szczury, jakkolwiek źle by o nich nie mówić, niejako go uratowały.
Oficjalnie: Lokalny rozrabiaka i stały klient kilkunastu barów w okolicy. Pod tym względem zna się na planie miasta doskonale, nawet jeśli nie wpada nigdzie, by się napić. Od niedawna został zmuszony do dzielenia lokali na te, z których jeszcze go nie wyganiali i te, które zapamiętają złoto-szarego cyborga na długi czas. Większość mieszkańców Elizjum nie zna go z imienia, ale przynajmniej jedna czwarta kojarzy jego twarz (czy też bardziej posturę). Jest niestety na tyle charakterystyczny, że nie powinien szukać sobie legalnej pracy... nawet jeśli Fera uważa, iż świetnie wyglądałby kosząc żywopłoty w parku.
Rola w gangu: To chyba najlepszy wybór na ochroniarza, jeśli potrzebujesz kogoś z miejsca wystraszyć. Po prostu każ mu się nie odzywać, założyć ręce na piersi i sam jego widok zrobi swoje. Oczywiście bywa użyteczny nie tylko gdy ładnie wygląda - potrafi zrobić sporo zamieszania i wyjść z tego cało. Nie trzeba go dwa razy prosić o skuteczną dywersję. A ponieważ niewiele rzeczy jest w stanie mu naprawdę zagrozić, nie musisz się nawet o niego martwić. Leprechaun zawsze wraca do bazy, z przysłowiowym szerokim uśmiechem na ustach.
Umiejętności: Podsumowując cały zakres możliwości McReady'ego, jego niezwykłość sprowadza się tak naprawdę do jednej właściwości: cyborg jest praktycznie niezniszczalny. Zarówno płyty jak i rozciągający się między nimi syntetyk są całkowicie kuloodporne, co już daje Craigowi spore pole do manewru w przestępczej działalności. Nawet celowanie w wizjer czy otwarte usta w niczym nie pomoże. Tytana jest w stanie zniszczyć tylko ciężka broń przeciwpancerna, wszystko mniejszego kalibru po prostu się od niego odbije. Nie znaczy to jednak, że uwielbia być poddawany próbom rozerwania na strzępy. O ile dziewięciomilimetrowa kula z pistoletu nawet nim nie poruszy, o tyle długa seria z ciężkiego karabinu już może go przewrócić. To mało bolesne, ale wyjątkowo frustrujące. Podobnie z eksplozjami - Craig przeżył już kilka takich z bliska i zdecydowanie nie jest fanem fal uderzeniowych. Sprowadza to do teorii, że Leprechauna nie da się zniszczyć, a jedynie powstrzymać, dopóki masz na to amunicję. Wytrzymałość cyborga nie ogranicza się jedynie do broni palnej. Jest odporny także na materiały żrące (które okazały się słabością poprzedniej serii metalowych żołnierzy), ciężko też się przez niego przepalić, chociaż w tym wypadku stara się wyjątkowo uważać. Nie straszny mu dym i gaz dzięki filtrom powietrza. Ratuje go to także częściowo przed utonięciem: jest w stanie przetrwać pod wodą znacznie dłużej od normalnego człowieka, ale, jak się można spodziewać, z takim ciałem raczej ciężko się szybko wynurzyć. Nic dziwnego, że nieustraszony Tytan nie chce mieć wiele wspólnego z głębokimi zbiornikami. W parze z mechanicznym wspomaganiem logicznie idzie także spora siła. Przebicie się przez ścianę nie jest dla Craiga wielkim wyzwaniem, podobnie zatrzymanie jadącego samochodu (chociaż udawanie blokady drogowej jest zdecydowanie mniej zabawne). Nie jest fanem jakiejkolwiek broni. Do wszystkiego wystarczają mu dłonie, względnie pięści. Może i nie jest niesamowicie inteligentny, ale nie bije wszystkiego na ślepo. Jeszcze zanim zrobiono z niego cyborga potrafił się dobrze bić, więcej myśląc niż tłukąc. Dodatkowo jest całkiem dobrym instruktorem do walki wręcz. Partnerem sparingowym już nieco gorszym - nawet jeśli nie możesz mu zrobić poważnej krzywdy, metalowe płyty to nie najlepszy materiał do ćwiczenia ciosów.
Przyjaciele: Już zanim zdecydował się dołączyć do Szczurów trzymał dobry kontakt z Heleną. Ma wobec niej spory dług wdzięczności. Poza tym, całkiem dobrze się dogadują.
Wrogowie: Usilnie nie szuka sobie żadnych wrogów. Nigdy nie prosił się o rozwiązywanie jego jednostki, całodobowy nadzór oraz etykietę tykającej bomby. Dodatkowo trafienie na jego złą listę jest trudne i po prostu nieopłacalne. Jeśli ktoś go nie lubi, to najczęściej jest to jednostronna relacja.
Autor: Nyan Cat

piątek, 27 lipca 2018

Po przeprowadzeniu licznych testów i zakrojonych na szeroką skalę badań, stwierdzili, że jestem normalny i są w kropce. I ja, i oni wiemy, że tak naprawdę nikt nie jest normalny.

