niedziela, 20 stycznia 2019

Od Pandory (CD Corazon) - Dwie mutantki, sześć karabinów i zero oporu

        - Więc podsumowując: potrafisz sprawiać, że ludzie wokół ciebie widzą pięć osób zamiast jednej?
    Corazon skinęła krótko głową. Na jej ustach pomimo niedawnej strzelaniny widniał uśmiech, utrzymujący Pandorę w przekonaniu, że trafiła na człowieka swojego rodzaju. Cóż, może nie do końca. Ostatecznie Hiszpanka zaoponowała przed spacerem ruchliwą ulicą, wskazując przy tym na swój strój i wiszący na pasku karabinek. Erro jej zmartwień opinią publiczną nie podzielała w żadnym stopniu, ale tylko wzruszyła ramionami i obrała inną, bardziej dyskretną drogę. Nie mniej nadal była przekonana, iż szybko tą kobietę polubi, nawet jeśli wizja podpuszczania dronów policyjnych nie wydawała się Corze zabawna.
    - To by sporo wyjaśniało - stwierdziła z lekkim uśmiechem Pandora. - Odgłosy strzelaniny w szybie windy brzmiały tak, jakby Japończycy stanęli przeciwko przewadze liczebnej...
    - Amatorzy - prychnęła Espejo. - Nie wiedzą co to prawdziwa przewaga liczebna.
    - Wiesz, z ich perspektywy piątka zbrojnych, posiadających lepszą broń, mogła wyglądać bardziej przerażająco niż ci się wydaje - zauważyła Brazylijka.
    Rael tylko parsknęła śmiechem w odpowiedzi.
    Erro zastanawiała się, czy nie powinna dać Ferze znać, że jej ,,hiszpański oddział najemników" okazał się w rzeczywistości jedną przeszkoloną mutantką, ale ostatecznie uznała, iż tylko popsułaby w ten sposób niespodziankę. Nikt się nie powinien o nią martwić, w końcu Strzyga dobrze znała jej możliwości i doskonale wiedziała jak trudno Wendigo ukatrupić. Nie musiała jej dawać znaków życia. Za to jak wieczorem wróci w towarzystwie Espejo, mile zaskoczy ją i pozostałych.
    - Gdzie idziemy? - zainteresowała się w końcu Corazon, rozglądając się po pustej alejce między blokami mieszkalnymi.
    - Szukam dobrego odludnego miejsca, gdzie pojedynczy wystrzał nie narobi zamieszania.
    Kobieta spojrzała na nią podejrzliwie.
    - Żartuję - uspokoiła ją szybko Erro, po czym wyciągnęła swój pistolet kierując lufę do góry i pomachała nim lekko. - Mam tłumik.
    Rael uderzyła ją w bark, najwyraźniej nie podzielając poczucia humoru nowej znajomej. Nawet trochę zabolało, ale widać było, że Corazon nie była na poważnie zła.
    - Nie wiesz, że nie powinno się straszyć dezertera-najemnika podobnymi podtekstami? - zapytała z uśmiechem.
    - Hej, nie jesteś pierwszym dezerterem-najemnikiem z jakim rozmawiam - zapewniła ją Pandora. - Przynajmniej jednego na pewno dzisiaj poznasz. Poza mną, oczywiście.
    - To znaczy... teraz idziemy do twoich szczurzych znajomych?
    - Nie. To wieczorem.
    - Okej... - kobieta znowu się rozejrzała, próbując określić w jakiej części Edenu się znajdowała. - Czego więc szukamy w zaułkach miasta?
    - Ja idę do pracy - wyjaśniła Wendigo. - Ty idziesz ze mną, bo spuszczanie z ciebie oka teraz byłoby skrajnie nieodpowiedzialne. Wiesz, ,,nie znam cię" i te sprawy...
    - Powiedziała kobieta maszerująca przed obcą osobą uzbrojoną w sprawną, szybkostrzelną broń.
    - Mój brak lęku przed postrzałem w tył głowy to inna sprawa - Erro machnęła niedbale ręką. - Wolę nie podawać ci adresu do tajnej kryjówki i puścić wolno. Cholera wie, co ze sobą przywleczesz.
    - Całkiem zrozumiałe - zgodziła się Hiszpanka. - Ale nadal nie wyjaśnia, czemu po prostu mnie od razu tam nie zaprowadzisz.
    - Już ci mówiłam: mam tu robotę do wykonania. To, że przy okazji musiałam złapać ciebie nie znaczy, że odpuszczę sobie polowanie.
    - ,,Polowanie"?
    - Od wczoraj siedzę w Edenie i wykańczam handlarzy yakuzy - wyjaśniła krótko Brazylijka. - A skoro już cię znalazłam, to możesz mi pomóc. Proste, prawda?
    Corazon westchnęła tylko domyślając się już, że nie ma większego wyboru.
    Jaką minutę później Erro w końcu się zatrzymała. Znajdowały się na małym placyku za, jak wskazywały oznaczenia, jakąś hurtownią używanej odzieży. Te ciuchy muszą ciekawie pachnieć, pomyślała Wendigo, uśmiechając się pod nosem. Oczywiście sklep był sposobem na przemyt narkotyków. Co ciekawe, Pandora pamiętała to miejsce - było na jej liście placówek podejrzanych o handel UNK32-1, ale gdy samodzielnie sprawdziła zawartość dostaw, zostawiła pracowników w spokoju. W końcu to były tylko narkotyki, a wymierzanie sprawiedliwości dealerom nie leżało w jej obowiązkach. Aż do dzisiaj. Ciekawe, czy ją pamiętali...
    Miejsce strategicznie było idealne do zasadzki. Na plac dało się wjechać tylko przez tunel w budynku mieszkalnym, więc odcięcie drogi ucieczki było dziecinnie proste. Dodatkowo łatwo dało się ukryć przed ochroną sprawdzającą teren (o ile jej nie wzmocnili) - wystarczyło się wspiąć po schodach pożarowych na dach i przeczekać krótką inspekcję. Pinheiro mimo wszystko liczyła w duchu, że minęło wystarczająco dużo czasu od jej wizyty tutaj, by ochrona z powrotem się rozleniwiła. W końcu chyba dała im wyraźnie znać, że nie interesuje ją ten szajs, którym handlują. Mówiła wtedy szczerą prawdę, czemu mieliby jej nie uwierzyć?
    W sumie... chyba mieli ku temu wszelkie powody.
    - Dobra, czego mam się spodziewać? - zapytała Corazon. Jedno Pandora musiała jej teraz przyznać: kobieta była chętna do współpracy. Rozglądała się po placu, oceniając taktycznym okiem pole do popisu.
    - Prawdopodobnie sporego vana oznaczonego logiem hurtowni - Brazylijka kiwnęła głową w stronę metalowych drzwi. - Zatrzyma się i ze środka wysiądzie dwójka ludzi. Wtedy z hurtowni wyjdzie kilka osób uzbrojonych w pistolety i pobieżnie sprawdzi teren. Naszym zadaniem jest wyłącznie wyeliminowanie ludzi powiązanych z yakuzą. Najpierw z tej grupy, potem ze środka. Mamy po prostu dać którejś z tych japońskich szych znak, że handel w Edenie stanął pod znakiem zapytania.
    - Wiesz, jak wyglądają cele?
    - Tu jest problem: w życiu nie widziałam w tym miejscu Azjatów.
    Rael przez chwilę przyglądała się towarzyszce z powątpiewaniem.
    - Ty naprawdę myślałaś, że każdy pracownik yakuzy to Azjata? - zapytała.
    - Skąd miałam wiedzieć?! O yakuzie wiem tyle, że są strasznie cięci w kwestii ,,tradycji" i ufają tylko żółtym! - tłumaczyła się Pandora zakładając ręce na piersi. - Do tej pory nie byli moim problemem.
    Cora westchnęła, ale po chwili uniosła palec do góry.
    - Mam pomysł - powiedziała. - Mówiłaś, że mają przy sobie z reguły tylko broń krótką?
    - Owszem.
    - Ile mniej więcej ludzi pomaga przy rozładunku? Ilu z nich jest uzbrojonych?
    - Góra sześciu, może nawet mniej. Tylko raz ktoś ich napadł i to byłam ja.
    - Czyli na dodatek cię znają? - Hiszpanka nagle uśmiechnęła się niepokojąco. Klasnęła w dłonie. - Dobra. Oto mój plan...

        Van wtoczył się na plac zgodnie z rozkładem. Erro obserwowała z dachu jak dwoje ludzi wysiada. Potem, zupełnie według jej oczekiwań, czwórka mężczyzn sprawdziła plac i boczną alejkę, z której przyszły razem z Corazon. Kobieta nie miała zielonego pojęcia, gdzie Hiszpanka się ukryła, ale w każdym razie zrobiła to na tyle dobrze, że nikt jej nie znalazł. Brazylijka uśmiechnęła się pod nosem. Pierwsza stanowcza trudność za nimi. Reszta zależała od niej i domniemanej niezawodności Espejo.
    Po kilku minutach zaczął się rozładunek. Na placu było w sumie osiem osób, w tym pięć miało broń. Dwoje pilnowało alejki, druga para stała prawie w tunelu. Piąty pistolet należał do samego kierowcy vana. Nikt jednak nie wyglądał, jakby był przygotowany na jakikolwiek atak. I takowy nie miał jeszcze nadejść. Erro na razie chciała tylko z panami pogadać.
    Zaczęła ostrożnie, jak najciszej schodzić po schodach, a na wysokości piętra po prostu przesadziła barierkę i zeskoczyła na ziemię. Jej pojawienie się od razu ściągnęło uwagę. Kierowca zaklął - chyba ją rozpoznał - wyszarpnął broń i krzyknął na pozostałych. Obie pary odwróciły się i również wymierzyły broń w Wendigo. Kobieta uniosła ręce do góry z uśmiechem.
    - Hej, hej, hej! - zawołała wesoło. - Chyba się stęskniliście, co?
    - Czego tu szukasz?! - wypalił nieco zbyt szybko i zbyt nieskoordynowanie kierowca, biorąc na siebie tymczasowy bagaż przywództwa. - Nie handlujemy UNK! Nigdy go tu nie było i nie będzie!
    O, czyli rzeczywiście pamiętają, kobieta uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
    - Pamiętam, pamiętam - przewróciła oczami. - Nie chcę niczego z syfu, który tu sprzedajecie. Chcę pogadać.
    - Pogadać?
    - Owszem, a wy ładnie odpowiecie mi na jedno pytanie. Bo jak nie...
    Do uszu wszystkich zebranych dotarł dźwięk niemal równoczesnego przeładowania kilku karabinków. Z alejki i tunelu, ku zaskoczeniu ochroniarzy, wyszło w sumie pięć identycznie ubranych i uzbrojonych kobiet w czerwonych beretach, goglach i apaszkach naciągniętych na nos. Handlarze byli w takiej sytuacji bezradni. Spojrzeli po sobie i bez żadnej wymiany zdań zgodnie odłożyli broń na ziemię i unieśli ręce w górę. Corazon odłączyła się od pary pilnującej alejki i stanęła obok Erro. Brazylijka zatarła dłonie zadowolona.
    - Wspaniale - zaczęła. - A moje pytanie brzmi: który z was pracuje dla yakuzy?

