wtorek, 24 stycznia 2017

Od Sylvaina (CD. Felixa) - Shangri-La

               Sylvain pokiwał głową z pełnym zrozumieniem i wykrzywił wargi w rozmarzonym uśmiechu.

                - Ojj taaak...
                Wkrótce później znaleźli sobie wolny przedział, więc Berthier zajął miejsce przy oknie. Westchnął z zadowoleniem, wyciągając się w wygodnym fotelu.
                - To jest milion razy lepsze od paryskiego metra.
                - A więc jesteś z Paryża, co? – Felix zajął miejsce obok i założył ręce za głowę, także wygodnie się rozsiadając.
                - Nie. I wcale nie żałuję. Widziałeś jaki syf jest w całym Paryżu? – spytał z udawaną odrazą – Paskudnie. Ja mieszkałem w Levallois-Perret. To całkiem niedaleko stolicy.
                Uwagę mężczyzny przyciągnęła kwadratowa, czarna miseczka wypełniona wodą. Obok niej leżały grube tabletki o wyjątkowo dziwnej, podobnej do materiału fakturze. Sylvain chwycił jedną, obrócił w palcach i przysunął sobie do oczu. Doszedł do wniosku, że dawno nie jeździł pociągiem skoro pojęcia nie ma do czego to służy. Koniec końców wrzucił tabletkę do miseczki z wodą. Tabletka wciągnęła trochę wody i wydłużyła się, przyjmując kształt walca. Napęczniała jeszcze nieco i przestała się zmieniać. Leviathan chwycił ją znowu, z niemałym zdziwieniem odnotowując, że jest sucha i przyjrzał jej się dokładnie. Po głębszej analizie odkrył, że to chusteczka. Zagwizdał z uznaniem i wrzucił do wody jeszcze parę tabletek, które spotkał dokładnie taki sam los. Garść następnych trafiła już prosto do kieszeni Sylvaina.
                - Nigdy nie wiem co może mi się przydać. Dlatego zawsze noszę wszystko przy sobie. – wyjaśnił, unosząc do góry wskazujący palec dla dodania powagi swoim słowom. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że patrzy na Felixa oczami dziecka, które zapodziało się w Disneylandzie, ale jest zbyt zafascynowane, by się przejąć. Odpowiadało mu to. Lubił zachowywać się tak, jakby cały świat oglądał po raz pierwszy w życiu. W tej smutnej, szarej rzeczywistości odrobina dziecięcej radości z reguły niosła więcej dobrego niż złego.
                Felix uśmiechnął się do niego. Sylvain naprawdę polubił Ćwieka. Z pewnością mógł powiedzieć, że właśnie on przypadł Berthierowi do gustu najbardziej z całej czwórki znanych mu Szczurów. Co prawda nie mógł powiedzieć, by nie lubił reszty. Nawet Daniel zdecydowanie trafił w szereg tych ludzi, których Sylve chociaż trochę polubił. Żaden z nich jednak nie trafił w przekonania Leviathana tak bardzo jak Felix. Tym bardziej Sylvain cieszył się na myśl o wycieczce do Shangri-La.
                 Mimo wszystko nie był człowiekiem, który potrafiłby wytrzymać choć kwadrans, nie robiąc przy tym absolutnie nic, więc odczepił od paska swoją maskę i przyjrzał jej się uważnie. Od czasu kiedy mu zgasła tam, na parkingu, nie miał czasu sprawdzić czy nadal działa. Dlatego też zerknął na Feilxa (który wybijał jakiś chwytliwy rytm na podłokietniku, kontemplując mapę w komórce kompletnie, pochłonięty przez swój własny, idealny świat) i nasunął ją na twarz. Kliknął przycisk, który miał ją włączyć, ale nie zadziałało. Diody w masce rozjarzyły żałośnie słabo i zgasły na dobre. Gdy maska nie działała prawidłowo mocno ograniczała pole widzenia mężczyzny do sześciu, przyciemnionych dziur i ciemności dookoła. Wcisnął przycisk raz jeszcze, choć tym razem nie stało się już zupełnie nic i ze zrezygnowanym westchnięciem ściągnął ją z twarzy.
                - Jakiś problem? - spytał Felix, kierując na niego wzrok. Na jego masce wyświetliły się dwie małe literki: "o", które, jak Sylvain zdążył, zauważyć nie znaczyły nic konkretnego.
                - Nie no... Robogliniarz konkretnie popieścił mnie paralizatorem i chyba zrobił mi zwarcie w obwodzie. Skurczybyk zepsuł mi najlepszą zabawkę!
                - Co za drań! >.>
                - Dokładnie tak! Ale nie ma tego złego... Jeśli dopadnę gdzieś jakieś narzędzia i kawałek miejsca to, to naprawię. To nie tak, że pierwszy raz ktoś mi ją popsuł...