Yoshimitszu
Imię: Rawiri. Facet nie ma żadnych problemów ze swoim imieniem, a nawet wręcz przeciwnie – uwielbia je. Nie tylko dlatego, że trudno trafić na podobne na ulicach Megalopolis, bo bądźmy szczerzy: Ilu Maorysów zostaje przy swoim oryginalnym imieniu i nie zmienia go na angielski odpowiednik? Niewielu. Dlatego właśnie Rawiri nie zamierza się przedstawiać inaczej. Jego imię przecież oznacza ,,Kochanego przez wszystkich", więc coś w tym musi być, prawda? Tak przy okazji... Gdyby chciał poudawać Anglika, jego imię brzmiałoby ,,David". Nudno i nieciekawie. Po ulicach włóczy się zdecydowanie więcej Davidów niż Rawirich. Czasem dla żartu przedstawia się jako Dave, ale zwykle tylko w momentach, gdy potrzebuje chociaż częściowej anonimowości. Niewielu ludzi wpada na pomysł, by szukać odpowiedników imienia w innych językach, więc zwykle mu się udaje. Nie mniej zawsze preferował zwracanie się do niego normalnie i pełnym imieniem, bo o skróty ciężko – najbardziej sensownie jest chyba Raw albo Iri.
Nazwisko: Kerehoma – prosto i sensownie. W ramach ciekawostki językowej, której połowa trafiła już wyżej... Rawiri Kerehoma jest dokładnie tym samym co angielski David Designer. Jednak z zasady nazwiska nie powinno się tłumaczyć.
Pseudonim: Tumatauenga, czyli maoryski bóg wojny i polowania. Rawiri ma świadomość tego, że niektórych ludzi podobnie skonstruowane słowo zniechęca nawet do próby przeczytania. Ani jego wina, ani tym bardziej problem, chociaż nauczył się jednak proponować, by skracać sobie imię boga do Tu. Jest to o tyle sensowne, że całe Tumatauenga oznacza po prostu ,,Tu o gniewnej twarzy". Zresztą i tak sobie takiego pseudonimu sam nie nadał. Po prostu w pewnym momencie ktoś korzystający z jego usług go tak nazwał, a reszta potencjalnych klientów podłapała. Jemu też się spodobało, więc Tu został z nim prawdopodobnie na stałe.
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 32 lata. Jednak ostatnie sześć lat ma niemal całkowicie wymazane z życia. W więzieniu każdy dzień zlewa się w jedno i to samo, więc łatwo stracić orientację. Jedynie zmieniająca się data pomaga zorientować się ile czasu już minęło i tylko stąd Rawiri wie, że spędził za kratkami niemal dokładnie sześć lat.
Rasa: Jest człowiekiem, nawet jeśli rodziny jego ofiar sądzą inaczej. Wielu ludzi szczerze powątpiewa w jego człowieczeństwo, ale Tu tylko wzrusza ramionami. Przecież wie swoje, a to czy inni mu wierzą czy nie to ich indywidualna sprawa.
Narodowość: Aotearoa – Kraj Długiej Białej Chmury. Innymi słowy kolejne państwo na końcu świata.
Obywatelstwo: Nie zdążył dostać żadnego. Cała jego kariera w Megalopolis zakończyła się tuż po zejściu na płytę lotniska. Mały oddział policjantów już czekał z kajdankami, by go zgarnąć. Ale zawsze chciał ubiegać się o obywatelstwo w Elizjum, więc załóżmy, że właśnie tam by trafił. 
Rodzina: Mieszka spokojnie w Nowej Zelandii i pewnie nadal zachodzi w głowę, gdzie popełnili błąd. Zwłaszcza babcia, która raczej widziała swojego wnuczka po drugiej stronie prawa. Na szczęście Rawiri nie był jedynym dzieckiem w rodzinie Kerehoma. Jego starszemu bratu – Rongo – bardziej się udało i ostatecznie został prawnikiem. Trudno przewidzieć jak bardzo przeszkadza mu w pracy sława braciszka i  czy faktycznie nadal się tym zajmuje, ale Rawiri długo nie mógł sprawdzić, co słychać w rodzinnym domu. Jedno jest pewne – przysyłane do więzienia paczki świadczą o tym, że miałby do czego wrócić. Inna sprawa, że nigdy tego nie zrobi. Niczego nie żałuje i gdyby mógł cofnąć czas w swoim życiu zmieniłby tylko ten głupi błąd, który go zdradził, ale na pewno nie spojrzałby w oczy ojcu. Tak jak jest, jest dobrze. Chociaż szczerze mówiąc trochę brakuje mu jego dobermana Haurangiego. Staruszek pewnie jako jedyny szczerze cieszyłby się na jego widok...
Miłość: Hmmm... Jest w gangu ktoś, kto wpadł mu w oko. Rawiri jest jednak przekonany, że nic z tego nie będzie. A w każdym razie na pewno się zdziwi, gdy okaże się inaczej. Zwłaszcza patrząc na to jak kończyły się wszystkie jego poprzednie związki. Cóż, Tu nie jest typem faceta, który mógłby mieć każdą.