        Sukces świętowały już w drodze do Elizjum.
    - Za owocną współpracę! - Erro wzniosła toast i wychyliła się lekko w bok, by móc stuknąć swoją butelką w butelkę Corazon. Z pozycji półleżącej (każda zajęła dla siebie całą kanapę w przedziale) nie było to za wygodne i groziło rozlaniem, ale żadna za bardzo się tym nie przejęła.
    Po przesłuchaniu handlarzy zdążyły jeszcze dorwać ich znajomych niedaleko hurtowni, którzy odpowiadali za układy z yakuzą. Jeden z nich nawet okazał się Japończykiem, co Pandora skwitowała słowami ,,A nie mówiłam?", a Rael przewróceniem oczu. Rzeczywiście pracowali dla Fujiyamy i, niestety, spotkał ich taki los, jak pozostałych. Dodając ich do ludzi Orochiego wykończonych wcześniej przez Espejo i dwóch trupów jakie Erro zostawiła za sobą wczoraj, wszystko wskazywało na to, że w przeciągu dwóch dni Szczury wysłały Triadzie Wschodniego Wiatru anonimową kartkę z Edenu z wyraźnym ostrzeżeniem. Jeśli Kasumi i Godoghanowi szło w Shangri-La równie świetnie, a ten dziwny chuderlak w pelerynie wywiązał się ze swojego zadania, yakuza powinna już zacząć węszyć za sprawcami. Jeśli oczywiście będzie miała ku temu okazję - najpierw będą musieli po sobie posprzątać, sprać krew z dywanu i wepchnąć parę trupów do szafy. A będą musieli to robić równocześnie w trzech miastach. Było więc co świętować.
    Z racji braku alkoholi w wagonie restauracyjnym - typowy przykład przepisów komunikacji międzymiejskiej rujnujących Erro zamiary - zadowoliły się napojami gazowanymi. Sprzedawca dziwnie na nie spojrzał, ale zostawiły mu napiwek, więc o nic nie pytał. Po zablokowaniu drzwi przedziału mogły się w końcu zrelaksować. Brazylijka odstawiła swoją butelkę i położyła się na kanapie całkowicie. Okna pociągowe ciągnęły się prawie do połowy sufitu, mogła więc patrzeć na niebo i sunące po nim chmury.
    - To była idealna akcja - odezwała się w końcu.
    Corazon uśmiechnęła się do niej.
    - Nie ma za co - rzuciła. - Broń psychologiczna jak zwykle zdziałała cuda.
    - Łał, co za skromność - skomentowała Pandora.
    - Co poradzę? Jestem niesamowita.
    Obie parsknęły śmiechem.
    - Z takim nastawieniem na pewno się Ferze spodobasz - stwierdziła Erro. - A Sylve to już na pewno cię polubi.
    - Tak? A kto to?
    - Taki jeden atencjonalny Francuz, który nie potrafi umrzeć.
    - Brzmi ciekawie - uznała Cora unosząc brwi. - Na kogoś powinnam uważać?
    - Daniel nie ufa nikomu, uważaj z gwałtownymi ruchami - zaczęła Wendigo, wyliczając wszystko na palcach. - Kasumi również, ale nie do takiego stopnia. Z oboma da się dogadać, ale z nią na pewno prędzej. Fera to Fera, co tu więcej mówić. Ciężko stwierdzić, w jakim będzie nastroju. Felix i ta nowa z kolorowymi włosami raczej nie zwrócą na ciebie większej uwagi, bo mają sporo roboty. Może później pod wieczór ich namówimy na chwilę przerwy. A, i uważaj na nogi - możesz się potknąć o Hiccup. To taki kulisty robot. Bardzo entuzjastyczny robot.
    Zapadła chwila ciszy.
    - Ciekawa ekipa - podsumowała w końcu Rael.
    - Zgubiłaś się, prawda?
    - Gdzieś w połowie - przyznała.
    - Spokojnie. Tylko wyglądają strasznie - zapewniła ją z uśmiechem Pandora.