                - Noooo...  Tooo czego szukamy? Mam wypatrywać jakiejś gorącej laski z morderczym błyskiem w oku?
                Dworzec w Shangri-La był nie mniej zatłoczony niż ten w Elizjum, ale wydostanie się z niego zajęło chłopakom znacznie mniej czasu.
                - Tu i tak jej nie znajdziemy... Ostatnio była gdzieś przy wybrzeżu.
             - Fantastycznie! W końcu mogę przetestować czy mam WSZYSTKIE zdolności Jezusa. Tego Jezusa. Sprawdzimy czy biegam po wodzie? - twarz mężczyzny rozjaśnił tak charakterystyczny dla niego zbójecki uśmiech. Prawdę powiedziawszy nie raz zażyło mu się biegać po kałużach w deszczu, ale to nie to samo, co przetestować swoje wyimaginowane zdolności w pełnej skali.
                Leviathan zadarł głowę do góry, by podziwiać ogromny, wykonany z błyszczącego metalu budynek. Galeria handlowa, jak miał okazję kiedyś sprawdzić, była wielkich rozmiarów, idealną kulą, której powierzchnia wyglądała jakby ktoś rozlał na niej rtęć. Nie sposób było ją przeoczyć, choć Sylvainowi za pierwszym razem się to udało. Teraz jednak zastanawiał się nad czymś innym. Shangri-La nie było jego ulubionym miastem, bo zbyt często się tu gubił. Niby lubił przebywać w miejscu, które tak bardzo spełniało rolę odbicia jego mentalności, ale mimo wszystko człowiek z chaosem wewnętrznym, otoczony do tego chaosem zewnętrznym, zwyczajnie mógł się pogubić. Właśnie dlatego opracował sobie mentalną mapę skrótów prowadzących do co ważniejszych punktów w mieście. Najczęściej był to system kabli rozpiętych od budynku do budynku, czasem tajne przejścia o których wiedzieli jedynie wybrańcy lub inne mało uczęszczane trasy. Tak czy siak każdy z tych skrótów był bardzo w stylu Sylvaina.
                - To mówisz, że jak daleko jest stąd do wybrzeża? - zagadnął Felixa, a ten szybko sprawdził u siebie.
                - Jakieś 40 minut pieszo. Chce ci się spacerować?
                Berthier stanowczo pokręcił głową.
                - Wcale. Idziemy skrótem. 
                - Znaczy się? O.o
               - Znaczy się, że po mojemu. - chwycił Ćwieka za przedramię i pociągnął w kierunku kuli. Nie należał do ludzi, którzy potrafią robić cokolwiek spokojnie. No i na ogół wszędzie biegał, a biedny Felix miał jedno, choć wymagające zadanie. Mianowicie: nadążyć.
                W ten oto sposób znaleźli się na dachu kuli. Gdzie, nawiasem mówiąc, zamontowana była gruba stalowa lina prowadząca, do innego większego budynku paręset metrów dalej. Sylvain przyjrzał jej się krytycznym wzrokiem. Wzruszył ramionami, licząc, że od ostatniego razu nikt przy tej śmiałej konstrukcji, udającej solidną, nie kombinował i chwycił za zamontowanym przy linie (niesamowicie wygodnym) uchwycie. Już miał tego użyć, gdy nagle coś sobie przypomniał.
                  - Wiesz co, Felix? Nie ufam tej linie. Jeśli się zerwie, dopilnuj, żeby dokładnie zeskrobali mnie z chodnika, okej? No. Fajny z ciebie kumpel. - oznajmił i skoczył, nie dając Ćwiekowi okazji do tego, by jakkolwiek zareagować.
                 Z dźwięcznym sykiem  pokonał cały dystans. Robił to już wiele razy, ale nie przypominał sobie, by kiedykolwiek miał wtedy jakiekolwiek zabezpieczenie. Mimo to i tak nie zamierzał się tym przejmować. Nawet nie wiedział jak powinno się włożyć uprząż, więc tym bardziej nie widział sensu zaprzątać sobie tym głowy. Na chwilę obecną liczyło się głównie podziwianie widoczków dookoła i zbliżający się budynek. Leviathan zauważył jedną rzecz, która zdecydowanie mu się nie spodobała. Okno w które celował było zamknięte, a facet nie miał najmniejszej ochoty znowu rozbijać sobą szyby. Dlatego też szczerze się ucieszył, gdy zauważył, że ktoś właśnie to okno otworzył na parę sekund zanim Sylvain wpadł do środka. Absurdalna sytuacja nawet go nie zdziwiła, bo skoro "głupi ma zawsze szczęście" należało się tego spodziewać. Sylvain często padał ofiarą dziwnych przypadków.
                - Dzień dobry! - wyszczerzył się do zaskoczonej sprzątaczki, która całkiem nieświadomie otworzyła mu okno. Chwycił dłoń kobiety dobre dwa razy starszej od niego i potrząsnął nią. Chwilę później do środka wpadł Felix.
                - To było zajebiste! ZA-JE-BI-STE! ^ ^ - zaśmiał, unosząc obie zaciśnięte w pięść dłonie.
                 - No ja jak! - odparł Leviathan, sam też się śmiejąc. - A teraz lecimy dalej!


                W ten sposób, zaskakując w większym lub mniejszym stopniu całe rzesze ludzi, trafili na wybrzeże po niespełna 25 minutach.
                - Feeeliiiiix? - zaczął Sylvain, celowo przeciągając głoski.
                -  Taaaaak?
                - A jak wygląda ta laska, której szukamy? - spytał w końcu. - I co tak w ogóle o niej wiemy?


Feeeeliiiiiix? Ratuj proszę, bo mi nie wychodzi >.>

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Zdro­wie psychiczne i szczęście są niemożliwą kom­bi­nacją. Żaden zdro­wy na umyśle człowiek nie może być szczęśli­wy, gdyż dla niego życie jest real­ne, prze­to widzi, ja­kie jest ono straszne.