Aparycja: Istnieją ludzie, których raczej nie podejrzewa się o nic złego. Żyją sobie spokojnie, pozwalając okolicy wierzyć, że są absolutnie niewinni i nic złego się w ich towarzystwie nie stanie. Oczywiście są to również przykładni obywatele, zawsze czyści i pachnący, którzy mają swoją poważną i odpowiedzialną pracę oraz kochające rodziny w domu. Całe szczęście, że nie dotyczy to Tumatauengi. W każdym razie wpasowuje się w opis jedynie wtedy, gdy idzie się tuż za nim zatłoczoną ulicą. Luźne ubrania skutecznie sprawiają, że Rawiri wydaje znacznie drobniejszym niż jest w rzeczywistości. Chyba tylko z tego powodu na zewnątrz niemal nigdy nie rozstaje się ze swoją szarą kurtką z szerokim kołnierzem. Mężczyzna miał jeszcze do niedawna aż nadto wolnego czasu i niewiele sposobów, by zabić nudę, więc dużo ćwiczył, czego efekty widać gołym okiem. Gdyby tylko Tu częściej rozpinał całkowicie obie warstwy kurtki, żeby pochwalić się światu wyrzeźbioną sylwetką... Prawdę mówiąc dość często zdarza mu się narzucać tę kurtkę bezpośrednio na gołe ciało. Klimat temu sprzyja. Rawiri z pewnością jest bardziej charakterystyczny niż większość ludzi. Wiadomo, wiele mówi się, o tym, że każdy jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, ale jak wypada to w prawdziwym życiu? Ano właśnie: istnieje moda, która sprawia, że mnóstwo ludzi wygląda albo identycznie, albo bardzo, bardzo podobnie. Istnieje też oczywiście grupka, która żyje tylko po to, by się wyróżniać. Tumatauenga nie należy do żadnej z tych grup. Nie zamierza dopasowywać się całkowicie do zwykłych ludzi, ale też nie próbuje na siłę zaznaczyć swojej odmienności. Co czyni go... nieprzeciętnie przeciętnym albo przeciętnie nieprzeciętnym? Trudno powiedzieć, zawsze był troszeczkę inny niż wszyscy. Nigdy nie rozstaje się z zawieszonym na szyi talizmanem Hei Matau. Przypomina on niewielki hak to łowienia ryb i tradycyjnie wyrzeźbiony został z prawdziwej kości. Hei Matau wyobraża siłę, szczęście, a także pomyślną podróż przez wodę i Rawiri jest pewien, że talizman jeszcze nigdy go nie zawiódł. Co więcej, wyrobił sobie nawyk sięgania do niego i sprawdzania czy wisi na swoim miejscu. Przyzwyczaił się do znajomego ciężaru do tego stopnia, że zdejmując go choćby na chwilę czuje się nieswojo. Wygląda jak typowy, klasyczny Maorys z odpowiednimi rysami twarzy, prostym nosem i odpowiednio mocną posturą. Ma trochę ciemniejszą karnację i ciemnobrązowe, niemalże czarne oczy. Jest brunetem, to nie podlega wątpliwościom. Kiedyś włosy sięgały mu do ramion, ale obecnie są wygolone niemal do samej skóry i odrastają po więzieniu. Jednak Rawiri raczej nie będzie ich już zapuszczał do dawnego stanu. Tak jest mu wygodniej i bezpieczniej. Poza tym nosi na twarzy prostą maskę, która swoim brakiem nosa przywodzi na myśl bardzo uproszczoną, szarą czaszkę. Trudno powiedzieć czy na pierwszy rzut oka bardziej przypomina drewno czy metal, ale Iri zupełnie o to nie dba. Wystarczy mu fakt, że ubiera swoją maskę tylko do pracy. Nie od dziś przecież wiadomo, że to, co nie ma twarzy jest znacznie straszniejsze, a puste, czarne oczodoły nigdy nie patrzą na ofiary inaczej niż z beznamiętną obojętnością. Jednak kiedy Rawiri zdejmuje maskę, niektórzy ludzie długo nie mogą przestać się mu przyglądać. Twarz Kerehomy jest w całości pokryta tradycyjnymi tatuażami maoryskimi. Co ciekawe każdy z nich ma znaczenie, o czym Rawiri opowiada naprawdę długo, drobiazgowo i – co najważniejsze – z dumą. Wypadałoby więc i tutaj wyjaśnić czym  tak właściwie są i dlaczego sprawiają