sobota, 19 stycznia 2019

Siga, siga! W końcu to nie ty marnujesz czas, to czas marnuje ciebie

KiyuMiyu
Imię: Νικόλαος. Lekko przerażająco, prawda? Cóż. Może naprawi to nieco fakt, iż w bardziej ludzkim alfabecie czyta się to jako: Nikolaos. Imię łatwe, dźwięczne i z przesłaniem – pochodzi od słów nike (zwycięstwo) i laos (ludzie), czyli mniej więcej znaczyć może Ten, który zwycięża ludzi. Jakby nie patrzeć jest to najszczersza prawda. Bez oporów można też sobie skracać do Niko, Laos albo jakkolwiek inaczej, byle z sensem.
Nazwisko: Σαμαράς czyta się jako Samaras.
Pseudonim: Jeżeli w twoje ręce wpadnie buteleczka podpisana słowem, które wygląda na co najmniej magiczne zaklęcie, lepiej odłóż ją na miejsce i zapomnij o znalezisku. Zwłaszcza, jeśli słowo to wygląda jak: Ἐφιάλτης. Nikolaos bardzo lubi podpisywać swoje produkty jednym z dwóch pseudonimów. Ten akurat – Efialtes – jest mniej chwalebny. Niko dostał go po pewnym greckim zdrajcy, który przesądził o przebiegu bitwy pod Termopilami, wskazując perskim wojskom tajną ścieżkę prowadzącą na tyły greckiego obozu. Wcale nie przeszkadza mu to jednak nosić go z pewną dumą – w końcu nie każdy zasługuje na przydomek wywodzący się wprost z wielkiej historii. Zwłaszcza, że drugi przydomek Aráchni (αράχνη) oznacza po prostu pająka.
Płeć: Mężczyzna. Niestety, ku jego rozbawieniu, i tak czasami na ulicy brany jest za brzydką kobietę.
Wiek: Z zasady raczej nie podaje swojego wieku. Nie mniej nie zmienia to faktu, że ma 23 lata.
Rasa: Wygląda na człowieka. Tylko w układzie odpornościowym ma maleńkie zamieszanie.
Narodowość: Grecja
Obywatelstwo: Elizjum
Rodzina: Na upartego cała Samotraka mogłaby uchodzić za jego rodzinę. Niewielka wyspa za bardzo na północy, by stanowić ważny region turystyczny liczy sobie w końcu niecałe trzy tysiące mieszkańców. Jednakże ta właściwa, najprawdziwsza rodzina Samarasa pochodziła z kontynentu. Samotraka, chcąc nie chcąc, stała się jego domem dopiero po wypadku. Ale i tak kocha swoją ciocię, wujka i dwie kuzynki.
Miłość: Już znalazł. Prawdę mówiąc niejaka Kasandra Torosidi uważa się za prawdziwą szczęściarę. Nie Nikolaosowi oceniać czy dobrze się spisuje w roli chłopaka, ale chyba tragedii nie ma. Zresztą naprawdę się stara.
Aparycja: Aráchniemu niewiele osób wierzy, gdy przyznaje się do swojego greckiego pochodzenia. Winny temu jest fakt, że Niko zdecydowanie nie wygląda jak Grek, którego wszyscy widzą na okładkach folderów turystycznych. Jest przeraźliwie blady, żeby nie powiedzieć, że aż nienaturalnie szary. To prawdopodobnie jedyna widoczna cecha, która świadczy o jego częściowej wyjątkowości. Poza tym raczej się nie wyróżnia na tle innych indywidualności. Jest przeciętnego wzrostu i wbrew pozorom uważa to za zaletę. W końcu nie musi zbytnio kombinować, żeby spojrzeć w oczy ludziom zarówno wysokim jak i niskim. Ruch oczu jest znacznie wygodniejszy niż całej głowy. Jest też całkiem ładnie zbudowany – tak jak każdy dbający o sylwetkę mężczyzna około dwudziestego roku życia. Trudno wyobrazić sobie, że w dzieciństwie babka żartobliwie nazywała go patyczakiem. Poza tym mężczyzna nie jest wybitnie hojnie obdarzony przez naturę. Ma wysokie czoło i dość niewielki nos, a do tego wąskie usta i wargi tak blade, że niemalże zlewające się z resztą skóry. I chociaż nie wygląda karykaturalnie – ba, niektórym paniom to się nawet spodobał – raczej nie wróżyłby sobie świetlanej kariery modela. Dumą Laosa są jego włosy – ciemne u nasady i rozjaśnione w różnym stopniu na całej długości, a dodatkowo splecione w długie do pasa dredy. Takich dredów nie hoduje się w rok ani dwa. Laos zapuszcza je właściwie od podstawówki i utrzymuje, że prędzej same odpadną niż zdecyduje się je ściąć. W każdym razie stara się o nie dbać najlepiej jak potrafi, żeby maksymalnie oddalić od siebie tę wizję. Bardzo często związuje je w pierwszy lepszy artystyczny węzeł, żeby mu nie przeszkadzały. Jakby nie patrzeć są wystarczająco ciężkie, żeby czasami utrudniały mu życie. Dlatego właśnie regularnie wygala sobie boki głowy. W ten sposób jego fryzura nadal wygląda jak należy, a jemu samemu łatwiej funkcjonować. Oczy ma natomiast pospolicie szare po babce nie-Greczynce. Poza tym każde ucho zdobi przeciętnej wielkości tunel. Naprawdę jakoś specjalnie się nie wyróżnia. Nosi te same T-shity co połowa Elizjum, a na nadgarstku ma pokaźną kolekcję bransoletek. Jedynie w komunikacji zdarza mu się od czasu do czasu zastąpić jakieś angielskie słowo greckim odpowiednikiem. Nikolaos nie robi tego na złość, a z wygody. Akcent również ma mocno wyczuwalny, a elliniká jest jego pierwszym alfabetem przy zapisywaniu czegokolwiek.
Charakter: Po Pająku można spodziewać się wszystkiego. Przede wszystkim powinien być nieprzewidywalny, gwałtowny i wprost przerażający. Przy tym oczekuje się od niego, by nie miał skrupułów, był wyrachowanym mordercą, a najlepiej jakby jeszcze wiódł samotniczy tryb życia, nie dopuszczając do siebie nikogo ani niczego. Efialtes ze swoim przeszywającym duszę spojrzeniem i reputacją rzeczywiście może sprawiać takie wrażenie. Zwłaszcza, gdy siedzi zakopany w notatkach, analizując je w najwyższym skupieniu. Jednak wystarczy tylko posłuchać go, gdy mówi i całe to wrażenie pryska jak bańka mydlana. Nikolaos nie ma najmniejszych problemów z zawieraniem nowych znajomości. W zasadzie trudno o bardziej bezpośredniego i otwartego człowieka. Gdyby było inaczej w życiu nie zdecydowałby się pójść na studia tak daleko od domu. Jest w stanie jak gdyby nigdy nic podejść do kogokolwiek i zacząć rozmowę. Przy tym jest wręcz chorobliwie ambitny. Cokolwiek obierze sobie za cel musi dojść do skutku taką czy inną drogą i nie podda się, chociażby świat miał się zawalić. Na szczęście nie jest niepoprawnym perfekcjonistą – chyba by się wykończył, gdyby miał jeszcze martwić się czy wszystko aby na pewno wyjdzie doskonale. Już i tak nie zna pojęcia odpoczynku. Z jednej strony jest Grekiem uznającym siga, siga za swoją świętą zasadę życia, a z drugiej wiecznie brakuje mu na wszystko czasu. Może gdyby choć raz zorganizował się jak należy od początku do końca i pospieszył się, byłoby lepiej. Jednakże nie ma większej szansy, by coś takiego w ogóle się stało, bo Niko wiecznie szuka sobie nowego zajęcia i nie usiedzi w miejscu nawet przez jedną zbędną minutę. Sen również uważa za zbędny, więc czasami zdarza mu się spędzić na nogach nawet i 48 godzin, zbywając każdy przejaw troski krótkim: Dzięki, ale nie jestem zmęczony. To nawet nie tak, że jest paskudnie zabiegany, bo zgodnie ze swoim mottem życiowym nie spieszy się nigdzie i ma na wszystko czas. Tylko jakoś tak zwykle nie lubi go marnować. Zwłaszcza, że studia, drobne prace, lekcje z dziećmi, działalność dla gangu i jego największa pasja pochłaniają większość jego doby. Efialtes całym sercem kocha zwierzęta i gdyby tylko mógł, kupiłby sobie kawał ziemi, zbudował dom, a potem zmienił go w arkę Noego. Jest tylko jedna przeszkoda – Nikolaos ma paskudną alergię na sierść. Dlatego właśnie skupił się na zwierzętach jej pozbawionych. W  domu trzyma dwa węże – jednego z gatunku coluber constictor imieniem Heban, a drugiego z ahetulla nasuta, który wdzięcznie wabi się Veronese. Poza tym ma także jaszczurkę, która reaguje na imię Spartacus (eublepharis macularius). Tylko na takie pozwoliła mu Kasandra. W gangu nie jest tak ograniczany, więc jego kwatera nawet nie przypomina normalnego pokoju. Poza stolikiem i biurkiem z krzesłem pełna jest przeróżnych doniczek i terrariów. Niko trzyma tam wszystko, co nie znalazło sobie miejsca w jego domu. Ptaszniki, pająki, skorpiony, modliszki, skakuny, skolopendry – jego kolekcja stale rośnie i ma się świetnie. Tym właśnie zajmuje się w każdej wolnej chwili i o tym opowiadać może godzinami. Inna sprawa czy jego rozmówca byłby w stanie tyle wytrzymać. Nikolaos może być cholernie inteligentnym człowiekiem, który o swoich zwierzakach i muzyce wie niemalże wszystko, ale bywa przy tym bezczelny. Ma wyraźny talent do nieumyślnego irytowania ludzi. Na szczęście nie jest taki przez cały czas. Zwykle ludzie denerwują się jego absolutną beztroską. Albo faktem, że niewiele rzeczy traktuje z należytą powagą. Laos jest stanowczo zbyt kreatywny, by myśleć szablonowo i zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami. Nie czyni go to jednak dziecinnym, a kiedy trzeba potrafi zdobyć się na to, by robić dobre wrażenie. Nigdy nie był mistrzem rozsądnego i odpowiedzialnego myślenia, ale od tego ma swoją dziewczynę. Mimo wszystko nadal jest studentem, który cudem wiąże koniec z końcem. Lubi dobrą zabawę i nic nie może na to poradzić.