Imię: Aleksandr Ivan
Nazwisko: Siergiejew
Pseudonim: Zazwyczaj znajomi mówią do niego Sasza lub Ivan. W trakcie wojny nazywano go też Died Maroz, albo
Płeć: Mężczyzna
Wiek: Liczony od narodzin czy fizyczny? Bo urodził się tuż przed pierwszą wojną światową, ale fizycznie ma jakieś 34 lata.
Rasa: Niby człowiek, ale jednak eksperyment.
Narodowość: Rosja, to chyba widać, słychać i czuć.
Obywatelstwo: Teoretycznie żadne, bo niepowinno go być w żadnym z miast, ale uwił sobie gniazdko w Eden
Rodzina: To raczej oczywiste że już nie żyją.
Miłość: Widział wystarczająco wiele, by wiedzieć że miłości nie ma.
Aparycja: Wysoki, dobrze zbudowany (…grube kości) mężczyzna o krągłej, uśmiechniętej, dziecinnej buzi ze sporym nosem. Ma krótkie blond włosy o popielatym odcieniu i fioletowe oczy. Ma też słodki uśmiech i głos dziecka. Ogólnie na pierwszy rzut oka zdaje się być najmilszą osobą pod słońcem. Prawie cały czas mu zimno, może przez jego zimne serce, a może przez zamarznięcie? Niemal zawsze chodzi ubrany w szalik, płaszcz i rękawiczki. Z czego płaszcz do złudzenia przypomina ten który nosili żołnierze armii czerwonej. W jego wypowiedziach bardzo mocno słychać rosyjski akcent.
Charakter:  Każdy kto napotkał tę pyzowatą twarz z milutkim uśmiechem w kwiaciarni bądź na ulicy myśli że to najmilszy człowiek na świecie. Dodatkowo ten śmieszny rosyjski akcent nieco przypominający dziecko i infantylne zachowanie. Zawsze jest miły i używa prostego, ale grzecznego języka, nigdy nie zapominając o zwrotach grzecznościowych. Niektórzy patrzą na niego z politowaniem, jakby było nie do końca rozwinięty, bądź jakby był dzieckiem. W końcu właśnie tak się zachowuje, jak kilkuletnie dziecko zagubione w wielkim świeci. Jest bardzo kochany, często przytulając innych i pragnąc by wszyscy byli szczęśliwi. Kto by pomyślał że to dziecko to prawdziwy potwór, a nie wygląda na pierwszy rzut oka. Ten uśmiech, słodki głos, naiwne spojrzenie… Jak dziecko. Tylko, że dzieci nie są milutkie, a okrutne. Jak coś idzie nie po myśli Ivana, atmosfera staje się iście mroczna, a jego głos nie jest już taki uroczy. Wydaje się nie zdawać sobie sprawy z własnego okrucieństwa ani poważnych problemów psychicznych. Dlatego większość boi się Rosjanina, a on nie rozumie dlaczego. Przecież chce tylko, by stali się wraz z nim jedną, szczęśliwą rodziną. To co jest w nim jeszcze bardziej przerażające, to to że potrafi on tak samo słodko i niewinnie uśmiechać się mając zakrwawione dłonie przy brutalnym mordowaniu ludzi, czasem dla zwykłej przyjemności.
Song theme: RTPN - Unnamed
Zarys przeszłości: Urodził się tuż przed pierwszą wojną światową w Piotrogrodzie, znanym później jako Leningrad. Tam przeżył jakoś piekło jednej wojny. Widział jak mordują jego ojca obdzierając go żywcem ze skóry a później jak gwałcą i zabijają mu matkę i najstarszą z sióstr. Był wtedy mały, nie rozumiał kto to był, ani dlaczego to zrobił, ale obraz tego okrucieństwa mocno wrył mu się w pamięć. Resztę wojny ukrywał się z rodzeństwem w jakiś ruinach, przymierając głodem i chłodem. Doskonale też pamięta każdego trupa jaki leżał na ulicy i krzyki mordowanych ludzi. Gdy wojna ustała nikt nie przejmował się "dziećmi wojny", sierotami błąkającymi się po ulicach. Nie miał już wtedy kręgosłupa moralnego, a on sam stał się potworem. Potrafił zabić człowieka tylko po to by zabrać mu jego zakupy, albo płaszcz, a miał jakieś 13 lat. W momencie osiągnięcia wieku poborowego od razu zaciągnął się do armii, na początku chciał zostać saperem i właśnie tego się uczył, robienia "bum". Gdy wybuchła druga wojna właśnie to robił, rozrywał ludzi na strzępy przy akompaniamencie wybuchów. Przełożeni widząc jego całkowity brak skrupułów przekierowali go do tajnej jednostki wojskowej, w której głównie zajmował się mordowaniem i torturowaniem za wymyślone przewinienia. I tak do 1944r, wtedy utonął w zamarzniętym jeziorze. Jak i dlaczego, na razie nie powiem.
 Obudził się na stole operacyjnym oślepiony światłem, nagi i ogłupiony. W pierwszej chwili zaatakował dziwnych ludzi, został jednak uśpiony, a dopiero na następny dzień pewien mężczyzna wyjaśnił mu co się stało i gdzie jest. Okazało się że jakimś cudem znaleziono jego zamarznięte, dobrze zachowane ciało i w ramach eksperymentu spróbowano go ożywić co zakończyło się powodzeniem. Skąd jednak mieli wiedzieć kogo dokładnie ożywili? Przez kilka miesięcy był on trzymany w laboratorium i stale obserwowany. W tym czasie naukowcy dawali mu dostęp do wszelkich informacji. Uczył się on o dzisiejszej technologi i nieco o dzisiejszym świecie. Były to jednak mocno okrojone informacje. Gdy udało mu się nauczyć o broni tych czasów, jednaj nocy uciekł. Zostawiając po sobie tylko dym i ślady po wybuchu. Gdy wydostał się na normalny świat, był jeszcze mocniej zagubiony niż w laboratorium, nie rozumiał tego świata. Gdy siedział w nocy, w deszczu w parku, ubrany jedynie w biały t-shirt i spodnie, zajął się jedyną rzeczą która była taka sama jak kiedyś. Grzebał w ziemi sadząc zerwane róże. Jakaś kobieta zauważyła go, zabrała do domu i dała pracę. Była to starsza kwiaciarka. twierdziła że nie ma już siły prowadzić sama interesu i jeśli chłopak jej pomoże to będzie mógł tam pracować. Tak też było, pracował u kobiety za dnia, a w nocy zajmował się zabijaniem i grabieniem zwłok. W krótkim czasie mógł sobie kupić malutkie mieszkanko niedaleko swojej pracodawczyni-Róży, a po jeszcze jakimś czasie zacząć kolekcjonować swój "mały" arsenał. Tak by móc zacząć zabijać na zlecenie.
Oficjalnie: Pracuje w małej kwiaciarni gdzieś w centrum Eden. Zajmuje się tam kwiatkami, rzadziej obsługą klientów.
Rola w gangu: Najchętniej zajmuje się przesłuchaniami, a jak nie to robi swoje czyli strzały, wybuchy i pociski. W końcu to żywy magazyn z bronią.
Umiejętności:  Najlepiej zna się na znęcaniu psychicznym czy fizycznym, jeśli chodzi o tortury to nie wiem czy ktoś znałby ich więcej od niego. Ale przecież nie tylko tym zajmował się w przeszłości. Umie posługiwać się wszelaką bronią palną, to człowiek-zbrojownia. W jego mieszkanku można znaleźć nawet małe wyrzutnie rakietowe i wszelkie rodzaje karabinów. Oczywiście najbardziej ukochał sobie broń z swoich czasów, dlatego niemal zawsze pod płaszczem ma jakiegoś kałacha czy pepesze, co oczywiście nie oznacza że nie zna nowoczesnych uzbrojeń, zna i to bardzo dobrze. Oprócz broni palnej jego najczęściej używaną bronią są wszelkiego typu i rodzaju ładunki wybuchowe, cóż w końcu był szkolony na sapera, nie jego wina że skończył inaczej. Chłopak potrafi zrobić bombę z wszystkiego, nawet z zawartości lodówki. Oczywiście zwykłej bo w swojej trzyma tylko substancje chemiczne i czasem jakiś alkohol. Bardzo lubi również bić, ale nie się bić z innymi, bo to nawet tak nie działa. To on bije ciebie, najlepiej tępym narzędziem, kawałek rury, kija albo młotek. Ale oczywiście jest też świetnym florystom i ogrodnikiem, co jak co o roślinki umie zadbać.
Przyjaciele: Pani Róża oczywiście, a czy ktoś jeszcze? Nie sądzę
Wrogowie: On sam nienawidzi głównie tych idiotów którzy przywrócili mu życie, a tak to chyba nie ma nikogo specjalnego kogo miałby nienawidzić.
Autor: Ursa

czwartek, 19 stycznia 2017

Od Felixa (CD Sylvaina) - Taaaake oooon meeee!