wrażenie aż tak ważnych. Otóż w kulturze Maorysów każdy tatuaż jest formą sztuki, a głowa uważana jest za najbardziej świętą część ciała. Dlatego złożone ze spiralnych kształtów i zakrzywionych linii tatuaże na twarzy noszone są z ogromnym szacunkiem i traktowane jako świętość. Żeby pozwolić sobie na taką ozdobę należy spełnić szereg warunków i odpowiednio się przygotować, ale to nie jest aż tak istotne. Rawiri już dawno ma to za sobą, więc nie ma powodów do tego wracać. Więcej wzorów już i tak by mu się nie zmieściło. Najważniejsze jest to, że tatuaże są indywidualne dla każdego oraz równoznaczne z wejściem w dorosłość, a Iri swoje oszukał. Powinny oznaczać prestiż, władzę i pozycję społeczną. Tumatauenga nie ma żadnej z tych wartości, ale lubi myśleć, że jest inaczej. Każdy jeden tatuaż ma swoją własną, konkretną nazwę i odpowiada za inny aspekt życia. I tak wymieniając je kolejno, należałoby najpierw wspomnieć o dwóch trójkątnych obszarach po obu stronach czoła, które nazywają się ngakaipikirau – Rawiri przywykł już do tego, że poza nim nikt tego nie wymawia – i oznaczają status oraz fakt, że swoją pozycję odziedziczył po przodkach... Może gdyby jednak został tym policjantem albo lekarzem miałby szansę zasłużyć... Kolejne tatuaże ma nieco niżej nad brwiami i wskazują one na pozycję życiową. Nazywają się ngunga i prawdę mówiąc te akurat przysługiwały mu tak czy siak. Jeszcze niżej rozciąga się uirere, który obejmuje obszar od kącików oczu i bocznej części nosa, a kończy się na linii koniuszka nosa. Odpowiada za przynależność plemienną. Trochę za uirere znajduje się uma – obszar ciągnący się od skroni do środkowej części ucha. Jest to tatuaż o tyle interesujący, że dla obeznanego z tematem człowieka naprawdę wiele zdradza. Można z niego wyczytać informacje o pochodzeniu ojca i matki, a także dowiedzieć się czy dana osoba pochodzi z pierwszego czy drugiego małżeństwa i o zmianach statusu społecznego. Poniżej umy i uirere od koniuszka nosa do linii ust rozciąga się obszar raurau – znaku charakterystycznego danej osoby – z którego Rawiri jest najbardziej dumny. W końcu to zupełnie jego wzór, więc niczego nie musiał udawać. Zwłaszcza, że maoryskie tatuaże wykonywane są ,,na wymiar", po dokładnym przestudiowaniu rysów twarzy zainteresowanego. Taihou, który oznacza zawód, natomiast leży pomiędzy raurau, środkiem policzka i linią szczęki. Z kolei wairua znajduje się pod dolną wargą i nie wychodzi poza linię ust – jest statusem społecznym. Ostatnim z tatuaży na twarzy jest taitoto, leżący na krawędzi szczęki. To przywileje przysługujące z urodzenia. Więcej tatuaży na głowie Iri nie posiada. Ma natomiast wytatuowane obie ręce od łokci w górę. Tatuaże te rozlewają się na jego barki i pierś, ale nie przenikają się ze sobą. Poza tym ma u dołu pleców wzór przedstawiający słońce stylizowane tak, żeby pasowało do reszty. Każdy jeden tatuaż zdobiący ciało Kerehomy jest jednolicie czarny. To z pewnością jedna z jego najbardziej charakterystycznych cech, bo trudno spotkać kogoś, kto zdecydowałby się na podobne przyozdobienie skóry. Poza tym Rawiri nie ma zbyt wiele do chwalenia się. Czasami lekko utyka na prawą nogę, bo ratując się ucieczką z obławy został postrzelony i coś najwyraźniej nie zagoiło się zupełnie dobrze. Zwykle nie widać, że jest kulawy, a Iri przyzwyczaił się już do lekkiego rwania na tyle, że sam tego nie zauważa, ale dłuższe spacery czy bardziej wymagające aktywności sprawiają, że nie tylko on sam zaczyna zauważać różnicę, ale dostrzega ją także cała okolica.