Song theme: Because We Can – Bon Jovi | Night Of Your Life – WAR*HALL
Zarys przeszłości: Historia Nikolaosa jest prosta i raczej ogólnodostępna. Ponadto streścić ją można w dosłownie kilkunastu zdaniach i nie ma potrzeby się nad nią zbytnio rozwodzić. Urodził się i wychował w Atenach, a jego rodzina była jak najbardziej w porządku. Miał nawet starszą o dwa lata siostrę i niczego mu nie brakowało. O tym co stało się później nadal zdarza mu się śnić koszmary. Pożar niemalże zrównał z ziemią jego dom, odbierając mu całą rodzinę. Babcię, która nie zdążyła uciec, dziadka, który jeszcze usiłował ją ratować, ojca i matkę, którzy w gruzach poddasza łudzili się, że znajdą swoją córkę żywą. Nikolaos przeżył, bo z jego pokoju na parterze bardzo łatwo było uciec i to jego rodzice wyprowadzili w pierwszej kolejności. Obiecali mu, że wszystko będzie dobrze, że zaraz wrócą z Mariją i jakoś to będzie, a potem zniknęli w ognistym piekle i już nigdy ich nie zobaczył. Miał wtedy niecałe osiem lat. Po tej tragedii przygarnęło go mieszkające na Samotrace wujostwo. Dopiero tam odkrył swój nienaturalny dar, gdy brodząc w morzu, pewnego dnia oparzyła go meduza. Jednakże zanim w ogóle wujek zdecydował co z nim zrobić, wszystkie objawy ustąpiły, jakby żaden wypadek nigdy nie miał miejsca. Wujek z ciotką zdecydowali się nie rozgłaszać tego incydentu, więc nikt niepowołany nigdy się o tym nie dowiedział. A młody Niko zaczął eksperymentować, próbując zrozumieć co właściwie się wydarzyło. Z czasem zdał sobie sprawę z pełni swoich możliwości. Pomijając tę jedną wyjątkowość jego życie przebiegało aż boleśnie typowo. Chodził do szkoły jak każdy i jak każdy uciekał z niej przy pierwszej nadarzającej się okazji. Aż do studiów był zupełnie normalnym, typowym dzieckiem, nastolatkiem, a potem młodym dorosłym. Pracował uczciwie i chętnie, próbując odciążyć niezamożną rodzinę. Za pracą jeździł nawet na południe, żeby samemu czerpać zyski z turystycznego raju na ziemi. Po szkole średniej zrobił sobie przerwę na dozbieranie pieniędzy na studia. Z perspektywy czasu trochę mu głupio, że wujostwo musiało zaciągnąć kredyt, żeby posłać go na wymarzoną uczelnię. Jednak nie żałuje, że zdecydował się na studia w Elizjum. Zwłaszcza, że już drugiego dnia poznał uroczą Greczynkę – Kasandrę. Szczęśliwym zrządzeniem losu znaleźli ze sobą coś więcej niż wspólny język, a potem zostali przyjaciółmi. Niko nawet nie wie kiedy ta przyjaźń przerodziła się w coś więcej, ale jest zachwycony takim obrotem spraw. Tylko czego ktoś taki jak on może szukać w gangu? To proste: Nikolaos szuka pieniędzy, które pozwolą mu zerwać z nudną pracą i ciągłym szukaniem kolejnej. No i wydaje mu się, że tylko w taki sposób mógłby uzbierać na pierścionek zaręczynowy.
Oficjalnie: Studiuje muzykologię na Uniwersytecie Sztuk Współczesnych w Elizjum. Kasandra studiuje w tym samym miejscu, ale na zupełnie innym kierunku – i dobrze, jeszcze by go niepotrzebnie rozpraszała. Poza tym Niko szybko odkrył, że nie jest w stanie ani wynająć mieszkania w akademiku, ani tym bardziej utrzymać się ze skromnej sumki przesyłanej przez wujostwo raz w miesiącu, więc poszedł szukać dla siebie zajęcia. Obecnie ma czterech podopiecznych, których odpłatnie uczy gitary. Poza tym zajmuje się każdą pracą dorywczą, która wpadnie mu w ręce i dzielnie stara się utrzymać to niewielkie stypendium, które przypadło mu za wyniki w nauce. Nie ma zbyt wiele pieniędzy, ale nie narzeka. Przynajmniej dopóki ma co jeść. Nie ukrywa, że jest mu nieco łatwiej żyć, od kiedy zamieszkał razem z dziewczyną w małym mieszkanku w pobliżu uniwersytetu. Jej rodzice są bogatsi niż jego i pilnują, by córce nigdy niczego nie zabrało. A kiedy dowiedzieli się, że znalazła sobie kogoś, natychmiast przylecieli, by się z nim poznać. Nikolaos naprawdę ich polubił z wzajemnością. Lubi myśleć, że dodatkowe pieniądze, które im przysyłają są wyrazem wdzięczności za dbanie o córkę państwa Torosidis.
Rola w gangu: Nie jest może najlepszym i najstarszym trucicielem w gangu, ale ma talent. No i ma własne zaplecze, które umożliwia mu pracę niezależnie od dostaw z zewnątrz. Czasami dobrze hodować te wszystkie pajęczaki, skorpiony i inne roślinki śmierci. Raczej nie nadaje się na gorące akcje w terenie, ale pracuje nad tym. Póki co ogranicza się do produkowania trucizn i wydawania ich w razie potrzeby. Czasami robi też za gońca lub bada co dokładnie wie opinia publiczna na temat danej akcji. Radzi też sobie jako ten, którego wysyła się z nazwiskami i misją, by rekrutować nowe twarze.
Umiejętności: Efialtes ma kilka mniej lub bardziej interesujących zdolności. Najciekawsza z nich nawet wynosi go do rangi drobnego mutanta. Całe szczęście, że w jego papierach nie da się tego znaleźć, bo mężczyzna raczej daleko ma do regularnych mutantów. Jedyne wzmianki dotyczące jego dziwnej odporności pochodzą jeszcze z okresu dość wczesnego dzieciństwa. Najprościej mówiąc żadna trucizna nie może go trwale uszkodzić. W obliczu jakiejkolwiek toksyny komórki Nikolaosa zaczynają błyskawiczną regenerację, sprawiając, że nawet najbardziej upierdliwe objawy mijają, jak ręką odjął w ciągu maksymalnie kilku godzin. Dzieje się tak ponieważ organizm w zasadzie natychmiast uśmierca zniszczone trucizną komórki, od razu zastępując je nowymi. Ponadto jego krew działa jak uniwersalna surowica przeciwko wszystkiemu – nieważne czy to jad kobry, pająka czy meduzy. Nawet adrenalina nie jest mu niezbędna, bo chociaż potrafi przyspieszyć pozbywanie się problemu, w zasadzie i tak nie grozi mu nic złego. Co ciekawe właściwości te działają w absolutnie każdym przypadku. Nikolaos, oddając krew, na chwilę przekazuje swoje wyjątkowe zdolności innym osobom. Właściwie głównie dzięki temu zainteresował się bliżej wszelkiej maści naturalnymi truciznami. Zasadniczo każdą jedną testuje najpierw na sobie, sprawdzając jakie objawy występują przy konkretnej dawce i stężeniu. Kiedyś bał się tak eksperymentować i szczerze mówiąc nadal nie pozbył się tego niepokoju całkowicie, ale wierzy sobie na tyle, by wiedzieć, że nie grozi mu nic śmiertelnie niebezpiecznego. Dlatego jego kwatera w gangu pełna jest różnorakich słoiczków i pojemniczków z podejrzanymi substancjami. Laos dumnie produkuje to wszystko, bardzo często bazując na własnej hodowli i decydując się na zakup dodatkowych składników tylko wtedy, kiedy są mu absolutnie niezbędne. Poza tym ma też normalniejsze zainteresowania i zdolności. Bardzo ładnie gra na gitarach i klawiszach. Ma też całkiem niezły głos – taki ciepły i przyjemny dla ucha – z którego doskonale wie jak skorzystać. Nie zajmuje się jednak śpiewaniem na pokaz bez wyraźnej potrzeby. Nawet w zakresie kulinarnym sobie całkiem nieźle radzi – jak każdy niezbyt bogaty student sam w wielkim mieście. Jego zupka błyskawiczna mogłaby otrzymać gwiazdkę Michelina; o parówkach nawet nie wspominając. W kwestii uzbrojenia śmiało można powiedzieć, że nie radzi sobie wcale. Najgroźniejszy jest chyba z nożem do masła. Może i trenował kiedyś samoobronę, ale od tego czasu minęły całe wieki i szczerze mówiąc niewiele już pamięta. Teraz przynajmniej ma dobry powód, żeby się czegoś nowego nauczyć. Na siłownię trzy razy w tygodniu zaczął chodzić już jakiś czas temu, żeby się wzmocnić.
Przyjaciele: Owszem, da się tutaj trafić. Ale nie za darmo.
Wrogowie: Jak na razie jeszcze nikomu nie podpadł. Jeszcze.
Autor: Apocalyptical Deconde

piątek, 18 stycznia 2019

Od Echo (CD Kasumi) - ,,London bridge is falling down..."