        Felix był szczerze pod wrażeniem Sylve. Nie chodzi tu jednak o wokal - chłopak był pozytywnie zdumiony samą jego postawą. Był tu od...godziny? Coś koło tego. Krótko, a z miejsca wczuł się w rolę długoletniego członka Szczurów. Sam Ćwiek był tu od niespełna roku i zaprzyjaźnienie się z resztą zajęło mu trochę czasu. Nauczył się dwóch ważnych rzeczy: a) Fera nie lubi sypiać na mieście i b) to, że Dan jest cyborgiem nie znaczy, że można mu bezkarnie przywalić (co prawda Felixowi zdarzyło się to tylko kilka razy i to z czystego, niezamierzonego przypadku, ale i tak się to blaszanemu koledze nie podobało). Jednak koniec końców to nie on musiał dostosować się do Szczurów, tylko one do niego. Szefowa zaczęła tolerować głośną muzykę, a Danny nauczył się nie przechodzić zbyt blisko pracującego hackera, by nie oberwać śrubokrętem lub kluczem francuskim. Wszystko wskazywało na to, że w przypadku Sylvaina starsze stażem Szczury znowu będą musiały się skorygować pod jego żywiołowy charakter, tak jak niegdyś zrobiły to z przesadnie nakręconym i optymistycznym Felixem. Może minie trochę czasu zanim go polubią, ale jedną trzecią sukcesu już osiągnął - Ćwiek na pewno go polubił. Mimo wszystko jednak poczuł ukłucie zazdrości - po raz pierwszy od bardzo dawna widział Ferę w tak dobrym nastroju, a Daniel po trzeciej rundzie zaczął przytupywać nogą do rytmu i chyba nawet nieco się rozluźnił. Sam nigdy nie dałby rady tak wyluzować tej dwójki, chociaż znał ich dłużej i nie raz próbował.
  Haker dalej nucił pod nosem Let It Go gdy padło pytanie francuza. Ledwo usiadł, a już zerwał się z powrotem na nogi z genialnym pomysłem. Wyrwał rękę do góry jak w przedszkolu i stał tak lekko podskakując ze swoją wersją uśmiechu na zamaskowanej mordce.
  - Feeelix? - udzielił mu głosu Leviathan.
  - Take On Me! - zaproponował chłopak. - Ale tym razem wszyscy na zmianę!
  - Dawaj! - zgodziły się równo dziewczyny. Sylvain też pokiwał głową z aprobatą.
  Ćwiek zadowolony rzucił się do krzesła z takim impetem, że zakręcił się trzy razy zanim chwycił  klawiaturę. Znalazł wideo ze słowami i puścił. Z głośników popłynął grany na syntezatorze początek starego, szeroko rozpoznawalnego hitu...
[LINK, coby nam nudno nie było czytając to w realu :3]
  Pierwszą zwrotkę dorwała Chris, a Fera dołączyła do niej w drugim i czwartym wersie. Do refrenu włączył się im bezpardonowo Felix, robiąc ,,echo", a za nim Berthier. Męska drużyna przejęła drugą zwrotkę. Podczas drugiego refrenu znowu śpiewali na równo z dziewczynami.
  - Taaaaake ooooon meeeee... - wyrwał się solo Ćwiek. Levi dodał krótsze ,,Take on me!".
  - Taaaaake meeeee ooooon... - kontynuowała Fera, a echo zrobiła jej Chris. Ostatnie dwa wersy pociągnęli wszyscy naraz:
  - IIIIIII'LL BEEEEEE GOOOOONE, IN A DAY OR TWOOOOOOOO...!!!
  Ostatni wyraz oczywiście wszyscy przeciągnęli najwyżej jak się dało (jakby nie było, to esencja tego utworu). Felixowi wydawało się, że na chwilę ogłuchł, ale mało się tym przejął - za dużo czasu spędzał na zbyt głośnych słuchawkach. Nikt jednak w tym pisku nie zwrócił uwagi, że ktoś otworzył drzwi i stanął jak wryty widząc całą rozgrywającą się w środku scenę. Jedynie Daniel zauważył zdezorientowanego brodatego mężczyznę w kurtce. Jego ramiona zatrzęsły się w bezgłośnym śmiechu na widok miny kuriera, czego pozostali nie zauważyli. Nie zamierzał też zwracać im uwagi na gościa. Dopiero Ćwiek dostrzegł brodacza i z szeroko otwartymi pikselowymi oczyma kliknął szybko spację, zatrzymując muzykę. Reszta ciągnęła jeszcze chwilę sopran, aż zauważyli, że akompaniament zniknął i jeden po drugim niezgrabnie urywali. Kurier w końcu odchrząknął, zwracając na siebie uwagę Fery.
  - To teraz już wiem, czemu nikt nie odbierał - powiedział chrapliwym głosem.
  Ćwiek z poczuciem winy spojrzał na ekran blokady telefonu. Widniało na nim 13 nieodebranych połączeń. Ajajaj...
  - Jerry! - przywitała się nader wesoło Strzyga. Jej nastrój po karaoke był zdecydowanie lepszy. - Wybacz, robimy małą imprezę inauguracyjną.
  - Im...? - zaczął zdziwiony. - Przecież ty nie robisz imprez.
  - Nie ja to zaczęłam i nie chce mi się tego kończyć - wzruszyła ramionami podchodząc bliżej. - Coś się stało?
  - Chciałem tylko przesłać hakerowi namiary - kiwnął głową w stronę Felixa z wyraźną dezaprobatą w głosie - ale że nie odbierał, to pofatygowałem się tu osobiście.
  - Heh, wybacz ^ ^" - Ćwiek zaśmiał się nerwowo. - Masz to może na flashu?
  - Na twoje szczęście tak - Jerry rzucił mu mały przedmiot: przedpotopowy pendrive.
  Chłopak w masce siadł za komputerem i zaczął przeglądać pliki. Leviathan zafascynowany stanął za nim niemal wisząc na oparciu fotela. Na ekranie pojawiła się mapa interaktywna Megalopolis.
  - Macie kryzys oszczędnościowy, że korzystacie ze starych pendrive'ów? - rzucił z lekką złośliwością w głosie.
  - To raczej kwestia zaufania do sprzętu - odparł Felix, skupiony na odszukaniu zaznaczonych obiektów. W morzu poruszających się nazwisk było to dosyć ciężkie. - Nie lubię korzystać z niczego wyprodukowanego w obrębie Megalopolis. Wszystko może być pod kontrolą...
  - Jest paranoikiem - streścił Daniel z drugiego końca pokoju.
  - Wcale nie! > <" - odkrzyknął mu haker odwracając głowę na chwilę w jego stronę.
  Program zapikał dwa razy, odnajdując na mapie wyspy dwa, całkiem sporo oddalone od siebie punkty. Chłopak gwałtownie przysunął się do kompa, pozbawiając Sylve podparcia, przez co mężczyzna niemal się przewrócił. Zaznaczył pierwszy z punktów, znajdujący się na wybrzeżu w Shangri-La i przybliżył. Komputer śledził punkcik opatrzony krótkim opisem: Orochi Kasumi - 29 lat - Shangri-La. Ćwiek wszedł w szczegółowe informacje, przyglądając się między innymi zdjęciu, na którym widniała zdecydowanie młodsza azjatka niż podawało info - najwyraźniej policyjne drony od czasu jego zrobienia nie mogły już namierzyć panny Orochi.
  Felix przewinął szybko do drugiego namiaru, opisanego jako Carmilla Karnstein - 27 lat - Elizjum. Jednak kropka przebywała obecnie w Edenie, a system nie mógł z jakiegoś powodu wczytać zdjęcia.
  - I co jest takiego interesującego w tej dwójce? - zapytała Jerry'ego Fera z lekkim powątpiewaniem w głosie.
  - Z tego czego się o nich dowiedziałem wnioskuję, że lepiej, by były po naszej stronie barykady - zasugerował. - O Austriaczce nie wiadomo właściwie nic i to mnie najbardziej niepokoi. Za to druga panienka jest zaplątana w działalność yakuzy w Shangri-La, ale wygląda na to, że obecnie jest ścigana zarówno przez pobratymców jak i policję. Obie przemieszczają się nienaturalnie szybko i wątpię, by cały czas korzystały z jakiegoś pojazdu.
  - Uuuu, niezarejestrowane mutantki? - uśmiechnęła się Chris. - To tak jak ty, Różyczko!
  Wizjer maski zamrugał odrobinę, gdy jej właściciel lekko się skrzywił. Wcale mu się nie podobało, że to Strzyga była podrywana przez Virus. Czuł się trochę niesprawiedliwie.
  - Dzięki Jerry - rzuciła różowa dając mu lekką sugestię, by już opuścił kryjówkę.
  - Drobnostka. Tylko następnym razem otwórzcie mi ten właz jak zadzwonię, dobra? - poprosił kurier żartobliwie i skierował się do wyjścia.
  - Skoro to mutantki to chyba warto przedstawić im naszą ofertę - stwierdziła liderka Szczurów gdy brodaty mężczyzna opuścił pomieszczenie. - Trzeba by było zająć się tym z samego rana...
  - My z Felixem chętnie odwiedzimy Shangri-La! - zaproponował Levi chwytając znienacka głowę hakera tak, że wychylił się niebezpiecznie za krzesło. Mimo to na jego wizjerze pojawił się uśmiech aprobaty.
  - Niech wam będzie - dziewczyna uśmiechnęła się lekko widząc, że chodzące zniszczenie i cichociemny anarchista już się dogadują.
  - A co z Edenem? - zapytał Daniel.
  Fera zastanowiła się chwilę, po czym wzruszyła ramionami.
  - Namiary nam się nie zestarzeją przez jedną noc. Pogadamy o tym jutro. A teraz Felix: odpalaj z powrotem muzykę!