Charakter: Rawiri jeszcze chyba nigdy nie zrobił dobrego pierwszego wrażenia. Wygląda jak wygląda, więc wielu ludzi stara się ominąć go szerokim łukiem. Poza tym nie zwykł traktować każdego nowo poznanego człowieka jak przyjaciela. Mężczyzna wydaje się być dość ponurym i nieprzyjemnym. Na szczęście to tylko element wizerunku Tumatauengi. Tu musi być wypranym z uczuć, odizolowanym od innych monstrum, jeśli chce być wiarygodny. Jego klienci uważają to za przejaw profesjonalizmu, a Tu bardzo dobrze zna rynek i doskonale dopasowuje się do jego potrzeb. Wygląda jak kryminalista, więc tak też się zachowuje. Prywatnie Rawiri jest całkiem w porządku. Jeśli już kogoś nie odstraszy i uda mu się go polubić, okazuje się, że w zasadzie nie ma się czego bać. Rawiri nie jest przecież chodzącym stereotypem i nie rzuca się z nożem na wszystko co się rusza. Poza tym potrafi być rozbrajająco szczery i nie uznaje tematów tabu. Wystarczy spytać go o którąś z jego ofiar, a szczegółowo opisze okoliczności jej śmierci. I jeszcze zrobi to z szerokim uśmiechem, bo w tej kwestii jest z siebie naprawdę dumny. W zasadzie z Irim można rozmawiać niemalże o wszystkim. Nie jest może duszą towarzystwa, ale siedzenie samemu szybko go nudzi. Nigdy nie ukrywał tego, że jest sadystą, ale nie padł ofiarą swojego skrzywienia. Nie musi krzywdzić ludzi regularnie – praca w zupełności mu wystarcza. Na pewno wielkim atutem kreatywność. Co prawda nie czyni ona z Iriego wielkiego artysty, ale dzięki temu nigdy nie brakuje mu pomysłów. Jest przy tym naprawdę wesołym facetem, chociaż rzucanie dowcipami raczej nie jest jego mocną stroną. Jednak nie jest takim doskonale łagodnym kolegą, z którym da się porozmawiać zawsze i o każdej porze. Rawiri szybko się wścieka. Niby równie szybko mu przechodzi, ale i tak niebezpiecznie jest być obiektem jego furii. Nienawidzi, gdy coś nie idzie po jego myśli, a wiele problemów rozwiązuje siłą. Jest gwałtowny i impulsywny, a przy tym samokontrolę uznaje tylko przy okazji pracy. Tu naprawdę potrafi się skoncentrować, jeśli tego chce i potrzebuje. Przez długi czas intensywne myślenie było jedną z niewielu jego rozrywek, więc opanował sztukę wyrzucania z głowy wszystkich niepotrzebnych myśli. Rawiri przejmuje się niewieloma rzeczami i nie przepada za robieniem czegokolwiek, co jest mu zbędne. Od bezinteresownej pomocy są inni, a Iri ma swoje zajęcia. Swojego egoizmu nauczył się w więzieniu, bo z domu rodzinnego na pewno go nie wyniósł. Dopiero za kratkami przestali go obchodzić ludzie dookoła i uznał swoje dobro za nadrzędne. Dlatego mając wybór na pewno wskaże na siebie i ewentualnie, jeśli okoliczności będą sprzyjać, zdecyduje się wspomóc kogoś. Jest prostym facetem, nawet jeśli niewielu ma ochotę zgłębiać jego sposób myślenia. Rawiri zawsze był bezpośredni, a przy tym aż kretyńsko odważny. Ma swoje zdanie i tylko ono go interesuje, a jeśli ktoś myśli inaczej to jego sprawa. Kerehoma nie szuka usilnie konfliktu, ale sprzeczki wcale mu nie przeszkadzają. Przeciwnie wręcz – to zawsze jakiś zastrzyk adrenaliny, a Rawiri naprawdę ją lubi. Jednak drażnienie się uważa za marnowanie energii. Zwłaszcza, że raczej nie powinien próbować szukać sobie wrogów wśród Szczurów. Po coś go z więzienia wyciągnęli, a znacznie lepiej się współpracuje, gdy atmosfera jest dobra. Przecież i tak jest skazany na życie w kryjówce, a na powierzchnię może wychodzić sporadycznie i z zachowaniem najwyższej ostrożności. Takie to już jest życie zbiega. Póki widnieje w bazie danych więzienia raczej nie ma szansy na beztroskie życie w miastach.
Song theme: You're Insane – Escape The Fate
Zarys przeszłości: Pomieszczenie było przeraźliwie jasne, choć bardzo skromnie umeblowane. No dobrze, w zasadzie cały wystrój wnętrza stanowiły dwa krzesła oraz stół ustawione pośrodku i przykręcone do betonowej podłogi grubymi śrubami. Na stole ktoś położył przekonujący stos papierów, obcęgi i kościaną igłę. Rawiri miał mnóstwo czasu, by przyjrzeć im się dobrze zanim ktokolwiek zaszczycił go obecnością. W zasadzie to zaczął się nawet nudzić i – nie mając absolutnie żadnego pomysłu na to, co zrobić z rękami – postanowił pobawić się łańcuchem łączącym metalowe kajdany na jego nadgarstkach ze spodem stołu. Obcęgi nie były jego – poznałby je od razu, ale wiedział czemu miały służyć. Igły natomiast był pewien, bo naprawdę rzadko miał okazję widywać podobne.
     W końcu drzwi otworzyły się i do środka wszedł elegancko ubrany, nijaki mężczyzna. Usiadł na krześle naprzeciwko i uśmiechnął się brzydko. Rawiri odpowiedział mu podobnym grymasem.
     – Rawiri Kerehoma – zaczął tamten – lat dwadzieścia osiem. Urodzony o godzinie czwartej pięćdziesiąt trzy dnia piątego lipca w Whakatane w Nowej Zelandii. Drugi syn Maraei i Tamatiego Kerehomów, a także brat starszego o sześć lat Rongo Kerehoma i młodszej o dwa lata Hinewai Kerehoma. Absolwent szkoły...
     – Znam swoją biografię – przerwał mu obojętnie. – Jeśli nie piszesz o mnie książki, przejdź do rzeczy.
     Ile czasu już tutaj siedzisz?
     Maorys tylko wzruszył ramionami, nadal uśmiechając się krzywo.