        Echo nie przepadał za Shangri-la - miało za dużo niekonwencjonalnych kształtów. Elizjum i Eden były wspaniałe do poruszania się po ścianach, bo wystarczyło zmusić do przyciągania płaską powierzchnię, po której łatwo dało się przebiec. Jeśli jednak zmuszało się do czegoś podobnego budynek o kształcie kolumny, samo lądowanie zaczynało sprawiać problemy. Siła przyciągania rozchodziła się promieniście i chodzenie po cienkiej iglicy przypominało spacer po linie, z której nie można spaść, co nawet istotę pokroju Kreatora mogło przyprawić o zawrót głowy. Patrząc na Hermesa z boku ciężko było to zauważyć, bo chłopak wydawał się poruszać równie zwinnie co zawsze. W myślach jednak klął za każdym razem, gdy rozpęd w połączeniu z kolistym polem grawitacyjnym niemal wytrącał go z równowagi. ,,Koleś manipulujący prawami fizyki potknął się i upadł" - to by dopiero był temat do docinek. Całe szczęście na tej wysokości raczej nie powinien trafić na żadnego znajomego, który mógłby mu potem coś podobnego wypomnieć.
    Kasumi zadzwoniła około trzech godzin temu do Felixa z nadzieją, że Echo był gdzieś w pobliżu. Na jej szczęście Merkury całą noc spędził w bazie i nie zamierzał wychodzić do kolejnego wieczora. Tak mu poleciła Fera - po akcji w Shangri-la powinien przez jakiś czas się nie wychylać, bo o ile Sylve nikt nie zdążył się przyjrzeć, o tyle świecący nibyczłowiek zdołał zwrócić na siebie uwagę całej shangrilaskiej placówki wojskowej. Trop do Elizjum nadal był świeży i mundurowi mogli już zacząć dyskretnie węszyć w poszukiwaniu zaginionego śmigłowca. A mimo to (a może właśnie dlatego) chłopak już następnego dnia ruszył z powrotem w stronę azjatyckiego miasta, by znowu siać zamęt, który tym razem będzie o wiele trudniej zatuszować.
    Dotarcie do Shagri-la trudne nie było. Nie zamierzał korzystać z niczyjej oferty podwózki (resztka godności zabraniała mu ponownie dać się zamknąć w metalowej puszce), skorzystał więc ze swojego sprawdzonego sposobu: ,,przykleił się" do pociągu. Taka metoda podróży była dla niego o wiele bardziej zabawna, a przy okazji nie musiał się martwić, że ktoś go wypatrzy z daleka. Zeskoczył z dachu zanim srebrna tuba wtoczyła się na stację i rozpoczął swoją walkę z krzywiznami w drodze do dystryktu industrialnego.
    Zwój łańcucha na ramieniu nie za bardzo mu w tym pomagał. Nie był ciężki - raczej dziwnie lekki - tylko czasem się zsuwał i Echo musiał pilnować, by go nie zgubić gdzieś po drodze, nie rozbić nim czegoś lub, co gorsza, nie zahaczyć się o coś w pędzie. Nie lubił myśleć podczas lotu o czymkolwiek innym poza tym, gdzie przyciągnąć się w następnej kolejności. Ale nie zwykł odmawiać na prośby, a Kas potrzebowała swojego poczerniałego łańcucha. Nie wiedział do czego i nie miał też powodu, by cokolwiek kwestionować. Był po prostu ciekaw. Wśród Szczurów widział tyle różnych osób, że minie jeszcze sporo czasu, zanim którykolwiek z członków gangu go znudzi.
    Zatrzymał się na ścianie magazynu nad kanałem. Przed sobą widział dwa podświetlone mosty, a za nimi ciemność - słońce zaszło już jakiś czas temu i morski horyzont przy oślepiającym mieście zlewał się z niebem w granatową pustkę. Echo ruszył dalej, robiąc wielki skok nad ulicą prowadzącą do bliższego mostu. Pod nim (a właściwie po jego prawej) przejeżdżały co jakiś czas samochody, ale ostatni most był całkowicie martwy. Dzielnica industrialna żyła głównie za dnia i nocą mało kto udawał się w jej kierunku, co sprzyjało planowi Kasumi. To był jedyny argument, który mógł skłonić pacyfistycznie nastawionego Hermesa do udziału w tej akcji. Teraz, gdy już na własne oczy zobaczył, że faktycznie nikt postronny nie musi ucierpieć, wróciło mu więcej pogodnego nastroju.
    W parę sekund dotarł na przeciwległy kraniec mostu, gdzie nie było przechodniów mogących zaniepokoić się widokiem dwójki Szczurów. Kas co prawda nie wyglądała specjalnie niebezpiecznie w dresach do łydki, sportowym obuwiu, kurtce i czapce z daszkiem, ale Ghan za to nie dość, że był w swoim standardowym ,,umundurowaniu" koreańskich NAVY, to na dodatek sprawdzał jeszcze po raz ostatni broń. Echo przykucnął na lampie latarni ulicznej.
    - Wspaniały wieczór na spacer - rzucił wesoło, chcąc zwrócić na siebie uwagę towarzyszy.
    Oboje spojrzeli do góry. Snajper upewniwszy się szybko, że to tylko wspomniany wcześniej ,,niebieski przyjaciel" Kas, wrócił do swoich spraw. Japonka natomiast uśmiechnęła się.
    - Jeszcze lepszy na zrujnowanie czyichś interesów - odpowiedziała. - Masz coś może dla mnie?
    - Oczywiście! - chłopak zsunął z ramienia czarny łańcuch i rzucił do niej. Kobieta złapała go, po czym sprawnie owinęła wokół przedramienia.
    - Wiesz co masz robić? - zapytała patrząc z powrotem na Merkurego.
    - Zawalić most tak, by statek się zatrzymał.
    - Wystarczy jedna połowa - wtrącił się Ghan, połowicznie skupiony na obracanym w ręku magazynku. - Kanały również obowiązuje ruch lewostronny.
    Hermes zastanowił się chwilę. Spojrzał na swoje dłonie, próbując sobie przypomnieć, która to lewa i którą stroną powinny jeździć samochody, czym skonfundował się jeszcze bardziej.
    - Czekaj, a ludzie nie jeżdżą prawym pasem? - spytał.
    Koreańczyk spojrzał w jego stronę, ale chłopak nie był w stanie wyczytać, czy cisza zapadła z zażenowania, czy też mężczyzna również zaczął się nad czymś zastanawiać. Kasumi pospieszyła z odpowiedzią na nurtujące biednego Kreatora pytanie:
    - Nie każdy kraj ma takie same przepisy drogowe. W Japonii obowiązuje ruch lewostronny. Tak samo jest w Shangri-la, bo Japończycy mieli najwięcej wkładu we władzy miasta.
    - A-haaa… - pokiwał głową ze zrozumieniem. - To głupie - dodał po chwili ciszy. - Czemu w całym Megalopolis nie jeździ się tak samo?
    - Przypłynęli na czas - Ghan przerwał nieistotny temat, wskazując w stronę świateł nadciągających od strony morza.
    Kas podeszła do barierki i odetchnęła głęboko.
    - No to do roboty - stwierdziła i zwróciła się do Hermesa: - Zatrzymaj się nieco przed połową i czekaj aż most się podniesie. Jeśli opuścisz go zbyt wcześnie, załoga zorientuje się, że coś jest nie w porządku. Ja zaczekam tutaj i wskoczę na pokład, gdy już zatrzymamy statek. Ghan będzie nas ubezpieczał stąd - jakby na potwierdzenie jej słów, chłopak usłyszał kliknięcie rozkładanego dwójnogu karabinu snajperskiego. Syknął pod nosem patrząc na maszynę śmierci dalekiego zasięgu i jej małomównego operatora. Nie chciał, by ktoś zginął, choćby nawet bardzo zły ktoś.
    - Dobra, a co potem? - zapytał szybko, zwracając myśli z powrotem na odpowiednie tory.
    - Upewnię się, że nikt na mostku nie wezwie pomocy ani policji - odparła Feniks. - A ty postaraj się zrzucić jak najwięcej kontenerów do kanału.
    - Nie mówiłaś wcześniej przypadkiem o wrzucaniu do wody broni?
    - Po co mamy wrzucać do wody kilka konkretnych ładunków, skoro wrzucenie wszystkich ściągnie więcej uwagi? Jeśli na dnie kanału będzie leżeć kilka zrzuconych na siebie kontenerów, mogą zacząć grozić uszkodzeniem przepływających łodzi. Miasto będzie musiało je wyłowić, a gdy to zrobi, wyjdzie na jaw zawartość niektórych z nich. Broń w Origami Hare już narobiła sporo zamieszania w mediach, teraz jeszcze dodamy do tego to i Takahachi będzie miał sporo papierkowej roboty na najbliższy miesiąc.
    - O ile w ogóle się tym razem z tego wymiga - dodał Godoghan. - To może być już za dużo jak na jego ubezpieczenie. A nawet jeśli, to i tak straci poparcie yakuzy. Może nawet uda nam się podrzucić policji adresy, o których sami nie mieliśmy pojęcia.
    - Dokładnie jak Fera tego chciała - podsumowała Kasumi, nie spuszczając oka ze zbliżającego się statku.
    Echo spojrzał na most. Nie wyglądał specjalnie. W zamyśle nigdy nie był atrakcją turystyczną i nie musiał być ładny. To był prosty most, który miał się unosić i opadać, nic więcej. Dzielnica industrialna miała działać, a nie robić wrażenie. Jedynym specjalnym dodatkiem były wmontowane w jezdnię, równo oddalone od siebie lampki rozłożone w białym pasie na środku - na moście zwodzonym nie dało się zamontować normalnych latarni do oświetlenia drogi - i podświetlone barierki. I chociaż to nie było nic specjalnego, Merkuremu nie było przyjemnie na myśl, że zaraz to wszystko zrzuci do rzeki... o ile w ogóle mu się to uda. Wcześniej nie chciał psuć Kasumi humoru, ale teraz, gdy patrzył na rozmiar mostu, zaczął wątpić we własne możliwości. Jak potężny musiał być mechanizm unoszący coś takiego? I ile siły będzie wymagało jego przeciążenie?
    Może nie zemdleję, stwierdził optymistycznie w myślach i zeskoczył z lampy na barierkę. A jeśli już, to przynajmniej wystarczająco się świecę, by ktoś w końcu mnie zauważył na dnie kanału i wyłowił.
    Usiadł prawie na środku, tak jak mu poleciła Kas, mając szeroką na dwadzieścia centymetrów przerwę w barierce po swojej lewej. Chociaż siedział w pozycji pionowej zgodnie z przyciąganiem ziemskim, nadal instynktownie przyciągał samego siebie do podłoża. To był już chyba wyuczony odruch, ale dzięki niemu przynajmniej zawsze miał kontrolę nad swoją równowagą. Echo czasem zastanawiało, czy ziemska grawitacja ma na niego jakikolwiek wpływ. Lubił myśleć, że tak nie jest, że w tym wypadku sam panuje nad wszystkim. Nikt mu nie będzie mówił, jak ma żyć i po jakiej powierzchni chodzić. Chyba właśnie dlatego przyciąganie się do każdej powierzchni, po której aktualnie się poruszał, było dla niego równie naturalne, co oddychanie dla istot żywych. Mógł umyślnie przestać to robić w każdej chwili, a gdy to robił, nie musiał się nad tym zastanawiać.
    To było nic w porównaniu do zniszczenia mostu.
    Patrząc na zbliżające się powoli światła, przypomniał sobie jedną ludzką piosenkę, którą zwykle śpiewały dzieci w przedszkolu. Miała prosty rytm, który łatwo utykał w głowie. Bezwiednie zaczął kiwać się na boki i nucić:
    - London bridge is falling down, falling down, falling down. London bridge is falling down, my fair lady...
    Była to chyba najprostsza wśród najstarszych ludzkich piosenek jakie usłyszał. Mimo to szybko odkrył, że nawet pośród Anglików - autorów oryginalnego tekstu - bardzo mało osób znało całość.
    - Build it up with wood and clay, wood and clay, wood and clay. Build it up with wood and clay, my fair lady.
    Wood and clay will wash away, wash away, wash away. Wood and clay will wash away, my fair lady...
    To bardzo stara piosenka, skoro pamięta czasy, gdy mosty były drewniane. Most Echo nie był niestety z drewna, a statek zbliżał się coraz bardziej...
    - Build it up with bricks and mortar, bricks and mortar, bricks and mortar. Build it up with bricks and mortar, my fair...
    Nagle chłopak poczuł drżenie. Rozejrzał się na boki. Sygnalizacja świetlna po obu stronach zaczęła ostrzegać, że most zaraz się uniesie. Echo zacisnął palce mocniej na poręczy i nucił dalej. Każda zwrotka dodawała mu otuchy.
    - Bricks and mortar will not stay, will not stay, will not stay. Bricks and mortar will not stay, my fair lady...
    Po chwili czasu poświęconej samochodom i ludziom na opuszczenie mostu (gdyby ktokolwiek poza Echo był w tamtej chwili na moście obecny), machina w końcu ruszyła i Hermes poczuł, że zaczyna się unosić do góry. Podniósł się z pozycji siedzącej w kucki, wbijając wzrok w transportowiec.
    - Build it up with iron and steel, iron and steel, iron and steel. Build it up with iron and steel, my fair lady...
    Echo spojrzał w stronę Kasumi i Godoghana. Kobieta czekała już na murku, tuż nad krawędzią kanału, a snajper obserwował cierpliwie statek nie wychylając się. Z pozycji Hermesa widać było, że trzyma w rękach swój karabin i jest gotów go rozstawić. Most w pewnym momencie szarpnął lekko, po czym zamarł uniesiony do granic. Wtedy Kas spojrzała w stronę Merkurego, uniosła w górę dłoń i opuściła ją gwałtownie. Sygnał był jasny: czas zacząć działać.
    Kreator zacisnął więc dłonie na barierce i zaczął napierać.
    Mechanizm odpowiedział mu natychmiast. Blokada utrzymująca most w niemal pionowej pozycji była niczym mur, który chłopak próbował zawalić siłą woli.
    - Iron and steel will bend and bow… bend and bow… bend and bow… - śpiewał sobie dalej, zaczynając wkładać w swój napór więcej siły.
    ,,Napór" to w sumie nie najlepsze słowo. Echo nie pchał mostu, tylko przyciągał go do dna kanału. Grawitacja dla tej połowy mostu musiała stać się silniejsza od mocy, z jaką mechanizm bezpieczeństwa trzymał ją w powietrzu. Ale uparciuch nie chciał dać się przeciążyć, zupełnie jakby zbudowano go z myślą o małych nadnaturalnych istotach, które chciałyby go zniszczyć.
    Kasumi tymczasem zaczęła się martwić. Statek płynął dalej, a most nie opadał. Ghan już zaczynał wątpić, że jej plan dojdzie do skutku, ale kobieta nadal wierzyła w zdolności Hermesa. Jeśli teraz im się nie uda, nie dostaną już drugiej szansy i będą musieli szukać innego sposobu na ostateczne pogrążenie Takahachiego. Most musiał runąć.
    Echo również zwrócił uwagę na statek. Za bardzo się zbliżał. Jeśli most opadnie za późno, wbije się w środek pokładu. Wtedy ucierpi wiele ludzi, a tego chłopak nie chciał.
    - No dalej... - wystękał. Dziób statku znalazł się już po nim. - Puśćże, ty wredna...
    I wtedy blokada się poddała.
    Część mostu, na której siedział Echo, najpierw opadła gwałtownie o parę metrów, a potem runęła z całą możliwą siłą. Merkury w ostatniej chwili przyciągnął się do drugiej połowy, nadal uniesionej w górę i stamtąd patrzył, jak pierwsza wbija się w dziób. Zgrzyt wyginającego się metalu był niemal przerażający. Statek przechylił się do przodu tak, że ster niemal cały się wynurzył. Do uszu Hermesa szybko dotarły zaskoczone okrzyki ludzi, którzy akurat byli na pokładzie i w momencie uderzenia prawie wylecieli za burtę. Kilka kontenerów zaczęło się przesuwać, grożąc zmiażdżeniem. Syknął, odwracając na chwilę wzrok. Nie taki był plan.
    Ale przynajmniej się zatrzymał, pomyślał, po czym przypomniał sobie o następnym etapie akcji. Odepchnął się od nadal stabilnej części mostu i przyciągnął w stronę pokładu.