        - Woooooah, nie widziałem takich kolejek od ostatniej wizyty w sidneyowskim Lunaparku - Ćwiek gwizdnął z podziwem.
  Przyszli na Dworzec Centralny około dziewiątej rano. Ludzie zdążyli się już zgromadzić, ale żeby aż tylu? Wierzyć się nie chciało patrząc na te wszystkie ogonki prowadzące do barierek kasujących bilety. Oczywiście ani Felix, ani Sylvain nie mieli biletów. Żaden z nich jednak nie wyglądał jakby się tym zbytnio przejmował. Spokój hakera brał się z pewnego planu, a francuza z nadziei, że jego towarzysz coś wymyśli.
  - Coś ma się dzisiaj odbyć ważnego w Shangri-La? - zapytał Sylve.
  - Nie mam zielonego pojęcia, a istnieje naprawdę mało rzeczy, o których miałbym się nie dowiedzieć z kilkudniowym wyprzedzeniem - odpowiedział młodszy z mężczyzn.
  Zapadła chwila ciszy. Kolejka przesunęła się przez ten czas o dwa miejsca. W końcu Felix zaczął rozmowę, a wyboru tematu szybko pożałował:
  - Długo znasz Chris? Przyszliście razem, więc chyba Fera z Danem zgarnęli was w tym samym miejscu i czasie...
  Berthier zastanowił się chwilę, wykrzywiając lekko wargi.
  - Uratowała mi tyłek przed dronami, zabrałem ją do Pól Elizejskich i podsunąłem pomysł poderwania twojej szefowej. To się liczy jako ,,znanie się"? - zapytał.
  - Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami. Po chwili znowu zagaił: - Virus jest homo czy bi? O.o
  - A to czemu cię interesuje, mon ami? - na ustach Leviathana zatańczył podejrzany uśmieszek.
  - A...tak tylko pytam ^ ^" - odparł szybko (zbyt szybko) Ćwiek.
  Od niewygodnych wyjaśnień uratował go przechodzący wzdłuż kolejki robot policyjny. Spojrzenia obu mężczyzn spoczęły na przypiętym do pasa paralizatorze. Chyba oboje pomyśleli o tym samym...
  - Naprawdę tak bardzo musimy się dostać do Shangri-La czy nie warto ryzykować? - spytał Sylve ze zbójeckim błyskiem w oku.
  - Czekaj, próbuję sobie przypomnieć dokładną szybkość reakcji robogliniarzy - zamyślił się Ćwiek. - Może gdybyśmy zwinęli go wystarczająco...
  Urwał, gdy usłyszał skrzek syreny przed sobą. Dotarli już do bramek. Przechodzący przed dwoma Szczurami chłopaczyna został właśnie zgarnięty przez ochroniarzy. Mimo oporów droidy nie miały najmniejszego problemu z przeciągnięciem go wzdłuż kolejki w stronę najbliższego komisariatu. Sfałszowany bilet, domyślił się haker.
  - Kh-amator! - odkaszlnął w pięść, gdy przechodzili obok niego.
  - Dobra, panie specjalisto, a jak my się tam dostaniemy? - zapytał jego towarzysz.
  - Na spokojnie i bez hałasu. Podejdź do bramki i udawaj, że przysuwasz coś do skanera - szepnął.
  Berthier zrobił tak jak mu powiedział. Tymczasem Felix wysunął z kieszeni komórkę, jakby sprawdzał tylko sms. Bramka, ku miłemu zaskoczeniu Sylvaina, zamrugała zieloną diodą i przepuściła go dalej. Ćwiek wszedł za nim, również bez problemu, z wyjątkowo zadowoloną miną.
  - Całkiem to wygodne - przyznał starszy z nich.
  Skierowali się na peron do Shangri-La. Pociąg - srebrna tuba o dużych oknach - czekał już na odprawę. Na wagonach widniało logo Megalopolis Safety Travels. Dwaj pasażerowie na gapę wsiedli do klasy średniej, bezczelnie witając się z niczego nieświadomym ludzkim konduktorem, który uchylił im grzecznie kapelusza życząc miłej podróży. Nawet nie zastanowił się co takie obdartusy robią w wagonie godnym bogatszych mieszkańców miasta. Szli korytarzem szukając wolnego przedziału gdy pociąg ruszył, a w interkomie odezwał się mechaniczny żeński głos:
  - Witamy w MST. Kierunek podróży: Shangri-La. Przewidywany czas podróży: 43 minuty. Życzę miłego dnia.
  - Pfft, zero profesjonalizmu - rzucił na wpół do siebie Felix. - Życzy nam miłego dnia z równym entuzjazmem co mechaniczny gliniarz. Gdybym JA projektował interkom, niewidzialna pani brzmiałaby zdecydowanie bardziej ludzko. I przy tym seksownie. Nic tak nie uspokaja jak seksowny głos...