     – Dokładnie dwa lata i cztery miesiące. Zostałeś skazany za morderstwo z premedytacją, serię włamań...
     – I kanibalizm. Wiem. Wyciągnąłeś mnie z celi po to, żeby się pochwalić wiedzą na mój temat?
     – Nie. Wyciągnąłem cię z celi, ponieważ pozwolono mi zweryfikować pewne fakty.
     – Mianowicie?
     Elegancki mężczyzna sięgnął do stosu dokumentów i wyciągnął gdzieś z dołu teczkę, która na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniała. Otworzył ją i rozłożył na blacie zdjęcia młodej kobiety.
     – Georgia Baxter – stwierdził Rawiri. – Stary, ty wiesz kiedy to było?
     – Siedem lat temu, zgadza się? Pierwszy rok studiów medycznych?
     – Byliśmy razem w grupie. Siedziała kilka rzędów przede mną i bez przerwy zadawała jakieś pytania. Miała pecha, bo przyszła po notatki w nieodpowiednim momencie. Poza tym i tak była brzydka.
     – I dlatego musiała umrzeć?
     – Nie, nie musiała. Nikt z nich nie musiał. Części z nich nawet nie chciałem zabijać, ale ostatecznie wyszło jak wyszło. Georgia była pierwsza, a potem już jakoś poszło. I wcale nie była najtrudniejsza.
     – Więc kto?
     – Peyton Alston, cztery lata temu. To było dopiero wyzwanie...
     – Dlaczego?
     – Jakimś cudem dowiedział się, że po niego idę i zabunkrował się w piwnicy. Sforsowanie drzwi zajęło wieki, w tym czasie wróciła rodzina...
     – I wpadłeś?
     – Nie. Wtedy jeszcze nie. Odpuściłem sobie i wróciłem po kilku tygodniach, ale tego też się spodziewał. Wyskoczył mi przez okno na piętrze swojego domu, łamiąc nogę. Kiedy dopadłem go na trawniku okazało się, że miałem świadka. Musiałem więc zabić też tamtą starszą sąsiadkę... panią Powell? Dobrze pamiętam?
     – Rose Powell.
     – Dokładnie. Wtedy pomyślałem, że muszę mieć maskę.
     – Ty... Współpracujesz ze mną? Dlaczego?
     – I tak mam już wyrok. Nie wyjdę stąd do końca swojego pochrzanionego życia, więc co tracę? Tylko trochę czasu. Niczego nie żałuję. Gdybym mógł przeżyć swoje życie jeszcze raz, zrobiłbym to samo. I wiesz, stary, naprawdę lubię o tym gadać.
       – Jeśli tak stawiasz sprawę, zadam ci jeszcze parę pytań. Na początek w jaki sposób wybierałeś kolejne ofiary?
      – Nie wybierałem ich. Robiłem to dla kasy. Praktycznie od zawsze.
      – Czyli byłeś tylko narzędziem, tak?
     – Wolę, kiedy nazywają mnie artystą. Nie jestem wcale taki głupi. Nie wypełniałem bezmyślnie poleceń. To były raczej propozycje, na które mogłem, ale nie musiałem się zgodzić. Jeśli zlecenie mi się podobało i miałem pomysł, przyjmowałem je i realizowałem. Nie ma w tym żadnej głębokiej filozofii.
     – Za Georgię Baxter nikt ci nie zapłacił.
     – To prawda. Ale jej śmierć miała większy sens. Przecież musiałem jakoś udowodnić potencjalnym klientom, że jestem w stanie zabijać. Nikt by mi nie zapłacił, gdyby nie miał pewności, że jego problem nie zniknie. A ja zabiłem własną koleżankę.
     – Czyli kolejna ofiara była już zleceniem?
     – Elsie Young? Tak, była. Jakiś rozwydrzony bogaty dzieciak posunął się o krok za daleko i mnie wynajął. Wiesz... Nie byłem nikim znaczącym na rynku, więc nikt ważny i tak nie zwróciłby na mnie uwagi, a ja naprawdę potrzebowałem tej reputacji. Musiałem wyrobić sobie markę.
     – Pamiętasz każdą swoją ofiarę?
     – Bez wyjątku. Imię, nazwisko, wiek, adres, najważniejsze wydarzenia z życia i trochę innych, ciekawych informacji. To dobrze działa. Przychodzę, zaczynam mówić, a oni już wiedzą, że wiem o nich za dużo. Boją się tego. To tak jakby ktoś nagle obrócił przeciwko tobie całe twoje życie. Dlatego uczę się każdej swojej ofiary. Muszę wiedzieć jak ją podejść. Brzmi znajomo, co?
     – Nadal nie rozumiem dlaczego to robisz.
     – Dla przyjemności. To satysfakcja i euforia. Uwielbiam zabijać. Ale wiesz co jest jeszcze lepsze?
     – Co?