Kasumi? Twoja kolej > <

czwartek, 27 grudnia 2018

Od Kasumi - Kilka rodzajów bełkotu

        Kas nie wiedziała nic o planie Sylve, póki nie usłyszała o wszystkim po powrocie do bazy. I chociaż powiadomiło ją o tym wiarygodne źródło (usłyszała o tym od samych wykonawców), chociaż świadoma była dziwnych zdolności nowego niebieskiego przyjaciela Francuza oraz chociaż - przede wszystkim - znała upór Leviego, nadal nie wierzyła, że okradnięcie placówki wojskowej może być dobrym pomysłem. Jej zdania nie zmienił nawet entuzjazm, z jakim duo wariatów dumnie ogłosiło powodzenie pierwszej fazy planu już w progu salonu. Feniks była w stanie przyznać rację geniuszowi Sylve dopiero następnego dnia, gdy ten zaprosił ją rano do Nory na oficjalne odsłonięcie swojej zdobyczy.
    Chociaż plandeka była zdecydowanie za mała, by ukryć śmigłowiec (ba! Ledwo zasłoniła kokpit), Berthier po prostu musiał z niej skorzystać. W końcu ,,odsłonięcie" nie wygląda widowiskowo, jeśli faktycznie czegoś nie odsłonisz. Tak więc Sylvain teatralnie zrzucił ciężki materiał, na co Lena i Kasumi - jedyna publiczność, na jaką mógł liczyć o tak wczesnej porze - zaklaskały z pobłażliwymi uśmiechami. Mężczyzna ukłonił się jednej i drugiej.
    - Dziękuję, dziękuję! - zaczął tonem prezentera telewizyjnego. - Ale najgłośniejsze brawa należą się sponsorom naszego małego przedsięwzięcia - tu z zadowoleniem poklepał logo na drzwiach kabiny. Dopiero teraz do Kas dotarł sens plandeki; Norę codziennie odwiedzało sporo osób i im mniej z nich interesowało się pochodzeniem śmigłowca, tym lepiej. Yakuza oczywiście wstępu nie miała tutaj od dawna - kontrolę nad kryjówką przemytników sprawowali głównie Europejczycy, za wyjątkiem Szczurów, które były mieszaniną ludzi każdego pochodzenia.
    - Dalej nie mogę uwierzyć, że to się wam udało - Charon pokręciła głową. - Jakim cudem dwoje ludzi weszło do azjatyckiej bazy wojskowej w biały dzień? A potem jeszcze wyjechało stamtąd ze śmigłowcem na pace.
    - Zdradzę ci sekret - Levi obejrzał się konspiracyjnie i dokończył szeptem: - Tylko jeden z nich był człowiekiem.
    - Czyli Echo odwalił kawał dobrej roboty? - Kasumi usiadła na jednej z podejrzanie wyglądających skrzyń za jej plecami.
    - Najlepszej, Kwiatuszku! PRZELECIAŁEM NAD DWUPIĘTROWYM MUREM! - mężczyzna wyszczerzył się szeroko. - Pomyśl tylko o potencjale możliwości naszego nowego przyjaciela... ten skok to był dopiero początek!
    - Skąd Fera was bierze...? - powiedziała na wpół do siebie Lena. Sylve już oddalał się w tylko sobie znanym kierunku.
    - Zewsząd! - zawołał jeszcze przez ramię.
    Wrócił po kilku minutach, obładowany puszkami farby w sprayu. Wrzucił wszystko na fotel pilota, po czym oddalił się od machiny i usiadł obok Kas. Wyciągnął przed siebie ręce, przyglądając się śmigłowcowi przez ,,kadr" ze złożonych palców wskazujących i kciuków. Feniks uśmiechnęła się. Chyba już wiedziała, co będzie następnym krokiem w planie Sylvaina.
    - Masz już jakiś projekt? - zapytała, wskazując brodą pojazd.
    Levi uśmiechnął się szeroko.
    - Jeszcze nie - odpowiedział. - Ale to tylko kwestia czasu. Elen już zaopatrzyła mnie we wszystkie potrzebne materiały.
    - ,,Elen"?
    - Pełne imię Charon.
    - Helena - poprawiła go Polka, opierając się plecami o śmigłowiec, by móc stanąć naprzeciwko nich.
    - ,,Ke-le-na"? - powtórzyła Kasumi, unosząc brew. - Co to za sylaba na początku?
    - Tam jest ,,H".
    - Nie powinno być nieme?
    Sylvain parsknął śmiechem
    - To jeszcze nie najgorsze, co Polacy mają do zaoferowania... - nagle wpadł mu do głowy genialny pomysł. Uśmiechnął się diabolicznie. - Nie chcesz wiedzieć, jak Lena ma na nazwisko.
    Kas zmarszczyła brwi, nieumyślnie dając się wciągnąć w pułapkę Berthiera.
    - Poważnie. Jest niewypowiedzialne - zapewnił ją.
    - Może dla ciebie - kobieta założyła ręce na piersi.
    - Jestem Europejczykiem, a nawet mnie zagięło... - ciągnął dalej.
    - Czy to wyzwanie?
    - A tak brzmi? - na usta Leviathana wypełzł szelmowski uśmiech.
    W głowie Kas na jego widok zapaliła się czerwona lampka, ale zignorowała oczywiste ostrzeżenie. Jakieś NAZWISKO miałoby ją wystraszyć? W żadnym ludzkim języku nie ma niewypowiedzialnych słów. Przekonała się już o tym, gdy mama, pół Austriaczka, uczyła ją podstaw angielskiego, niemieckiego i francuskiego. Z dwóch ostatnich języków zapamiętała tyle, że niektóre słowa tylko wyglądają strasznie. Z tą świadomością wbiła wyczekujący wzrok w Lenę.
    Zielonowłosa spoglądała to na Japonkę, to na zdecydowanie zbyt zadowolonego Sylvaina, aż w końcu przewróciła oczami i wypowiedziała to jedno iście przerażające słowo:
    - Sobieszczańska.
    Chociaż zrobiła to powoli, lekko akcentując sylaby, by ułatwić jej zadanie, Feniks i tak musiała się chwilę zastanowić nad tym, co dokładnie usłyszała. Kątem oka widziała, jak ramiona Sylve trzęsą się z tłumionego śmiechu.
    - Możesz powtórzyć? - poprosiła Lenę. Nie ustalali z Francuzem żadnych warunków czy ograniczeń i zamierzała ten fakt wykorzystać.
    Polka powtórzyła powoli swoje nazwisko, starannie oddzielając sylaby. Kasumi spróbowała wymówić je bezgłośnie równo z nią, potem jeszcze kilka razy poruszyła ustami na próbę. W końcu zebrała się do niepewnej, łamanej odpowiedzi:
    - Sobi-si-cia-nisaka.
    Sylvain w końcu wypuścił długo wstrzymywany chichot. Zila fuknęła tylko, zakładając ręce na piersi. Dotarło do niej, że dała się nabrać na jakiś dowcip już gdy po raz pierwszy usłyszała złowieszcze nazwisko i tak naprawdę była winna samej sobie. Nie przeszkadzało jej to jednak podąsać się chwilę nad swoją urażoną dumą. Charon, chociaż wesołości Leviego nie podzielała, uśmiechnęła się pod nosem patrząc na uradowanego Francuza.
    - Śmiej się do woli, Sylvain, ale Kasumi przynajmniej wypowiedziała je w całości - wytknęła mu.
    Mężczyzna umilkł natychmiast (ale nadal się uśmiechał) i podniósł się z półleżącej pozycji.
    - Co się wydarzyło przed dwoma dniami jest już reliktem przeszłości - podniósł do góry palec wskazujący dla dodania swoim słowom powagi.
    - Mam Erro jako świadka - zauważyła Lena.
    - Ha! Ślicznotka nigdy mnie nie wyda!
    - A Fera? Też tam była.
    - Różyczki w to nie mieszaj! To sprawa wyłącznie między nami...
    Feniks w pewnym momencie przestała ich słuchać - do jej uszu dotarły odgłosy rozmowy, dosyć entuzjastycznej. Chwilę później od strony wejścia nadeszła grupa mężczyzn. Wydawali się świetnie bawić w swoim towarzystwie, gadając tak głośno, że Kas byłaby w stanie zrozumieć każde słowo, gdyby znała język, w jakim nieznajomi rozmawiali. Brzmiał dla niej jak zupełny bełkot, ale przynajmniej TEN rodzaj bełkotu rozpoznawała.
    - To Rosjanie? - upewniła się, przerywając Lenie i Sylve udawaną kłótnię.
    Sylvain wyciągnął szyję, próbując zobaczyć towarzystwo zza śmigłowca. Polka natomiast musiała wyjść dwa kroki do przodu, zatrzymując się prawie obok nich. Początkowo wyglądała na zaniepokojoną spostrzeżeniem Kasumi, ale gdy przyjrzała się grupie tylko machnęła niedbale ręką.
    - Ludzie Kuglarza - odpowiedziała tonem, jakby miało to wszystko wyjaśnić. Kasumi jednak nie mówiło to absolutnie nic. Znała sytuację kryminalną w Shangri-la, jednakże problemy innych miast były jej całkowicie obce. Sylve również nie wyglądał na usatysfakcjonowanego odpowiedzią.
    - Kto to taki? - dopytał.
    - Nikt, kim musielibyście się przejmować - Lena wzruszyła ramionami. - Ma jakieś wpływy w Edenie, ale powoli kończą mu się opcje. Z tego, co słyszałam, ciągle marzy o powrocie czasów świetności rosyjskiej mafii - prychnęła kpiąco. - To, co robi teraz, ledwie można nazwać gangsterką w porównaniu do Włochów czy yakuzy...
    Mafia czy nie, grupa i tak nie zdobyła zaufania Kasumi. Kobieta przyglądała się każdemu mężczyźnie po kolei, aż jej wzrok zatrzymał się na twarzy całkowicie nie pasującej do reszty. W pierwszej chwili Feniks uznała nieznajomego za chłopca - miał delikatne rysy, prosty nos i pełne usta, będące mocnym kontrastem do surowych, wydawałoby się obdartych czasem i doświadczeniem oblicz towarzyszy. Duże oczy otaczały gęste, ciemne rzęsy. W lekkim czarnym płaszczu przypominał bardziej modela z okładek magazynów niż gangstera. Fushicho zastanawiała się, co tak niewinnie wyglądający człowiek robił wśród ludzi Kuglarza, dopóki ten (najpewniej wiedziony instynktem zawodowego ochroniarza) nie spojrzał w jej stronę. Chociaż jego oczy miały ciepłą brązową barwę, Kas przeszył paskudny chłód. Był to wyraźny znak, że mężczyzna nie żywił dobrych uczuć wobec obcych. Nawet Ghan cieplej na mnie spojrzał, przeszło jej przez myśl. Po chwili jednak się poprawiła: Tuyen patrzył na ludzi profesjonalnym okiem. Mogli mu być potrzebni lub nie, ale nie powodowało to, że ich mniej lub bardziej lubił. Ten facet natomiast ocenił Kasumi jak najbardziej emocjonalnie i wcale nie przypadła mu do gustu.
    - Kim on jest? - pomyślała na głos. Nieznajomy tymczasem zatrzymał się, przekładając między palcami jednej dłoni jakiś przedmiot, chyba monetę. Dalej patrzył na Feniks, która nie zamierzała przerwać kontaktu wzrokowego.
    Lena od razu pojęła, o kogo jej chodzi.
    - To Raskolnikow, jeśli dobrze pamiętam. Mutant Kuglarza - wyjaśniła. -Przysyła go tu czasem w formie ochrony. A gdy staruszek osobiście gdzieś wychodzi, to chłopak nie opuszcza go na krok. Chyba mu się nie spodobaliście - stwierdziła i pomachała do niego przyjaźnie. Mutant chyba ją znał, bo po tym znaku uznał, że nie musi się przejmować obcymi. Schował monetę do kieszeni i ruszył dalej, by dogonić resztę Rosjan.
    Japonka skrzywiła się na słowa Charon. Spotkała się już wcześniej z podobnymi sformułowaniami względem ludzi jej pokroju. Sama przez długi czas była w oczach yakuzy ,,mutantką Orochiego", a dopiero potem jego córką. Ba, o Ferze i jej ,,armii mutantów" już zaczęły krążyć słuchy, zapewne przez niewyparzone gęby pomniejszych pracowników. W przestępczym świecie Megalopolis posiadanie na swoich usługach mutanta bywało argumentem rozwiązującym nawet poważne spory. Wystarczyło tylko zbudować wokół swojego podopiecznego odpowiednią reputację i mógł już tylko strasznie wyglądać u boku szefa. Właśnie tak działał lodowaty wzrok i beznamiętny wyraz twarzy młodego Rosjanina - nie musiał robić absolutnie nic więcej, by zniechęcić potencjalnych delikwentów do niezdrowego zainteresowania sprawami Kuglarza.
    Sylve odprowadzał Raskolnikowa zaciekawionym wzrokiem. Interesowało go teraz coś, co Kasumi również przyszło na myśl:
    - Co takiego potrafi?
    - W sensie, pytasz o jego zmutowane zdolności? - Lena po krótkim namyśle wzruszyła ramionami. - Nigdy nie widziałam go w akcji. Moje interesy rzadko wychodzą poza Norę, ani tym bardziej nie pcham się z nimi do Rosjan. To miejsce jest neutralnym gruntem, na którym mutanci z reguły nie muszą się chwalić swoimi umiejętnościami.
    - Może sami go zapytamy? - rzuciła Feniks.
    Polka parsknęła śmiechem
    - Nie znam się na ludziach, ale ten akurat nawet mi nie wygląda na rozmownego typa - stwierdziła.
    Z tym Zila nie zamierzała się kłócić.