Sylvain? Jedziemy na wycieczkę! :D

Od Sylvaina (CD. Fery Rosy) - Wieczorek zapoznawczy

        "Mój dom waszym domem, czujcie się jak u siebie et cetera, et cetera..."
         Leviatan wcale nie musiał usłyszeć tego drugi raz, by po prostu zapomnieć o tym, że jest w kryjówce jest po raz pierwszy. Proste, nieprzemyślane zdanie stało się katalizatorem dla całego nowo kształtującego się poglądu mężczyzny na ten szczurzy gang żółwi ninja. Skoro ktoś mówi mu, że czyjś dom jest jego domem powinien spodziewać się, że Sylvain potraktuje to wręcz niemożliwie dosłownie i przyjmie taki, a nie inny fakt za prawdę objawioną.
        Dlatego też z właściwą sobie dozą nieskoordynowanych ruchów rzucił się w stronę Felixa i zawisł na oparciu krzesła za mężczyzną, z ciekawością zerkając mu przez ramię. Wcale nie zwrócił uwagi na to, że pod wpływem jego siły krzesło obróciło się kilka razy. Sam może i miał się za takiego nieco wątpliwej jakości hakera, ale człowiek z maską wydał mu się póki co mistrzem w swoim fachu. Naturalnym więc było to, że Berthier chciał sobie popatrzeć na specjalistę przy pracy. Na masce wyświetlił się obraz, który Sylvainowi skojarzył się tylko z uniesieniem jednej brwi.
        - Zostajesz na stałe? - spytał, nie zaszczyciwszy go choćby spojrzeniem, ale mężczyzna wyczuł w zniekształconym głosie nutę rozbawienia.
         Leviathan pokiwał głową z taką mocą, że kilka niesfornych kosmyków opadło mu na oczy i skwitował to pełnym przekonania "Achaa!".
        - Fajnie tu macie. I wszyscy są taaaaacy mili... - ostatnie dwa słowa zabrzmiały głośniej i dobitniej niż cała reszta i kierowane były do pewnego cyborga. Dopiero po fakcie Leviathan zorientował się, że cyborga w pobliżu nie ma. - Hej! A gdzie jest konserwa?
        - Jak znam życie pewnie u siebie. - wtrąciła Fera, rozsądnie odwracając wzrok od Sylvaina, który z przejęciem godnym przedszkolaka stukał palcem w jeden z wizjerów maski Felixa.
        - Powiesz mi jak to działa? Też chcę takie cacko w mojej! - oznajmił wszem i wobec, zupełnie ignorując szefową.
        - Możesz nie palcować? > < - Felix odtrącił jego rękę, lecz zaraz potem jego wyraz "twarzy" zmienił się na zgoła bardziej przyjazny. - Może przy innej okazji ci pokażę, co?
        - Stoi. Zapiszę to sobie w kalendarzu. - Sylvain obszukał wewnętrzne kieszenie kurtki - Ups. Nie ma kalendarza. A no tak! Przecież ostatnio robiłem ognisko. - zaśmiał się krótko, zerkając co się dzieje na ekranie jednego z monitorów po lewej.
        - Sylvain? Powiedz mi tylko jedną rzecz. Jak to jest możliwe, że twoja facjata figuruje w bazie danych cmentarza w Edenie? O.o
        - Serio? A chociaż ładne zdjęcie tam dodali? - Leviathan wychylił się w stronę monitora nieco bardziej.
        Felix kliknął w coś kilka razy i na ekranie pojawiła się podobizna mężczyzny. Pół twarzy pokrywała mu zakrzepła krew, której źródłem była okrągła dziura dokładnie na środku czoła.
        - Merde! Nawet mnie dranie nie umyli. No i jak ja wyglądam na tym zdjęciu? Zero poszanowania dla zwłok... - prychnął - Wrzuć mi na komórkę adres szefa, okej? Muszę przypilnować, żeby następnym razem potraktowali mnie po ludzku. Ygh... I pomyśleć, że sądziłem, że to porządny dom pogrzebowy.
         - Sfiksowałeś swoją śmierć? - tym razem zdawało się, że Felix wyraził autentyczne zainteresowanie tematem. Sylvain tylko się roześmiał.
          - Ależ oczywiście, że nie! Naprawdę mi się zmarło. Wiesz, kula w mózgu i te sprawy... Zobacz. Został mi tu ślad - stuknął palcem w czoło dokładnie w miejsce gdzie znajdowało się niewielkie wgłębienie - Pamiętam nawet twarz tego, który mnie zabił. Bezczelny typ...
         Odepchnął się od krzesła i stanął dokładnie na środku między salonem, a warsztatem. Wziął głęboki oddech, by móc wrzasnąć na całą kryjówkę.
          - HEJ, HEJ, HEJ MON CHER! KTO CHĘTNY NA WIECZOREK ZAPOZNAWCZY?! ROBIMY KARAOKE!
         - Jaaaa! - Chris pomachała mu ręką - Każdy sposób dobry, żeby poznać się bliżej z moją Różyczką! - posłała różowowłosej całusa.
         - Tak trzymać wirusku, bierz ją!
        - I ja! ^ ^ - dorzucił Felix. Cała trójka spojrzała wyczekująco w kierunku szefowej, a ta widząc, że wszyscy czekają na jej decyzję wzruszyła ramionami.
         - I tak nie dalibyście mi spokoju, co nie?
         - Nie ma szans - odpowiedział jej Felix. - Dan też się bawi?
         - Dana to ty w to nie mieszaj. - z korytarza dobiegł głos w cyborga. Po chwili pojawił się i on, przeciął pokój, by paść na najdalszą od zgromadzenia kanapę. - Ja tu będę jedynie obserwatorem.
        - Non. - wtrącił Sylvain - Będziesz nam sędziować. Słuchajcie, kochani, robimy dwie drużyny! Chłopcy na dziewczyny. Sztywniak ocenia! Fera, słodki groszku, czy mogłabyś zdradzić mi czy mamy na stanie jakiekolwiek napoje w puszkach? Myślę, ze będą nam potrzebne. I może jeszcze jakieś przekąski. Będziesz na tyle dobra, prooooszęęęęę?
        Fera miała taką minę jakby zastanawiała się właśnie nad tym jak tragicznym w skutkach błędem jest sam Sylvain. Jeśli kiedykolwiek wątpiła w swoją normalność teraz właśnie prawdopodobnie wyleczyła się z tego.Prawdę powiedziawszy wydawała się być nawet nieco zszokowana tym specyficznym sposobem bycia Berthiera. W końcu chyba podjęła jakąś decyzję i Leviathan dałby sobie rękę obciąć, że jej myśli sprowadzały się do krótkiego twierdzenia, że swój wariat jest nieco mniejszym zagrożeniem niż ten obcy. Uśmiechnęła się, prezentując kły i odpowiedziała złowrogo słodkim tonem:
        - Ależ oczywiście, że tak.
        Zniknęła na chwilę, po czym wróciła, niosąc kilka puszek i paczkę paluszków. Tylko Sylvain nie widział kompletnie nic dziwnego w tym, że tymczasowo przejął gang, by realizować swoje wizje, ale szczerze mówiąc, on nigdy na dobrą sprawę nie dostrzegał wad w swoim rozumowaniu dopóki nie było za późno.
        - Możemy zaczynać? - spytał Sylvain. Odpowiedziały mu skinienia, więc ukłonił się nisko. - Panie przodem.
        Chris złapała Ferę za ramię i pociągnęła ją w stronę ekranów.
        - Wyświetl nam jakiś fajny tekst.
        - Czego?
        - Dawaj coś żenującego. Musimy rozbawić blaszaka! - zaśmiał się Sylvain - Też bym się pośmiał. To prawda, że śmiech wydłuża życie?
        - Mówisz, masz!
        Jakiś pojedynczy rzutnik ożył i na stosunkowo mało zagraconej ścianie wyświetlił się tekst "The Fox".
        - To może być dobre... - Leviathan zrzucił kurtkę i rozsiadł się na kanapie, z sykiem otwierając puszkę gazowanego napoju. - Przez rok miałem to jako dzwonek telefonu.