     – Oczekiwanie. Przygotowanie tych najgłośniejszych morderstw pokroju Cynthii Allison czy Jarretta Johna trwało niewyobrażalnie dużo czasu. Miałem masę czasu, żeby przemyśleć kilka razy każdy swój ruch i to, co zrobię, kiedy już przejdę do rzeczy. Nie mogłem się doczekać i to było piękne. Wiesz, to podekscytowanie, które nie daje ci w nocy zasnąć. Mogłem nie spać całymi nocami i przez cały dzień chodzić jak nakręcony, byle tylko przybliżyć się do finału. To najpiękniejsze uczucie na świecie.
     – Jesteś chory.
     – Jak każdy. Coś jeszcze?
     – Tak. Nazwiska. Do kiedy twoje ofiary były wyłącznie Nowozelandczykami i Australijczykami?
     – Mniej więcej do czasu aż zaczęły interesować się mną większe organizacje. Latałem ich prywatnymi samolotami po całej Azji. Miałem też kilka zleceń w obu Amerykach. Nigdy nie byłem w Europie. A szkoda, bo zawsze chciałem tam być. Ale przecież doskonale o tym wiecie. Znaleźliście wszystkie moje płyty z filmami, nie?
     – I przejrzeliśmy ich zawartość. Dlaczego nagrywałeś te morderstwa? Oglądałeś je później?
     – Masz mnie za psychola, co? Nie, nigdy ich nie oglądałem. To dowody. Niektórzy moi klienci byli naprawdę skopani i chcieli na własne oczy przekonać się, co spotkało ich wrogów. Inni chcieli sprawdzić moje metody przed wynajęciem do roboty. To oni są tutaj naprawdę chorzy, nie ja.
      – Oni swoich wrogów nie zjadali.
     – Ja moich też nie. Nigdy nie miałem wrogów. Nie poczuję się źle z powodu, o który chcesz mnie teraz zapytać.
     – Żadnej swojej ofiary nie zostawiłeś w stanie nie naruszonym. Po co? To obrzydliwe.
     – Ty tak to widzisz. To jak się krzywisz jest śmieszne. Czym różni się jedno mięso od drugiego? Smakiem? Sposobem przyrządzenia? I tak byś mi nie uwierzył, gdybym powiedział ci, że robiłem to z szacunku.
     – Nie rozumiem. Jak można zjeść kogoś z szacunku?
     – Słabo znasz się na kulturze rdzennych mieszkańców Aotearoy. Więc wyjaśnię ci coś. Słyszałeś kiedyś takie pojęcie jak endokanibalizm? Maorysi i Aborygeni z plemienia Wonkonguru to praktykowali. Kiedy umierał ktoś z rodziny, wykrawano mu najlepsze mięso, pieczono je i rodzinnie zjadano, rozmawiając przy tym o zmarłym. Obrzydliwe, co? Dla nas to oznaka najwyższego szacunku dla zmarłego. A ja tylko podtrzymuję starą, kontrowersyjną tradycję... Wiesz, co? Chyba ci już wystarczy.
     – Też tak sądzę. Dowiedziałem się już dość.
     – Mnie też miło się gadało.
Oficjalnie: Powinien dożywotnio gnić w więzieniu. Jednak Rawiri jest jeszcze młodym i silnym mężczyzną – sporo życia przed nim zostało, a oglądanie świata przez kraty i szkło pancerne jakoś niespecjalnie go przekonało. Dobrze się stało, że Szczury wyciągnęły pomocną dłoń, bo zostawiony sam sobie pewnie spędziłby tam jeszcze kilkanaście lat, zanim podjąłby pierwszą próbę ucieczki. A tak w pewnym sensie został wolnym człowiekiem, nawet jeśli jest nim tylko w teorii. Nie mniej nie spieszy mu się z powrotem do więzienia. Życie zbiega jest znacznie ciekawsze, chociaż mimo wszystko specyficzne.
Rola w gangu: Jest specjalistą od usuwania celów trudno i bardzo trudno usuwalnych. To włamywacz, który dostanie się wszędzie, ale nigdy niczego nie ukradł. Tumatauenga jest mordercą, który doskonale zna się na swojej robocie, ale zakres jego usług odbiega nieco od przyjętego modelu. Zwykle płatni mordercy dostają nazwisko, a ich klienci oczekują wyłącznie szybkiego i skutecznego zadania śmierci. Tumatauendze natomiast płaci się za to, by dostał się w paszczę lwa i sprawił, by wrogowie okrutnie cierpieli przed śmiercią. Facet ma paskudne metody i doskonale wie co zrobić, by odwlekać w nieskończoność i tak nieuniknione. Uwielbia to. Głównie dlatego jego celem najczęściej zostają szefowie konkurencyjnych korporacji, politycy czy inni ważni z punktu widzenia bogaczy ludzie. Tu żeruje na niezdrowej rywalizacji i wzajemnej nienawiści ludzi dość bogatych, by za swoje pieniądze móc kupić niemal wszystko. Ze śmiercią przeciwników włącznie. Szczury mają jednak pewien przywilej – nie muszą płacić. W końcu na tym polega cały układ, dzięki któremu znowu jest na wolności.