        Telefon od Ghana wyrwał ją z bazy dwie godziny później. Do Shangri-la dotarła około południa. Pogoda od wczoraj się pogorszyła - słońce zakrywały chmury, ale na deszcz póki co się nie zapowiadało. Tylko ten wiatr był paskudny. Kas ledwo wyszła na peron i wzdrygnęła się, od razu zapinając kurtkę. Pozostało się cieszyć, że w biegu i tak nie będzie czuła chłodu.
    Tak jak poprzednim razem, Ghan nie podzielił się z nią zbyt wieloma szczegółami. W sumie przed ich wczorajszą akcją dowiedziała się więcej niż dzisiaj. Miejsce spotkania zdziwiło ją tym bardziej: kazał jej zatrzymać się przy pierwszym moście od strony morza nad kanałem w dzielnicy industrialnej. Patrząc na mijającą ją ilość ludzi i samochodów przejeżdżających na drugą stronę stwierdziła, że plan chyba jeszcze tkwił w fazie spokojnej obserwacji. O ile Koreańczyk nie zamierzał rozkładać karabinu na środku chodnika.
    Na szczęście niczego takiego na miejscu nie zastała. Zmartwiło ją za to, że nie miała pojęcia, jak w tłumie ludzi rozpoznać Ghana, jeśli ten przyjdzie na spotkanie w cywilu. Zatrzymała się przy barierce na brzegu kanału i rozejrzała w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogło zdradzić, że którykolwiek z Azjatów wokół niej był koreańskim snajperem z problemami społecznymi. Może przyszłam pierwsza?, pomyślała. Było to jak najbardziej realne wytłumaczenie - jej przebycie miasta zajmowało czasem nawet kilka minut. Wzruszyła więc ramionami i oparła się na barierce, patrząc na płynące kanałem łódki.
    Shangri-la czerpało sporo korzyści z dostępu do oceanu. Dawało mu to wiele już jako atrakcja turystyczna, dzięki swojej sztucznej plaży na brzegu dzielnicy finansowej, ale był to przede wszystkim bilet do handlu zagranicznego. Wszelkie wyroby Megalopolis, których wyspa nie wykorzystywała, trafiały do tutejszych doków, a potem kanałem na otwarte wody w rejs na kontynent. W dzielnicy industrialnej wykopano kanał na tyle głęboki i szeroki, by przepuścić obok siebie dwa statki towarowe bez ryzyka kolizji. Żeby ułatwić ruch uliczny, nad kanałami zbudowano mosty zwodzone. Potężne konstrukcje w razie nadpływającego większego okrętu dzieliły się w połowie i unosiły do góry, uprzednio ostrzegając z kilkuminutowym wyprzedzeniem przechodniów i kierowców, dając im czas na opuszczenie mostu. Transportowce takiego rozmiaru pływały jednak przez kanał tak rzadko, że ludzie czasem zapominali o dodatkowych funkcjach mostów, dopóki nad wjazdem nie świeciły się czerwone światła i nie rozlegał się ostrzegawczy sygnał.
    Teraz most leżał na swoim miejscu, a gigantyczne machiny unoszące ukryte pod stopami Kas i warstwą betonu spały, gotowe obudzić się w każdej chwili. Kobieta obejrzała całą długość mostu, prostego w budowie w porównaniu do tych, które widywała podczas odwiedzin w Japonii. Nagle jej uwagę zwrócił ruch. Ktoś do niej pomachał z mostu, jakieś dziesięć metrów od brzegu. Czyżby Ghan?
    Nie pomyliła się. Chociaż Tuyen bez swojego sprzętu nie przypominał siebie, wystarczyło jedno spojrzenie na kamienny, zamyślony wyraz twarzy, by stwierdzić, że to on. Tak jak słusznie zgadła kolor oczu Felixa, tak samo trafnie Feniks obstawiła wygląd Ghana. Spędziła całe dzieciństwo w towarzystwie podobnych twarzy - surowych, spiętych, szukających zagrożenia. Jednego tylko nie przewidziała: Koreańczyk wpatrywał się w morze z lekko nieobecnym wyrazem, którego nigdy by się po kimś takim nie spodziewała. Nawet nie spojrzał w jej stronę, gdy oparła łokcie na barierce obok niego. Wzrokiem w tym samym kierunku, ku pozbawionemu przeklętych chmur horyzontowi.
    - Ładny widok - powiedziała.
    Ghan oczywiście nic na to nie odpowiedział. Zamiast zaczynać rozmowę od przyjemniejszych spraw, przeszedł od razu do interesów:
    - Dowiedziałem się, skąd Origami Hare przyjmowało dostawy - skinął głową w stronę wypływającego właśnie statku. - Co miesiąc do miasta przypływa statek obładowany kontenerami zaadresowanymi do różnych firm. Kilka zawsze trafia ręce ludzi Takahachiego. Część zostaje w Shangri-la, reszta jedzie do Edenu na handel z tamtejszymi gangami.
    - Na przykład do Kuglarza? - zgadywała Kasumi.
    Tuyen zmarszczył brwi.
    - Skąd wiesz?
    - Coś tam słyszałam - machnęła niedbale ręką. - To co z tym statkiem?
    - Wpływa do kanału dzisiaj w nocy. Pracownicy Takahachiego na pokładzie nie mają jeszcze pojęcia, że ich przykrywka w Origami Hare jest spalona.
    - Czyli zrobimy im niespodziankę.
    - To nie takie proste.
    - Z tobą nic nie jest proste - mruknęła pod nosem Japonka. - Niech zgadnę: musimy zainteresować jakoś policję?
    - Nie tylko ją. Po tej akcji Takahachi już na pewno będzie wiedział, z kim ma do czynienia. Musimy zająć go czymś jeszcze gorszym od policji.
    - Opinia publiczna - Kas uśmiechnęła się mimowolnie. Chyba nabrała tego zwyczaju od Sylve i Fela. - Coś, czego nie da się zatuszować łapówkami.
    - Problem w tym, że nie potrafię robić zamieszania...
    - Więc zostawiasz to mi - wcięła się w słowo Ghanowi. Zabębniła palcami w barierkę. - Czas obudzić wewnętrznego Berthiera...
    - Co?
    - Ćśś, daj mi pomyśleć - Fushicho rozejrzała się wokół w poszukiwaniu inspiracji.
    Przypomniała sobie wszystkie głośne historie w mediach, o jakich słyszała, włączając w to akcje Szczurów z ostatniego czasu. Blackouty, neonowa dyskoteka na środku skrzyżowania, napad na bank kilkaset metrów nad ziemią, zburzenie starego budynku w blasku fajerwerków, strzelaniny z udziałem Fery, Chiena i pewnie jeszcze wielu innych osób... wszystko to było głośne, a wiele z tych rzeczy zrobiono niemalże na pokaz. Sama, gdy malowała wielkie pozdrowienie dla całego Megalopolis zgodnie z instrukcjami Sylve i Fela, nie widziała większego sensu w tym wszystkim. Sensu, który zrozumiała dopiero po spędzeniu więcej czasu wśród Szczurów. To nie była tylko głupia sensacja - to był wyraźny znak dla całego miasta, kto tak naprawdę rządzi w okolicy oraz - często nieumyślnie - perfekcyjna przykrywka dla realnie niebezpiecznych działań gangu. I właśnie ten drugi cel przyświecał teraz interesom Ghana i Kas. Musieli zrobić coś tak głośnego, że ludzie będą w szoku jak w ogóle coś podobnego mogło się wydarzyć...
    Nagle ją olśniło. Przestała się rozglądać i zamiast tego spojrzała pod nogi.
    - Zatrzymajmy statek - powiedziała.
    - Jak zamierzasz to zrobić?
    - Czy mosty są zautomatyzowane?
    - Nie - Ghan pokręcił głową. - Nie da się ich zautomatyzować przy tak nieregularnym rozkładzie dostaw. Sterują nimi ludzie w Centrum Transportu i Komunikacji.
    - Przejęcie go, to chyba zbyt śmiały ruch, co?
    - Nawet jeśli by się to nam udało, załoga na statku zwróciłaby uwagę, że most się nie podnosi i zatrzymaliby się o wiele wcześniej. Skontaktowaliby się z Centrum, a po braku odpowiedzi zgłosiliby to dalej. Nie mielibyśmy wiele czasu, zanim policja pojawiłaby się na miejscu, na dodatek nie przy moście, tylko w samym CTK. Takahachi nie miałby ze sprawą nic wspólnego.
    Kasumi zastanowiła się. Jak zatrzymać statek za pomocą zwodzonego mostu tak, by wziąć go z zaskoczenia? Skoro nie mogli go podnieść i gwałtownie opuścić...
    Pomyśl tylko o potencjale możliwości naszego nowego przyjaciela...
    - Bełkot - stwierdziła nagle, doznając olśnienia. - Z całym szacunkiem, ale wszystko co mówisz, to tylko bełkot przy naszych możliwościach.
    - O czym ty mówisz? - Ghan już całkowicie się pogubił w toku myślenia Fushicho.
    - Zaledwie przedwczoraj siedziałeś w naszej bazie w towarzystwie ludzi zdolnych do wszystkiego. Nie musimy wchodzić do CTK. Nie musimy powstrzymać tego mostu przed podniesieniem... możemy go zawalić.
    Mężczyzna dalej nie wyglądał na przekonanego jej słowami. Ale jego zdanie od tego momentu już nie miało znaczenia. Kasumi już doskonale wiedziała, co zrobi.
    - Do wieczora wszystko ci wyjaśnię - obiecała. - Tylko najpierw potrzebuję zadzwonić po mojego niebieskiego przyjaciela.

Ghan? Echo? Masz pole do popisu, Red :3

środa, 26 grudnia 2018

Od Feliksa (CD Jekyll i Hyde) - ,,Ty masz twarz!"