        - No. To było... mocne. - oznajmił kiedy dziewczyny skończyły już swój utwór - Takie mocne 3/10 bym powiedział, ale macie głęboko ukryty talent wokalny. Co o tym myślisz, Felix?
        - Myślę, że nam pójdzie jeszcze lepiej. - zaśmiał się haker.
        - Optymistycznie. Daaanieeel, et vous? - spytał, uśmiechając się do niego promiennie. Mógłby spytać go po ludzku. Cała zabawa tkwiła jednak w tym, by przypomnieć cyborgowi ich pierwszą rozmowę.
        - A mi się podobało. - stwierdził obojętnie.
        - Dobra. Twoja kolej. - oznajmiła Chris. Dziewczyny chwyciły Syvlaina i niemal bez trudu postawiły go na nogi, a potem zawlekły do Felixa.
        - Let it go. - Fera posłała obu drapieżny uśmiech. - Oboje marzyliście o tym, żeby zostać księżniczkami Disney'a, ale jak dobrze wiemy zabrakło wam odwagi, by powiedzieć o tym światu.
        - Au. Kiedy ktoś bawi się we mnie to już nie jest tak zabawne... Ale przyznam ci, że lepiej wybrać nie mogłaś. Jedziemy Felix! Zapodaj jakąś rockową wersję!
        - Do dzieła! ^ ^
        Zgodnie ze wszystkimi oczekiwaniami względem Leviathana i jego nowego kumpla dali prawdziwie rockowy pokaz obejmujący zarówno grę na wyimaginowanej perkusji, jak i gitarze z dodatkiem wszystkich tych zarezerwowanych dla gwiazd rocka gestów. Co więcej, zdawali się doskonale przy tym bawić.
        Karaoke miało jeszcze kilka swoich rund. Padały wyłącznie hity z gatunku "What's Going On" czy "Barbie Girl" (to oczywiście w męskim wykonaniu), ale tak czy siak ostatecznie Leviathan uznał, że zabawa była przednia. W pewnym momencie nawet i Fera uległa urokowi robienia z siebie skończonego kretyna na oczach cyborga. Gra skończyła się remisem.
        - No to jak rozstrzygniemy która drużyna jest górą? - spytał na koniec, siedząc oparty o jeden ze stołów z elektroniką.

Przerywamy ten festiwal radości czy bawimy się dalej?