Umiejętności: Po miastach krążą plotki o niebywałych zdolnościach Tumatauengi. Ponoć mężczyzna potrafi latać i przenika przez ściany. Mówi się też, że na własne życzenie staje się niewidzialny i właściwie, że nie wiadomo z których czeluści piekielnych wypełzł. Nie trudno domyślić się, że nic z tego prawdą nie jest i nigdy nie było nawet blisko rzeczywistości. Rawiri ma co prawda swoje sposoby, by ludzie uznawali, że nie ma innego wyjaśnienia dla tego co robi, ale prawda jest zgoła inna. Dla Tu nie istnieją żadne granice – to akurat nie podlega żadnym wątpliwościom. Tak naprawdę to w większości przypadków nie pracuje na swoim terenie, bo ściąganie do siebie ofiar trwałoby niemiłosiernie długo, było bardzo niebezpieczne i cholernie pracochłonne. Wobec tego łatwiej ściągnąć i wydrukować plany budynku, a potem opracować perfekcyjną drogę dotarcia do celu. Rawiri nie włamuje się w ścisłym tego słowa znaczeniu. Już kilka razy udowodnił, że jest w stanie dotrzeć nawet za zamknięte drzwi pancerne na szczycie potężnego wieżowca, ale trudno tu mówić o włamaniu. Czasem przebranie się za kolejnego nieistotnego sprzątacza lub zostawienie fałszywego zamieszania w innej części budynku sprawdza się o wiele lepiej. Tumatauenga nigdy nie posuwa się do inwazyjnych metod wejścia, bo nie lubi, gdy ktoś mu przeszkadza przy pracy. Nie przepada za spieszeniem się, gdy już dopadnie ofiarę, więc zdecydowanie bardziej na rękę mu, gdy nikt o niczym nie wie, dopóki nie będzie za późno. Rawiri kiedyś studiował medycynę. Nigdy nie był nawet blisko jej ukończenia i daleko mu do zostania lekarzem. W zasadzie skończył studiować zaraz po nauczeniu się szczegółowej ludzkiej anatomii. Stąd bierze się cała precyzja jego metod – Iri po prostu ma coś, czego nie miało większość jego poprzedników. Z dużym wyprzedzeniem może zaplanować kolejne kroki, bo doskonale wie co robi. Do perfekcji opanował to jak zrobić krzywdę, ale przypadkowo nie zabić. Nie robi tego jednak gołymi rękami – a przynajmniej nie przez cały czas – bo ma szereg przydatnych narzędzi. Jego ulubionym jest chyba mechaniczna garota. Urządzenie o tyle przydatne, że nie trzeba go trzymać. Wystarczy tylko zarzucić je na czyjąś szyję, wcisnąć przycisk na pilocie i odsunąć się na bezpieczną odległość. Mało tego w rękach Tumatauengi garota znalazła sobie masę innych zastosowań. Umiejętnie sterowana potrafi zarówno nieznacznie ograniczyć dostęp do tlenu i wywołać tym samym atak paniki u ofiary, jak i całkowicie pozbawić jej głowy. Ponadto nie trzeba montować jej wyłącznie na szyi, więc zakres przydatności tylko rośnie. Tu nigdy jednak nie decyduje się na tylko jedno narzędzie. Zawsze ma przy sobie niewielkie pudełeczko z kilkoma strzykawkami wypełnionymi silnym środkiem paraliżującym. Warto wspomnieć, że środek ten nie otępia. Ofiara jest całkowicie przytomna i świadoma, mimo że nie może nawet drgnąć. To niezwykle przydatny specyfik. Rawiri ze swoich sztandarowych pomocy ma też wcale nie najmniejszy sekator, ale ten, przez wzgląd na spory gabaryt raczej nie bierze udziału w każdej akcji. Cała reszta dobierana jest raczej pod konkretną specyfikę zlecenia, choć nie da się ukryć, że jest tego sporo. Tumatauenga na szczęście ma też inne, zgoła mniej mordercze zainteresowania i umiejętności. Na pewno jest cholernie oczytany, bo co innego robić w więzieniu, gdy ma się na stałe skute ręce i nogi? Na przemian czytał i ćwiczył, więc chyba tylko z tego powodu od czasu do czasu rzuca ciekawostkami na przeróżne tematy. Nie jest ekspertem w żadnej dziedzinie, ale otarł się o wszystko, co w najmniejszym stopniu mogło go zainteresować. No i odkrył talent do strugania w drewnie. Co prawda trudno miał się rozwijać, gdy zarówno jego ręce, jak i wszystkie narzędzia przykute były do stołu grubym łańcuchem, ale lepsze to niż nic. Poza tym radzi sobie w kuchni. Niekoniecznie wyłącznie w kwestii machania nożem.
Przyjaciele: Rawiri ma pewien dar odstraszania potencjalnych przyjaciół. Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że wcale nie ukrywa tego za co właściwie dostał wyrok, a ludzie słysząc, że mają przed sobą sadystycznego mordercę i kanibala jakoś nagle tracą ochotę na nawiązywanie bliższych kontaktów.
Wrogowie: Tu nie ma wrogów. Jego klienci mają wrogów i to zupełnie mu wystarcza.
Autor: Apocalyptical Deconde