        - TY MASZ TWARZ! - Cup brzmiała na o wiele bardziej podekscytowaną tym faktem, niżby Felix tego chciał.
    Ba, on ogółem się z tego faktu nie cieszył.
    Wszyscy już do tej pory przyzwyczaili się do faktu, że główny informatyk Szczurów (do niedawna właściwie ich jedyny informatyk) nie pokazuje swojej mordki właściwie nikomu. Nawet sam na siebie rzadko patrzył, jeśli na twarzy nie miał swojej maski - cuda technicznego, z którego był niezwykle dumny. Potrafiła wyczytywać mimikę nosiciela i odpowiednio ją przekazywać w znakach interpunkcyjnych na wizjerze. To był jeden z najbardziej dopracowanych systemów w karierze Ćwieka oraz chyba najdłużej działający bez potrzeby poprawek. Maska po prostu była idealna od samego początku, nie potrzebowała usprawnień ani innych znaczących zmian. To był jego wyraźny znak dla świata ,,Też jestem niezwykły!".
    A teraz leżała przed nim na stole z osmalonymi obwodami i zepsutym wyświetlaczem. Chłopak dalej nie był w stanie uwierzyć, co się właściwie stało. Stojąca obok Hyde po raz pierwszy tego wieczoru bardziej przypominała Violet - patrzyła na Fela z mieszaniną zakłopotania i niepewności, nie do końca wiedząc jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Cup dalej przyglądała mu się spod biurka. Z jej strony nie mógł liczyć na nic więcej, poza chwilą zafascynowania w ciszy. Ku zdziwieniu Feliksa, pierwszą osobą, która się odezwała, był RatFace:
    - Co się stało? - w głosie chłopaka pobrzmiewało autentyczne zdumienie, to samo, które dalej ogarniało samego Fela. Wydarzenie sprzed kilku minut po prostu wychodziło poza ich zrozumienie.
    - Żebym to ja sam wiedział... - Australijczyk przeczesał palcami włosy, na tyle, na ile pozwalał mu kucyk z tyłu głowy. Spojrzał znowu na bezużyteczną już maskę. - Tyle lat i dopiero teraz coś się dokumentnie spieprzyło...
    - Mogę zobaczyć? - ożywienie w głosie cichego do tej pory programisty było aż dziwne. Ćwiek już zakładał, że raczej tego wieczoru jeszcze nie uda mu się z nim porozmawiać po ludzku.
    - Pewnie... - odpowiedział, wbrew woli tonem lekko zaprzeczającym treści. RatFace delikatnie wziął do rąk uszkodzony sprzęt i zaczął go badać okiem specjalisty. Kto jak kto, ale dla niego praca z maskami musi być przyjemnością, przeszło Felowi przez myśl. Ironicznie, miał zamiar zachęcić chłopaka do rozmowy właśnie tym tematem. Jakby nie było, oboje trzymali się tego samego dziwactwa...
    A przynajmniej do niedawna.
    Gdy dzieciak zajął się maską, Hyde w końcu zebrała się na odwagę, by się odezwać.
    - Przepraszam? - zaczęła niepewnie. - Miałam jej pilnować... jak bardzo jesteś na mnie wściekły?
    Felix posłał jej powątpiewające spojrzenie. Wskazał na siebie dłońmi.
    - Czy ja wyglądam na kogoś, kto się wścieka? - zapytał. Odpowiedź była tak oczywista, że nie musiał jej oczekiwać. - Nie jestem zły. Po prostu... smutny?
    Hiccup wydała dźwięk, jakby głośno wciągnęła powietrze.
    - Zasmuciłam cię?! - przeraziła się. Jej głos złamał się w połowie, jakby miała się rozpłakać.
    - Nie, nie, to zły termin - powiedział szybko haker. - Bo wiesz, Cup, ja po prostu rzadko zdejmuję tę maskę i bez niej jest mi... dziwnie. Ale zaraz mi przejdzie! - spróbował się uśmiechnąć, chociaż sam nie wierzył we własne słowa.
    - Naprawdę? - wielkie świecące oczy zamrugały kilka razy. - Nic się nie stało?
    - Nic! Absolutnie! Niczym się nie przejmuj - blondyn poklepał metalowy ,,łeb" Czkawki. Robocikowi od razu zrobiło się lepiej.
    - Jesteś tego absolutnie pewien? - rzuciła szeptem Hyde.
    Dał jej ręką znak, by na razie siedziała cicho i zwrócił się do RatFace'a:
    - Hej, może pokażesz Hiccup jak działa moja maska?
    Chłopak zrozumiał ukryty przekaz. Zawołał niepewnie Cup i przeniósł się z nią trochę dalej do salonu. Gdy Fel już się upewnił, że jest zajęta, opuścił bezsilnie czoło na blat biurka i zamknął oczy. Mruknął pod nosem coś, czego raczej wolał swojego adoptowanego robota nie uczyć. Hyde usiadła na krześle RatFace'a i przysunęła się obok niego.
    - Na pewno wszystko w porządku? - ponowiła pytanie. W jej głosie nadal słyszał poczucie winy, co jego samego wpędzało w podobny stan. Nie chciał nikogo smucić własnym dołem. Nie zamierzał się też wyżalać ze wszystkiego. To była tylko głupia maska! To tylko jego problem i reszta nie powinna się tym martwić. Im bardziej sobie to powtarzał, tym głębszego był przekonania, że takie właśnie powinien przyjąć podejście. A przynajmniej na widoku. Z sednem problemu poradzi sobie sam.
    Dlatego, gdy w końcu odpowiedział, postanowił poruszyć nieco inny, ale równie dręczący go problem:
    - Jak reszta wróci, to będzie Sajgon - Felix uniósł głowę i wyprostował się.
    - Ehm… a niby dlaczego?
    - Zastanów się: nigdy, PRZENIGDY nie zdejmowałem maski przy NIKIM - powiedział powoli, patrząc Hyde w oczy. - Jaka może być reakcja Fery, Dana, Sylve...?
    - Będą... zdziwieni?
    - Więcej. Przez cały wieczór wszystko będzie się kręcić wokół faktu, że moją durną maskę trafił szlag. Fera nie da mi spokoju przez najbliższe kilka dni! - chłopak machnął rękoma zrezygnowany. Nie lubił być w centrum uwagi. Znaczy, jak chyba każdy Szczur czerpał satysfakcję z rozgłosu, ale w przypadku Feliksa on sam nigdy nie był głównym tematem wieczornych wiadomości. Jego wynalazki i pomysły, owszem, ale nie ich twórca.
    - Wiesz... chyba po prostu musisz to przeżyć - Jacqui nie miała pojęcia, co innego mogła mu teraz doradzić. Dlatego pozostało jej ubrać w słowa to, o czym już wiedział, ale nie chciał dopuścić do wiadomości. Potem już tylko szturchnęła go przyjacielsko w ramię: - Lepiej się rozchmurz, bo Cup faktycznie się rozpłacze, gdy cię zobaczy - po tych słowach zostawiła go ze swoimi myślami.
    Fel westchnął, odchylając głowę do tyłu. W głowie kręciło mu się naraz tyle rzeczy, że nie miał pojęcia, czym się martwić dalej. Czy będzie w stanie naprawić maskę? A nawet jeśli, to czy będzie sens ją z powrotem zakładać, gdy już wszyscy go bez niej zobaczą? W namyśle pogładził bruzdowaty policzek, noszący ślady po wyjątkowo paskudnym trądziku. Przypomniały mu się czasy przed maską, gdy młody, niepewny siebie dzieciak z Melbourne wolał kryć się po kątach niż szukać towarzystwa. Ćwiek był inny. Był pewny siebie, nie bał się ludzi, sporo osób go lubiło. Czy pod maską aby na pewno siedział ten sam człowiek? Jeśli tak, to skąd ta mieszanka zaniepokojenia, zdenerwowania i strachu? Czy Felix mógł być dalej sobą ze swoją prawdziwą twarzą?
    Nagle uderzyła go złość. Nie taka normalna - Fel nie miał przecież w zwyczaju się gniewać na cokolwiek... poza sobą. Na siebie mógł być wściekły. Teraz głównie z powodu własnej głupoty. Przecież to tylko maska. Maska nie mogła być jego osobowością. To nie ona zrobiła z niego człowieka, jakim jest. To nie ona zwróciła na siebie uwagę Fery Rosy, to nie ona udowodniła swoją wartość jako hakera, to nie ona zaskarbiła sobie przyjaźń Sylve, Kasumi i tylu innych ludzi. I jak się teraz, kurna, nie weźmie w garść, to pozwoli kawałkowi złomu zabrać mu tego wesołego siebie!
    Z tą myślą udało mu się zebrać siły na swój zwyczajowy uśmiech, który do tej pory wszyscy mogli jedynie wyczuć w tonie głosu i postawie... i który zbladł równie szybko na dźwięk głosu stojącej w drzwiach Strzygi:
    - Osztywżyciu! - wypaliła na jednym oddechu i w mgnieniu oka doskoczyła do Feliksa. - Ćwoku, czy ty masz twarz?!
    - Zaczęło się... - westchnął, nie kierując tych słów do kogokolwiek konkretnego. Hyde stłumiła śmiech.
    Strzyga tymczasem chwyciła głowę Ćwieka w obie ręce i obracała nią, jakby oglądała fascynujący okaz. Stała tak blisko, że chłopak mógł się przyjrzeć z bliska jej nienaturalnym kłom, które szczerzyła w tym razem rozweselonym uśmiechu. Mimo tego Felowi przeszło przez myśl, że to samo widują tylko jeńcy słynnej inaczej przywódczyni Szczurów.
    - Danny, widziałeś?! - zawołała przez ramię, chociaż wchodzący do salonu cyborg doskonale wszystko słyszał.
    Haker zerknął na Daniela, ale mężczyzna typowym sobie zwyczajem nie okazywał wiele emocji.
    - Miło cię w końcu widzieć, Fel - powiedział tylko i przeniósł swoją uwagę na Cup, która wręcz obijała mu się o kolana próbując się przywitać.
    - Ja nie mogę - Fera w końcu puściła twarz blondyna. - W wejściu już chwytałam za broń, bo cię nie poznałam!
    - Twój ton jest zbyt wesoły jak na sens tego zdania... - stwierdził haker.
    - Co ci się stało z maską? - rozejrzała się w poszukiwaniu wspomnianego przedmiotu. - Baterie wysiadły? Spłonęła? Cup ją zeżarła?
    - Coooo zrobiłam? - zapytał robocik.
    - Zepsuła się - odparł Fel tonem świadczącym o zakończeniu tematu.
    - Oookej, ktoś tu ma zły humor - Meksykanka wyprostowała się i poczochrała go ręką po włosach. - Nie będę cię zamęczać. I tak zaraz Sylve wróci...
    Felix wziął głęboki, sfrustrowany wdech i spróbował wrócić do tego, co robił jeszcze zanim jego maskę trafił szlag. Odsłonięta twarz przecież nie mogła mu przeszkadzać w prostej robocie, prawda? Poza tym, może reszta zostawi go w spokoju, jeśli zobaczy, że jest czymś zajęty...
    Plan działał, aż do bazy wróciła Kasumi. Wyglądała na wyjątkowo zadowoloną, jakby wcale nie spędziła czasu z tym - Fel aż się wzdrygnął - Koreańczykiem. Biedna Kas.
    - Kasumi! - Hiccup tradycyjnie popędziła przytulić się do kolan na powitanie. Fushicho, nie przyzwyczajona jeszcze do obecności robota, niemal się wywróciła.
    - Cześć, mała - uśmiechnęła się mimo tego. Spojrzała na towarzystwo w salonie, pochylone nad RatFace'em i maską Ćwieka. - I cześć wszystkim.
    Fera uniosła głowę do góry.
    - Jak tam zajączek z papieru? - zapytała, mając na myśli hurtownię Takahachiego, którą miała się zająć z pomocą Godoghana.
    - Poszło gładko. Jutro o wszystkim dowie się policja - odpowiedziała Kas, na co szefowa uśmiechnęła się zadowolona. Japonka szybko zmieniła temat: - Co tam takiego macie, że nawet Dan się zainteresował?
    Kanadyjczyk spojrzał na nią krótko, ale nic nie dopowiedział. Fel natomiast mimowolnie wydał nieartykułowalny dźwięk, coś pomiędzy sykiem, a głośnym wdechem. Kasumi natychmiast popatrzyła w jego kierunku i zmrużyła podejrzliwie oczy.
    - Felix? - zapytała.
    Chłopak obrócił się na krześle, starając się przybrać pozytywny ton.
    - Ta-da! - rozłożył ręce. - Rozwalili mi maskę.
    - Kto? - kobieta zmierzyła pomieszczenie zimnym wzrokiem, jakby szukała winowajcy. Cokolwiek planowała, zrezygnowała z tego, gdy Hyde dyskretnie wskazała Czkawkę.
    Kas - podobnie jak Fera, ale bardziej taktownie - przyjrzała się jego twarzy i uśmiechnęła lekko, widząc, że chłopakowi potrzeba trochę otuchy.
    - Tak myślałam - powiedziała po chwili.
    - Co myślałaś? - Fel zmarszczył brwi.
    - Że masz niebieskie oczy.
    Fera parsknęła śmiechem.
    - Bo jest pełnokrwistym Australijczykiem? - skomentowała. Teraz to Ćwiek posłał jej mordercze spojrzenie... cóż, na tyle mordercze, na ile Fel umiał mordować ludzi wzrokiem.
    - Nie - Kasumi założyła ręce na piersi i spojrzała z powrotem na przyjaciela. - Pasują do twojego charakteru.
    Haker nie za bardzo wiedział jak na to odpowiedzieć. Brzmiało jak komplement. Uśmiechnął się więc tylko niewinnie i wzruszył ramionami.
    Zanim rozmowa potoczyła się dalej, do bazy głośno wrócili ostatni na dzisiaj ludziez Echo wskoczył przez otwarte drzwi, od razu lądując na suficie i rzucił wesoło ,,Cześć". Zaraz za nim do środka wpadł najpierw głos, a potem reszta najsłynniejszego Francuza w Megalopolis:
    - Zróbcie miejsce dla najlepszych złodziei jakich widziało to miasto!
    Fera wstała zza stołu i przystanęła obok Hermesa, patrząc wyczekująco na Sylve. Chłopak wstał, dzięki czemu jego głowa znajdowała się na tej samej wysokości, co reszty. Oboje z Berthierem wyprostowali się dumnie.
    - Ukradliśmy śmigłowiec z shangrilaskiej bazy wojskowej! - mężczyzna wyciągnął rękę do góry, by klepnąć swojego wspólnika w plecy.
    Cup i Hyde zaklaskały, Fera dołączyła do nich po chwili. Uśmiech na jej ustach po prostu nie chciał tego wieczora zgasnąć - wszystko szło po jej myśli.
    - Fera, czy oni mówią poważnie? - Dan przechylił głowę, jakby się przesłyszał.
    - Ze wszystkich ludzi akurat ty, mój francuskojęzyczny przyjacielu, oskarżasz mnie o blef? - Sylvain założył ręce na piersi wyraźnie oburzony. - Oczywiście, że okradłem bandę Azjatów!
    - A ja mu pomogłem - dodał wesoło Echo, siadając z powrotem.
    Cyborg tylko westchnął, unosząc bezradnie ręce do góry. To nie on był w ekipie Leviathana i nie on musiał się tym wszystkim martwić. Sylvain zadowolony z tego małego zwycięstwa przypomniał sobie o bardzo istotnej sprawie. Rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu swojego kolczastego przyjaciela. Co najmniej kilka razy przejechał wzrokiem po Feliksie, ale go nie poznał. W końcu stanął skonfundowany.
    - Hej, gdzie Kolczatka? - zapytał. - Znowu szuka dziwnych ludzi na mieście?
    - Po moim trupie - odezwał się Fel. - Nigdy więcej powtórki z Chienem.
    Sylve utkwił wzrok w chłopaku. Patrzył na niego tak długo, że Fera już otworzyła usta, by mu podpowiedzieć kto siedzi na miejscu Ćwieka, ale wtedy mężczyzna wskazał w niego oskarżycielsko palcem i wypalił na cały głos:
    - TY MASZ TWARZ!
    Felix westchnął po raz enty. Po prostu przeżyj, aż wszyscy się znudzą, powtórzył sobie w myślach.