środa, 18 stycznia 2017

Od Fery Rosy (CD Daniela) - Witamy wśród Szczurów

        Zebrani na zewnątrz klubu gapie rozstąpili się zaskoczeni przed dziwną czteroosobową grupką, śledząc ich wzrokiem dopóki nie zniknęli za rogiem. Nie ma czemu się dziwić - nie na co dzień widzi się tak ekscentryczne osobowości pojedynczo, a co dopiero kilka naraz. Fera już przywykła do faktu, że ludzie zawsze się oglądają za nią i Danielem, a tym razem mieli ze sobą jeszcze półnagą roześmianą brunetkę. Jedynie Leviathan wydawał się w tej grupie najnormalniejszy...a przynajmniej z wyglądu.
  Strzyga biegła przodem, doskonale orientując się w okolicy. Kilka razy tylko obejrzała się niepewnie. Musieli szybko zniknąć, nie mogła sobie teraz pozwolić na pomyłkę. W końcu dla pewności wyjęło komórkę.
  - Telefon? - rzucił lekko zdziwiony Leviathan zza jej pleców. - Zdajecie sobie sprawę, że to najłatwiejsza metoda namierzania jaką stosują niebiescy?
  - Myślisz, że nie wiemy co robimy? - odparł za Ferę Dan. - Mamy swoje metody.
  - Niby jakie?
  - Sam zobaczysz.
   Grupa zatrzymała się za rogiem, oglądając po raz ostatni za jakimikolwiek śladami pościgu. Daniel przeszedł kilka kroków dalej i machnął ręką gdy znalazł właz kanalizacyjny. Szefowa Szczurów przez ten czas znalazła potrzebny numer i zadzwoniła. Przyłożyła telefon do ucha mając nadzieję, że tym razem Ćwiek nie wyniósł się do innego miasta wcześniej niż planował. Ostatnim razem przez to była zmuszona nocować na którymś z dachów, co jak się można domyśleć nie przypadło jej do gustu. Wtedy jeszcze mu odpuściła brak wcześniejszego poinformowania, ale tym razem okoliczności były zgoła gorsze. Całe szczęście (zarówno dla niej jak i samego Ćwieka) w ostatniej chwili ze słuchawki wybrzmiał znajomy zaspany głos:
  - Co tam sze-eeee... - ostatni wyraz przeciągnął się w ziewnięcie. - ...eefie?
  - Otwieraj właz. Jesteśmy niedaleko Pól Elizejskich - podeszła do miejsca gdzie stał cyborg. Virus ruszyła za nią skocznym krokiem, a Leviathan uniósł jedną brew.
  - Kanały? Gdzieś chyba już to widziałem... - skomentował kąśliwie, ale Strzyga to zignorowała.
  Do jej uszu dotarł ledwo słyszalny dźwięk odsuwanych zasuw. Fox podniósł bez problemu metalową pokrywę.
  - Dzięki Ćwoku - rzuciła do Felixa i, jak zawsze, rozłączyła się zanim zdążył się odgryźć.
  Kiwnęła zachęcająco głową do towarzyszy. Francuz spojrzał na wejście nieco sceptycznie, Virus też wolała się tam nie pakować jako pierwsza. Fera przewróciła oczami i sama zaczęła schodzić po drabinie. Znaczącym spojrzeniem dała Danielowi znak, by miał na nich oko i zszedł na dół jako ostatni. Zeskoczyła z ostatniego szczebla (znajdującego się mimo wszystko na wysokości prawie metra), po czym przeszła kilka metrów naprzód, odpalając latarkę w telefonie. Odczekała aż homoś i Leviathan zejdą na dół i ruszyła naprzód. Po jakiejś minucie do ich uszu dotarł głuchy odgłos zamykanej pokrywy, a w mroku zamajaczyły czerwone diody Giguere'a.
  - Kryjówka w kanałach to chyba oklepany schemat, nie sądzicie? - zaczął znowu Leviathan. - Policja nie próbowała was tu szukać?
  - Próbowała - odparła Strzyga. - Nie raz i nie dwa. Jak już wspominał Daniel, mamy swoje metody. Gdybyśmy byli tak głupi jak ci się wydaje, szajka nie przetrwałaby roku.
  - Nie łażą tędy przypadkiem inni ludzie?
  - Tę część miejskich podziemi zamknięto dawno temu - kiwnęła głową w stronę zupełnie suchego kanału. - Była tu mała...,,awaria".
  - Zupełnie przypadkowa awaria, która pozwoliła wam się tutaj osiedlić? - Virus uśmiechnęła się zbójecko.
  - Oczywiście - Fera odpowiedziała jej przez ramię tym samym uśmiechem. - Wszyscy w gangu kochamy zbiegi okoliczności.
  W końcu dotarli do starych metalowych drzwi bez żadnej klamki. Liderka Szczurów otworzyła wbudowaną w nie klapkę pod którą znajdował się czarny skaner. Przyłożyła do niego kciuk i odruchowo od razu naparła na drzwi. Dioda obok jednak błysnęła na czerwono, odmawiając dostępu. Kobieta westchnęła z frustracją, przejeżdżając sobie palcami po twarzy.
  - FELIX! - wydarła się.
  - Hasło - odpowiedział głos z interkomu.
  - OTWIERAJ TE PIEPRZONE DRZWI!
  - Umawialiśmy się na ,,cholerne", ale niech ci będzie.
  Błysnęło zielone światełko i drzwi same się uchyliły ze szczękiem zamka.
  - Przypomnij mi potem, dlaczego tego gnoja jeszcze nie zatłukłam - rzuciła przez ramię do Danny'ego i weszła do środka.
  Tak jak się spodziewała, kryjówka nie zmieniła się nic od jej ostatniej wizyty. Nawet syf pozostał ten sam. Najprostszym opisem głównego pomieszczenia był po prostu ,,Burdel", ale nie w tym oryginalnym tego słowa znaczeniu. Pomieszczenie było raczej wąskie i długie. Fera zwykła je sobie dzielić na dwie połowy - salon i warsztat. Salon znajdował się bliżej wejścia. Podłoga była prawie całkowicie przykryta starym, żółtym dywanem, w ogóle nie pasującym do reszty pokoju, a już zwłaszcza do równie paskudnych zielonych kanap. A jednak to miejsce miało jakiś swój urok, zapewne przez podwieszone pod sufitem lampki choinkowe i całkowicie zaklejony zdjęciami róg pomieszczenia. Plama z fotek rozprzestrzeniała się tam od samego początku działalności Szczurów, ale mieli do niej dostęp tylko ,,unikalni" członkowie, pokroju Fery, Daniela i Ćwieka. Salon kończył się razem z przerwą w ścianie na korytarz prowadzący do pokoi mieszkalnych. Dalsza część głównego pomieszczenia była zawalona mniej lub bardziej przydatnymi rzeczami. Pod ścianą ciągnęły się blaty z narzędziami i niedokończonymi fantami, a ostatnia ściana była jednym wielkim regałem. Stamtąd dobiegała muzyka, a konkretnie utwór Do You Believe In Magic. W oczy rzucały się najbardziej świecące ekrany monitorów, przedstawiające w większości ujęcia z różnych kamer w mieście i interaktywną mapę śledzącą członków gangu.
  Trzy różowe kropki (Fera jakoś nigdy nie pytała dlaczego akurat różowym oznaczają ważniejszych członków) widniały w miejscu bazy. Trzecia z kropek właśnie siedziała na obrotowym krześle, zajęta monitorem na biurku. Ćwiek, ubrany tak jak zawsze, półleżał niebezpiecznie odchylony na krześle z nogami wyłożonymi na blat i klawiaturą na kolanach. Chyba nie zwrócił uwagi na to, ile osób weszło do środka. Strzyga podeszła do niego, nie uraczona nawet spojrzeniem oczu zastąpionych na elektronicznej masce dwoma literkami ,,o".
  - Dzień doberek, szefowo - rzucił, skupiony na pisaniu. - Co was wyciągnęło z Danielem do night clubu?
  - Interesy - odparła. - Może byś się łaskawie przywitał? - obróciła jego krzesło odrobinę w stronę oglądających pomieszczenie Virus i Leviathana.
  Małe ,,o" zastąpiły dwa zera. Hacker kilka patrzył to na nich, to z powrotem na Ferę, zdezorientowany.
  - To ci z rekrutacji? O.o - zapytał wskazując w kierunku nowych.
  - Zaraz, to jemu o tym planie mówiłaś? - wtrącił się cyborg.
  - Pewnie. Przecież musiałam to z kimś przedyskutować. Nie jestem głupia - uśmiechnęła się kobieta.
  - I przedyskutowałaś to z nim zamiast ze mną? - mężczyzna tonem sugerował, że poddaje w wątpliwość logikę wyboru przywódczyni Szczurów.
  - To była oczywista decyzja, Danny - przewróciła oczami. - Ty podszedłbyś do tego sceptycznie. Ćwiek przynajmniej okazuje trochę entuzjazmu zamiast wszystko od razu złośliwie komentować.
  - Ależ to był genialny pomysł! ^ ^ - zgodził się chłopak w masce.
  Jak przewidywała różowa, z miejsca rzucił się wylewnie przywitać z nieznajomymi. Bezpardonowo zarzucił im ręce na karki i ścisnął w grupowym przytulasie. Zaskoczony Leviathan musiał się lekko schylić.
  - Witam w ekipie! Jestem Felix! ^ ^ - przedstawił się wesoło.
  - Tak, super - Levi uwolnił się z rąk hackera. Zamiast tego zdecydował się podać mu po ludzku rękę ze swoim najwyraźniej swoistym uśmiechem. - Sylvain.
  - Virus - wtrąciła brunetka. - Ale mówią mi Chris.
  Chłopak przez chwilę gapił się na nią z tym samym zacieszem na twarzy, aż w końcu uświadomił sobie, że chyba się zawiesił.
  - To ja wracam do siebie > < - rzucił i wycofał się z powrotem na swoje miejsce.
  Homoś od razu rzuciła się na kanapę, wyciągając się z zadowolonym westchnieniem. Sylve obrzucił pomieszczenie ostatnim dokładniejszym spojrzeniem.
  - To co, zamówimy pizzę i oficjalne zostałem żółwiem ninja? - zapytał złośliwie.
  - Jedną mutację to już chyba masz za sobą - zauważyła Fera opierając się o ścianę w salonie. - Mało ci?
  Uśmiechnął się kwaśno, ale nic więcej nie dodał.
  - Macie więcej takich kryjówek? - spytała Virus.
  - W każdym mieście. Zabezpieczenia są identyczne - odpowiedział Daniel.
  - Tylko najpierw dajcie mi znać, że zostajecie na stałe! - zawołał zza monitorów Ćwiek. - Muszę przedstawić wasze DNA skanerom.
  - Więc ty tu jesteś odpowiedzialny za wszystko? - zgadywał francuz.
  - Jeśli masz na myśli sprzęt elektroniczny, sieć komórkową i manipulację miastem to tak, jestem odpowiedzialny za wszystko - odpowiedział z dumą chłopak.
  - Pokoje macie tam. Wybierzcie sobie któryś jeśli chcecie - zaproponowała Fera rozsiadając się na fotelu. - Mój dom waszym domem, czujcie się jak u siebie et cetera, et cetera...

Nie mam pomysłu na zakończenie. Po prostu chyba zostawiam wam wszystkim wolną rękę xP